Jedna jest tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezecna. Tą rzeczą jest honor. To bakcyl najzajadlejszy i najbardziej morderczy. W prawicowym imaginarium trzy są świętości, wśród których, o zgrozo, honor jest pierwszy po bogu, ważniejszy nawet od ojczyzny – to najbardziej patriarchalne, trujące i szkodliwe pojęcie w języku, dla którego mężczyźni gotowi są wzajem się zabijać w skali masowej, nie bacząc na konsekwencje dla reszty ludzkości.
Kobiety z zasady nie pieprzą o honorze, to zdecydowanie samcza halucynacja, tromtadrackie słowo klucz, doskonale pasujące do sztandarów, wiecowych przemówień, międzypartyjnych licytacji na patriotyzm, werbalny synonim spiętej dupy, objaw nieuleczalnego zacietrzewienia i nierozwiązywalnego węzłowiska kompleksów. Z honorem na ustach ludzie idą pod lufy, z honorami potem idą do piachu. Gdy słyszę polityków odmieniających honor przez wszystkie przypadki, jak Cioran żałuję, że nie jestem kanibalem, bo mógłbym ich wszystkich pożreć, a potem wyrzygać.
W „Dniu puszczyka” Damiana Damianiego, adaptacji jednej z sycylijskich powieści Leonarda Sciascii, którą sobie właśnie obejrzałem, albowiem letnie wieczory najchętniej spędzam ze starym kinem, omertà trzyma się niezachwianie, dopóki nie postanawia się jej skruszyć podstępem – mafiosi bardziej niż vendetty boją się bowiem życia w infamii rogacza. Zdradzany przez „swoją” kobietę ma obowiązek zabicia zarówno kochanka, jak i żony, w przeciwnym razie jest chwastem, śmieciem, spada na dno hierarchii na równi z konfidentami (pogardliwie nazywanymi quaquaraquà).
Prawactwo wciąż ma mokre sny o Polsce przedwojennej,








