Sztuka uliczna potrafi zachwycać, szokować, irytować i oburzać. Spacerując po większych miastach, takich jak Warszawa, Poznań czy Kraków, trudno jej nie zauważyć – stała się nieodłącznym elementem miejskiego krajobrazu, barwnym tłem codzienności. Na elewacjach budynków, wagonach kolejowych, mostach, ławkach, śmietnikach, a nawet na znakach drogowych powstają coraz nowsze dzieła. Granica między ekspresją artystyczną a wandalizmem pozostaje jednak płynna i trudna do jednoznacznego zdefiniowania.
Ściany budynków stały się tablicą ogłoszeń dla różnych grup społecznych i ideologii. Kibice zaznaczają swoje strefy wpływów na blokowiskach symbolami klubów piłkarskich. Te same ulice stają się polem starć światopoglądowych: obok takich haseł jak „Wolny Tybet” czy „Wolna Palestyna” pojawiają się symbole agresywne i rasistowskie. Mury niosą również postulaty społeczne, od lewicowych: „Mieszkanie prawem nie towarem” i haseł Młodych OZZiP (Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza): „Dość wyzysku młodych”, po uznawane za patriotyczne symbole Polski Walczącej czy religijne: „Kocham Jezusa”. Obok manifestów politycznych odnajdziemy wyznania miłości, odniesienia do bajek, ale też rysunki wulgarne i wyzwania rzucane systemowi. Jedni widzą w tym anarchię i bunt, drudzy naturalną potrzebę ludzkiej ekspresji.
– Graffiti jest fajne. To takie wyrażanie siebie i sztuka, ale uważam, że to zależy od miejsca – twierdzi Julia, studentka mieszkająca w Warszawie. – W barach wygląda to ciekawie, np. na Nowym Świecie, w Pasażu Italia, czyli m.in. na zewnętrznych ścianach pubu In Side daje to inny klimat. Ale na budynkach zabytkowych jest niepotrzebne. Wspieram rozwijanie kreatywności, ale ważne, żeby to było w odpowiednich miejscach.
Oswajanie czy utrata przestrzeni?
Dlaczego mieszkańcy miast czują potrzebę sięgania po spray lub marker? Zdaniem socjologów i badaczy architektury miejskiej zjawisko to nasila się w miejscach, które tracą ludzki wymiar. Sklonowane blokowiska i anonimowe przestrzenie wywołują w ludziach poczucie wyobcowania.
– Przestrzeń miasta jest terytorium, w którym żyjemy. To nasz obszar – tłumaczy prof. Maria Mendel, pedagożka społeczna, badaczka przestrzeni podmiotowego sprawstwa i demokratycznej wspólności z Uniwersytetu Gdańskiego. – W momencie, w którym jako mieszkańcy czujemy, że ją tracimy, nasilają się tendencje do jej oswajania. Mimo oporów i trudności chcemy zaznaczać, że jest nasza. I właśnie wtedy pojawia się graffiti. Dzisiaj jest ono witane jako bardzo ważny element swojskiej przestrzeni. Im bardziej przestrzeń nie jest nasza, tym intensywniej pojawiają się graffiti i tagi (podpisy grafficiarzy). Anonimowa przestrzeń, w której wszystko jest podobne, to obszar, gdzie człowiek czuje się źle i potrzebuje otagowania: „Jestem stąd, to jest moje miejsce”.
Ekspertka podkreśla jednak, że medal ma dwie strony. Masa niekontrolowanych bazgrołów może być sygnałem ostrzegawczym dla urbanistów. – Sytuacja, gdy widzimy nasilanie się tagowania miasta i czynienie go coraz brzydszym przez bazgroły, oznacza, że coś z tym miastem dzieje się złego – dodaje prof. Maria Mendel. – Ono po prostu umyka ludziom, przestaje być ludzkie. Badacze analizujący to zjawisko mówią wręcz o wywłaszczaniu mieszkańców z ich przestrzeni.
Między sztuką a barbarzyństwem
– Granica wiąże się z zasadami współżycia społecznego. Niepisana zasada udanego co-vivendi (sposobu zgodnego współżycia – przyp. red.) polega na tym, że trzeba funkcjonować tak, żeby nam z innymi i innym z nami żyło się dobrze. Granicę wytycza formuła przeszkadzania. Jak dla akustyków









