Szwajcarska wyspa imigrantów

Szwajcarska wyspa imigrantów

Brudni, śmierdzący, swoi

– W szkole podstawowej mieliśmy w klasie dwóch Włochów. To byli jedyni cudzoziemcy, jakich znałem – wspomina Philippe, który dorastał w niewielkiej miejscowości niedaleko Zurychu. – Patrzyliśmy wtedy na nich trochę z góry. Wiadomo, Włosi: chaotyczni, źle pachnący, biedni. Kiedy w latach 90. zaczęło się pojawiać mnóstwo uchodźców z byłej Jugosławii, okazało się, że Włosi to właściwie swoi i bardzo ich lubimy. Wtedy ci z Bałkanów to byli ci brudni, śmierdzący, inni. A później zaczęło przybywać coraz więcej uchodźców z Afryki. I znów imigranci z dawnej Jugosławii okazali się prawie jak swoi – podkreśla.

Dziś w niespełna półtoramilionowym kantonie Zurych na stałe mieszka 380 tys. obcokrajowców, niemal dokładnie tylu, ilu mieszkańców liczy sam Zurych. Najbardziej międzynarodowy wciąż pozostaje kanton Genewa, gdzie przybysze stanowią 40%.

– Gdy przyjechałam do Szwajcarii 25 lat temu, u moich teściów na prowincji nie zamykało się drzwi domu na klucz – wspomina Maria, Portugalka. Dziś tak już nie jest, choć zaufanie społeczne w Szwajcarii nadal jest ogromne. Listonosz często zostawia przesyłki przy wejściu do bloku, nie widać strzeżonych przez ochroniarzy posesji, a w tramwaju kobiety nie przyciskają nerwowo torebek w obawie przed kradzieżą. Rowerów zostawianych we wspólnym pomieszczeniu w piwnicy nikt nie zamyka, a liczba kradzieży na mieście jest niewielka.

W 1999 r. Szwajcarzy podpisali porozumienie z Unią Europejską o swobodnym przepływie ludności. To był impuls dla wielu obywateli UE, by zasmakować szwajcarskiej jakości życia. Na Polaków ten rynek pracy otworzył się w roku 2014. Frankowe eldorado okazało się mocnym magnesem. Od 2003 r., gdy w Szwajcarii żyło niespełna 5 tys. Polaków, ich liczba wzrosła czterokrotnie. Limity dla Chorwacji, „najmłodszego” członka UE, wciąż obowiązują. Trudno się dziwić, że kraj z bezrobociem na poziomie 3,4% obawia się zmian wywołanych dalszym masowym napływem ludzi. Tylko w 2014 r. w niewielkim kantonie Genewa osiedliło się ponad 8 tys. osób. Najwięcej od lat 60., kiedy kraj otworzył się na potrzebnych gospodarce cudzoziemców. Biało-czerwoni to niespełna 1% w morzu imigrantów. Po zwycięskim meczu Polaków ze Szwajcarią w Zurychu nie było słychać polskiej radości, klika godzin później w zuryską ciszę (cisza nocna to tutaj świętość, prysznic po 22.00 jest źle widziany przez sąsiadów) wdarł się huk petard i klaksonów świętującej Portugalii. Radość naszych portugalskich sąsiadów nie przebiła się przez ściany. Być może właśnie starają się o obywatelstwo, a wtedy opinia sąsiadów może być ważna.

Dobrobyt nie dla wszystkich

Obecnie większość napływających do alpejskiej wyspy dobrobytu to świetnie wykwalifikowani specjaliści. W niczym nie przypominają pracującego na budowie lub w gospodarstwie rolnym gastarbeitera, w drelichu, z papierosem w ustach. W doskonale skrojonych garniturach czy garsonkach, z zegarkami za kilka tysięcy franków wylewają się wczesnym wieczorem na Bahnhofstrasse, reprezentacyjną ulicę Zurychu, gdzie siedziby mają m.in. dwa największe szwajcarskie banki Credit Suisse i UBS. Na spotkaniach dla tzw. ekspatów (wykształconych emigrantów pracujących za granicą) już nawet nie pytam o profesję – 90% mężczyzn to branża IT lub finanse. Pozostali – lekarze, naukowcy, architekci. Wśród kobiet, oprócz wspomnianych branż, znaczącym pracodawcą jest przemysł farmaceutyczny i kosmetyczny. Polki często pracują w administracji, nierzadko w firmach, które mają oddziały również w Polsce.

Warto wspomnieć, że każdego roku dziesiątki tysięcy osób również wyjeżdżają ze Szwajcarii. Powodem najczęściej jest kończący się kontrakt. Czasem niemożność odnalezienia się partnera na lokalnym rynku pracy. Bo do Szwajcarii przyjeżdża się nie tylko z powodu pracy, ale też podążając za drugą połówką, która otrzymała propozycję nie do odrzucenia.

Szwajcarska jakość życia nie przekonała młodej amerykanki Julienne – razem z mężem, menedżerem w jednej z amerykańskich firm, wracają w lipcu do Stanów. – Przez dwa lata w Zurychu niemal nabawiłam się depresji. Mimo dyplomu amerykańskiej uczelni pracy nie mogłam dostać nawet w sklepie. Dla mojego męża nie ma znaczenia, gdzie będzie kontynuował karierę, a ja tęskniłam też za rodziną i przyjaciółmi – opowiada, pakując do kartonów książki w eleganckim, obszernym mieszkaniu w Zurychu.

Pracy w Szwajcarii, mimo doskonałej znajomości pięciu języków obcych, nie mogła znaleźć także Natasza, tłumaczka z Kijowa. – Mój mąż zarabia tu trzy razy więcej niż w rodzinnym Mediolanie, gdzie mieszkaliśmy wcześ­niej. Mimo że nie mam pracy i nie czuję się szczęśliwa, ze względu na jego zarobki chcemy tutaj zostać. Przynajmniej na kilka lat – zaznacza. Na razie zdecydowali się na dziecko. Jeśli zostaną w Szwajcarii, mała Francesca, mówiąca w szwajcarskim dialekcie, z tutejszym wykształceniem i z językami rodziców, będzie miała łatwiej.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 29/2016

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy