Stallone w roli kopciuszka

Stallone w roli kopciuszka

Niezgrabny brzydal był pośmiewiskiem kolegów i nauczycieli. To go zdopingowało, żeby im „jeszcze pokazać”

Od kilku lat Sylvester Stallone, który stał się bożyszczem nastolatków na całym świecie jako pięściarz Rocky i komandos Rambo, za pomocą chirurgii plastycznej wysubtelnia rysy twarzy i nosi druciane okularki. Chce uchodzić za konesera malarstwa współczesnego i miłośnika literatury. Swoje 55 urodziny, które wypadają 6 lipca, uczci wyprawą na przedstawienie baletu klasycznego.
W wywiadzie dla „American Film” powiedział: „Wiem, że grałem dość jednowymiarowe kawały mięsa. Takie role łapią człowieka w zasadzkę. Ale ja sam nie jestem odmóżdżonym prostakiem, jak często się o mnie pisze. Zagrałem Rambo, ale nim nie jestem”. Krytyk „Dallas Morning News” krótko skomentował jego żale: „Poświęca pół życia, aby stworzyć dwie najbardziej prymitywne i najpłytsze intelektualnie postaci kina ostatnich dekad, a potem rozpacza, że naprawdę jest wrażliwy i źle zrozumiany”.

Brzydkie kaczątko
Stallone urodził się w Nowym Jorku, w ubogiej rodzinie włoskiego fryzjera i tancerki-chórzystki z podrzędnych teatrzyków. Lekarz odbierający w szpitalu dla biedoty poród kleszczowy uszkodził mu nerw twarzy. Mały Sylvester urodził się z paraliżem wargi i powieki, cofającym się potem przez wiele lat. Chłopiec miał silną wadę wymowy i kłopoty z mimiką, toteż uchodził za opóźnionego w rozwoju. Był wyśmiewany przez rówieśników, lekceważony przez nauczycieli. Ojciec, który nie ukrywał rozgoryczenia, że ma tak nieudanego syna, mawiał do niego: „Masz kurzy móżdżek, to ćwicz mięśnie”. Bo Sly był wątły i niezdarny.
„Dzieciństwo wspominam jako horror. Dopiero gdy rodzice się rozstali, a matka z nowym partnerem i ze mną wyjechała do Filadelfii, moje życie zaczęło się rozjaśniać. Ale miałem wtedy już 15 lat”. W nowej szkole był teatrzyk amatorski i Sly bardzo chciał do niego należeć. Nauczycielka poradziła mu, żeby ćwiczył mięśnie twarzy. Zapisał się też na siłownię i spędzał tam wiele godzin. „Początki były straszne, siłownia była dla mnie salą tortur. Wiele razy chciałem z niej uciec, dać za wygraną. Dopingowały mnie szyderstwa rówieśników. W najcięższych chwilach myślałem: Ja im jeszcze pokażę!”, wspominał potem. Trenował kulturystykę, szermierkę, jazdę konną, boks i piłkę nożną. Z takim samozaparciem, że po kilku latach został mistrzem, a elitarna szkoła szwajcarska zaoferowała mu stypendium sportowe. Niebawem dostał posadę zawodowego ochroniarza i to nie byle czyjego – cesarza Etiopii. Przyjął ją, ale na krótko. Już wtedy marzył o aktorstwie. Wrócił do Stanów i zapisał się na kurs aktorski na Uniwersytecie w Miami. Znał na pamięć kilka ról szekspirowskich, ponieważ jego pasją było słuchanie płyt z nagraniami sztuk teatralnych. Na zakończenie kursu usłyszał od profesora, że ze swoim niskim wzrostem i chropawym głosem powinien raczej wziąć się za pracę na budowie.
Zanim został gwiazdorem, przeżył kilka lat na skraju nędzy. Zamieszkał w Nowym Jorku, w obskurnym pokoiku. Mimo że chodził na liczne przesłuchania, nigdzie go nie chciano, w żadnym z teatrów na Broadwayu i off-Broadwayu, nawet do epizodów. Aby się utrzymać, sprzątał klatki w zoo, sprzedawał ryby, roznosił pizzę, był bramkarzem w klubach nocnych, bileterem w kinie. Zadebiutował w 1971 r. w filmie Woody’ego Allena „Bananowy czubek” epizodem chuligana w metrze. Potem zagrał jeszcze kilka dalszoplanowych ról łobuzów.

Zagram za darmo
Nie przestawał jednak marzyć o dużej roli. Z myślą o sobie pisał scenariusze, ale nikt się nimi nie zainteresował. W 1976 r. zainspirowała go walka nieznanego pięściarza, Chucka Wepnera, z gigantem boksu Mohammedem Ali. Zafascynowany determinacją Wepnera, który wytrzymał 15 rund, w ciągu trzech dni napisał scenariusz do filmu „Rocky”. Była to zarazem jego własna historia: kopciuszka realizującego swoje marzenie, dzięki pracy i wytrwałości dostającego się z samego dna na szczyt.
Wytwórnie, do których Stallone udał się ze swoim scenariuszem, odsyłały go z kwitkiem, mówiąc, że to nie jest materiał na hit. W końcu zainteresowali się nim producenci z United Artists. Zaproponowali mu 300 tys. dolarów za scenariusz, ale do głównej roli chcieli zaangażować gwiazdę – Ryana O’Neala. Stallone się nie zgodził. Powiedział, że nie chce astronomicznego honorarium, scenariusz pisał dla siebie. W końcu przekonał producentów, żeby zaryzykowali. Budżet filmu bez gwiazdy był niski, zgodził się zagrać za darmo, bez honorarium, tylko za procent od ewentualnych zysków. Przeszedł półroczny trening bokserski i zaskoczył wszystkich. Niskobudżetowy film odniósł kasowy sukces, dostał 10 nominacji do Oscara, w tym za najlepszą role męską i scenariusz – i złotą statuetkę dla najlepszego filmu roku. W następnych latach nakręcono jeszcze cztery filmy o Rocky’m, trzy z nich Stallone sam wyreżyserował. Publiczność pokochała tego prymitywnego, naiwnego osiłka o gołębim sercu, który realizuje swój sen kopciuszka i nie akceptowała aktora w innych rolach. Ani dramat społeczny „F. I. S. T.”, ani psychologiczny film wojenny „Paradise Alley” nie przełamały wizerunku Rocky’ego.
Ludzie chcą Rambo

Za to z entuzjazmem publiczność powitała Rambo – byłego komandosa z Wietnamu, dla którego wojna nigdy się nie skończyła. Muskularnego bezmózgowca, który chce gwałt zwalczyć gwałtem. Film nakręcony w 1982 r. za 17 mln dolarów przyniósł 66 mln zysku i doczekał się jeszcze dwóch sequeli. „Ludzie chcą mnie oglądać w roli Rambo. Inne moje role odrzucają. Co mam zrobić? Powiedzieć im: Ja nie jestem taki, naprawdę chciałbym grać w dramatach Szekspira?”, żalił się w jednym z wywiadów. A producenci oferowali mu wciąż to samo: nakręcenie „Rocky 10” albo „Rambo 6”.
Jednak Stallone chce przełamać swój wizerunek naiwnego osiłka. O sławę już walczyć nie musi, o pieniądze zabiegać też nie. Stały dochód przynosi mu sieć restauracji Planet Hollywood, którą założył wraz z Arnoldem Schwarzeneggerem i Bruce’em Willisem.
W 1993 r. w filmie „Na krawędzi” zagrał himalaistę, który czuje się odpowiedzialny za śmierć dziewczyny. W „Cop Landzie” wcielił się w starzejącego się, przegranego życiowo policjanta, który wskutek ciężkiego wypadku rezygnuje z kariery detektywa i patroluje ulice. Do tej roli przytył 16 kilo.
Jednak rolą, w jakiej czuje się najlepiej, jest – jak mówi w wywiadach – rola ojca. Stallone przez wiele lat nie był szczęśliwy. Miał trudne dzieciństwo, bał się wyśmiewających go kobiet. Ożenił się z pierwszą dziewczyną, która okazała mu żywsze uczucie. Był wtedy bileterem w kinie. Z tego małżeństwa ma dwóch synów, w tym jednego autystycznego. „Po sukcesie »Rocky’ego« przewróciło mi się w głowie. Zachłysnąłem się popularnością. Nie potrafiłem oprzeć się dziewczynom, których nagle tyle się koło mnie pojawiło”, komentuje. Rozwiódł się, romansował z modelkami, w 1984 r. ożenił się z jedną z nich. Żona wkrótce go porzuciła, zabierając znaczną część majątku, a dziennikarzom opowiadała, że „dała się nabrać, bo Sly jest pantoflarzem i nie ma temperamentu seksualnego”. Kolejna narzeczona, też modelka, chciała mu wmówić ojcostwo jej dziecka, żeby dostać alimenty, ale testy wykazały, że to nieprawda. „Dopiero kiedy skończyłem 50 lat mogłem powiedzieć, że jestem szczęśliwy”, stwierdził, gdy w 1996 r. urodziła mu się córka ze związku z modelką Jennifer Flavin, jasnowłosą pięknością, młodszą od niego o 22 lata i wyższą o głowę. „Sam byłem nieszczęśliwym, niekochanym dzieckiem i marzyłem, by założyć szczęśliwą rodzinę”, powiedział trzy lata temu, gdy urodziła się druga córka.
Dzisiaj 55-letni Stallone, mieszkający na stałe w Los Angeles, najczęściej jest widywany z dwiema córkami w wielkiej księgarni dziecięcej. Mówi, że największą przyjemność sprawia mu czytanie im książek.

Wydanie: 27/2001

Kategorie: Sylwetki
Tagi: Ewa Likowska

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy