Szybki marsz Szwajcarek

Szybki marsz Szwajcarek

W centrum Krakowa zakony za murami skrywają ponad 15 ha ogrodów

Tomasz Borejza

Ogrodzone, oddzielone od świata i zazdrośnie pilnowane. Przyklasztorne parki. Do niedawna o ich istnieniu wiedzieli tylko nieliczni. Pojęcia nie mieli o nich nawet ludzie mieszkający po sąsiedzku, o co w „mieście 100 kościołów” nietrudno. Wprawdzie spacerowali wzdłuż murów, ale do wnętrza nie mogli zajrzeć. Do takich nieświadomych zaliczał się miejski aktywista Łukasz Dąbrowiecki. To się zmieniło, kiedy kilka lat temu wyjrzał przez okno klatki schodowej jednego z hosteli przy ul. Dietla. Zobaczył wtedy trzyhektarowy ogród oo. misjonarzy, a w nim człowieka biegającego na nartach. Zakonnicy ukryli teren za wysokim murem, na którego szczycie znajduje się drut kolczasty. Okazało się, że takich zamkniętych ogrodów, w istocie będących po prostu parkami, jest w Krakowie znacznie więcej. Dąbrowiecki tym, co znalazł, podzielił się z Janem Sową i nieżyjącym już Rafałem Górskim. Sprawa ożyła i upowszechniająca się wiedza o zamkniętych za murami parkach kazała w końcu o nich przypomnieć, a jeszcze później upomnieć się o nie.

Od biegówek do peryskopu

Momentem przełomowym stał się rok 2011 i projekt artystyczny zrealizowany przez No Local oraz kolektyw Insiders w ramach festiwalu ArtBoom. Nazywał się „Pamiętajcie o ogrodach”. W ramach projektu wytyczono trasy spacerowe prowadzące od zamkniętego ogrodu do zamkniętego ogrodu, a przechadzki połączono ze zwiedzaniem. Choć nie dajmy się zmylić słowu zwiedzanie. Do środka nie wchodzono, bo nikt krakowian nie zamierzał wpuszczać. Wprawdzie organizatorzy prosili o zgodę, ale drzwi pozostały zamknięte. Do ogrodów zaglądano więc z klatek schodowych i dachów okolicznych wieżowców, przez szpary w murach i niedomknięte bramy. A gdy taki sposób okazywał się niewystarczający, sięgano po lustra – bardzo podobne do używanych w gabinetach dentystycznych, tylko znacznie większe. Wykorzystano też peryskop, który przygotowała Malwina Antoniszczak (także jej pracy insidersi zawdzięczali lustra). Ustawiono go na podwórku Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Pedagogicznego, który przez mur sąsiaduje z jednohektarowym ogrodem oo. karmelitów trzewiczkowych na Piasku.
– Mieszkańcy, którzy zajrzeli za te mury, byli poruszeni. Zupełnie nie spodziewali się tego, co tam zobaczą – opowiada Dąbrowiecki, który brał udział w spacerach. O nastrojach wzbudzonych w ten sposób wiele mówi dopisek kredą pod pytaniem wymalowanym przez organizatorów na chodniku obok jednego z zakonnych ogrodów. Pytano: „Czy wiesz, co jest za murem?”. „Państwo Watykan”, napisał nieznany podglądacz klasztornej przestrzeni. – Projekt miał uwidocznić mieszkańcom i mieszkankom Krakowa, że żyją obok ogromnych terenów zielonych, które są dla nich niewidoczne. Kraków mógłby być zielonym miastem, gdyby te ogrody zostały udostępnione – tłumaczy Dąbrowiecki. W spacerach wzięło udział kilkaset osób, a powtarzano je jeszcze kilkakrotnie w czasie krakowskich Dni Świeckości. Dąbrowiecki dodaje, że chciano przede wszystkim zwrócić uwagę na istnienie ukrytych ogrodów. Tak by mieszkańcy miasta mogli zająć w ich sprawie świadome stanowisko i być może powiedzieć: „Chcemy, by je otwarto”.

Pukajcie…

Za sprawą projektu świadomość się pojawiła. Do grona postulujących, by coś z tą sprawą zrobić, zaczęli dołączać kolejni krakowianie, a wśród nich i tacy, których trudno posądzać o antyklerykalne nastawienie. Paweł Rojek, redaktor ultrakonserwatywnych krakowskich „Pressji”, pisał na Facebooku: „Ostatnio sporo oglądałem centrum w mapach Google i ilość niedostępnej zielni jest porażająca. Papieżu Franciszku! Otwórz kościelne krakowskie ogrody!”.
Apelowali, wprawdzie nie do papieża, tylko do miejscowych zakonników i księży, także radni Starego Miasta. Wystosowali list, w którym prosili, by ogrody zostały udostępnione mieszkańcom w wygodnej dla Kościoła formie. Mówiono o jednym dniu w tygodniu. Pojawił się też pomysł skopiowania rozwiązania stosowanego w ogrodzie muzeum archeologicznego, który jest jedyną tego typu przestrzenią dostępną w ścisłym centrum miasta, a za wstęp do niego pobiera się symboliczną opłatę. Był to pomysł tym bardziej wart uwagi, że ogród ten w przeszłości należał do klasztoru karmelitów bosych, a zmieniło się to za sprawą władz austriackich, które usunęły stamtąd zakonników i zamieniły budynek w więzienie i sąd.
Z kronikarskiego obowiązku należy podkreślić, że o otwarcie ogrodów upomniała się nie cała rada, tylko kilkoro jej członków. Wywołali tym zresztą niechęć i pretensje części kolegów i koleżanek, zwłaszcza z okręgów, gdzie gros wyborców stanowią mieszkańcy klasztorów. – List wysłaliśmy do siedmiu miejsc. Była jedna odpowiedź. Do dzielnicy zadzwonił ksiądz z parafii św. Floriana. Umówiliśmy się z nim. Od początku był bardzo otwarty, ale akurat ten ogród jest malutki i niespecjalnie nadaje się do takiego wykorzystania – opowiada o reakcji zakonów na apel Aleksander Miszalski, dzielnicowy radny PO, który był jednym z inicjatorów listu. – Gdy po pół roku nie było odpowiedzi, postanowiliśmy nieco zmobilizować księży i zakonników i wysłaliśmy list do mediów oraz prezydenta. Mobilizacja udała się o tyle, że ktoś z kurii skomentował, że to niemożliwe, bo zakonnicy potrzebują tych przestrzeni, by kontemplować.
Efektem było jednak i to, że o sprawie zaczęli mówić przychylnie miejscy urzędnicy, bo idea otwarcia 15 ha zieleni w samym centrum krakowskiego Starego Miasta musi się podobać. Urzędnicy deklarują chęć poszukania rozwiązań, które zapewniłyby ludziom dostęp do zieleni i zadowoliły właścicieli gruntów. Chociaż z tym jest ciężko, bo Kościół w ogóle nie podejmuje rozmowy. Dlaczego? – To dobre pytanie, bo ja, szczerze mówiąc, nie wiem. Moim zdaniem, zakonnicy nie myślą racjonalnie. Nie mieści mi się w głowie, że własny interes przedkładają nad dobro wiernych. W kontemplację nie wierzę, bo przecież wszystko można tak zorganizować, żeby w niej nie przeszkadzać. Na początek spróbować np. raz w tygodniu. Nie rozumiem tego – dziwi się Miszalski.

…a nie otworzą wam

A skoro pytanie było dobre, tylko zadane w niewłaściwym miejscu, trzeba było je powtórzyć we właściwym.
U karmelitów (fundacja Władysława Jagiełły oraz królowej Jadwigi) dzielących w 21 osób ten hektarowy ogród przy Karmelickiej, do którego zaglądano przez peryskop – a część terenu jest też wykorzystywana jako płatny parking – na bramie wisi zdjęcie rottweilera i napis: „Ja przy bramie jestem w pięć sekund, a ty? Wchodzisz na własne ryzyko!”. Furtian na szczęście okazał się mniej groźny niż rottweiler i nie tylko nie pogryzł, ale nawet przez chwilę porozmawiał. – Ogród? No mamy. Piękny jest, nawet go czasami udostępniamy. Ale to musi pan rozmawiać z przełożonym klasztoru. Zadzwonię do niego i zapytam, czy pana przyjmie – powiedział. Zadzwonił, wrócił i poinformował: – Nie ma go teraz. Proszę dzwonić po godz. 20. Wtedy będzie.
Ale nie było. Miał być jeszcze później, ale także go nie było. Jeszcze później też nie. Zapewne kontemplował.
U benedyktynów (fundacja Zbigniewa Oleśnickiego z 1453 r.), którzy w nieco ponad 20 osób korzystają z 0,8 ha ogrodu u stóp Wawelu, człowiek pilnujący bramy nic nie wie, a wewnątrz akurat „nie ma nikogo, z kim można by porozmawiać”. Trochę dziwne jak na ludzi prowadzących tak kontemplacyjny tryb życia, że gości nie mogą wpuścić nawet raz w tygodniu.
Dopiero u sióstr udało się uzyskać jakąś odpowiedź. Klasztor karmelitanek bosych powstał w XIX w. – założono go na terenie, który wcześniej był miejskim parkiem, tzw. kremerowskim (od nazwiska profesora UJ Józefa Kremera). Zakonnice w kilkanaście osób dzielą między siebie 2,6 ha parku w bezpośrednim sąsiedztwie Alej Trzech Wieszczy. Tu usłyszałem, że ogrodu otworzyć się nie da, bo nie pozwala na to klauzura.
Tylko że nie wszystkie zakony są klauzurowe (można też się zastanawiać, czy klauzura potrzebuje wielohektarowego parku), natomiast problemy z uzyskaniem odpowiedzi powtarzają się wszędzie. I nie dotyczy to mnie jednego, ale nawet dziennikarzy prasy katolickiej. Jednak od czasu do czasu udaje się czegoś dowiedzieć. Przedstawiciele Kościoła, odmawiając otwarcia ogrodów, podnoszą przede wszystkim dwa argumenty: jeden to troska o ich utrzymanie i obawa, że ludzie będą je niszczyć oraz wykorzystywać do schadzek i spotkań, drugim jest odwołanie do wymogów życia zakonnego i potrzeby posiadania przestrzeni do kontemplacji.
Nietrudno dojść do przekonania, że to wymówki. Z jednej strony, miasto – co potwierdzała m.in. dyrektor Wydziału Kształtowania Środowiska krakowskiego magistratu Ewa Olszowska-Dej podczas debaty zorganizowanej w ramach ostatnich Dni Świeckości – deklaruje chęć znalezienia rozwiązania, które pozwoliłoby mu przejąć odpowiedzialność za utrzymanie tych terenów. Wprawdzie formalnie gmina nie może finansować przestrzeni, które do niej nie należą, ale są precedensy, a przecież gdy dwie strony chcą się porozumieć, rozwiązanie zwykle da się znaleźć. Z drugiej, wspomniane ogrody nie powstawały jako miejsca przeznaczone do rozwijania życia duchowego. Tymi były i nadal są znacznie mniejsze wirydarze umieszczone wewnątrz murów klasztornych. Wielohektarowe parki były donacjami mającymi zapewnić zgromadzeniom zaopatrzenie w kwiaty do dekorowania kościołów, zioła, miejsce na sady oraz hodowlę zwierząt. Były to przestrzenie mające charakter gospodarczy i wciąż jeszcze, gdy spojrzy się przez szparę w murze, widać tam więcej życia doczesnego niż duchowego. U misjonarzy – za murem zwieńczonym drutem kolczastym – rosną jabłonie. Na Skałce jest boisko piłkarskie. W niektórych miejscach ogrody wykorzystano do zrobienia parkingów. Mimo to są zwolnione z podatków.

Kwestia czasu?

Niechęć Kościoła do rozmowy powoduje, że pojawiają się pomysły mające skłonić zgromadzenia zakonne do jej podjęcia. Łukasz Dąbrowiecki oczekuje większej aktywności władz miejskich: – Dlaczego miasto nie zagląda za mur i nie sprawdza, co tam jest? Dlaczego żadne służby miejskie ani konserwator zabytków tego nie kontrolują? Dlaczego te tereny są zwolnione z podatku, chociaż widać, że są tam sady i parkingi? A jeśli już są zwolnione z podatku i korzystają z publicznych dotacji, dlaczego pozostają zamknięte?
Aleksander Miszalski zwraca uwagę na korzyści, jakie z otwarcia mógłby odnieść Kościół. – Przecież to doskonały PR dla Kościoła. Poza tym metoda na ściągnięcie do siebie ludzi. Te ogrody mogłyby się stać nawet przestrzenią ewangelizacji. Kościół może tam rozdawać swoje pisma, rozmawiać. Czerpać z tego, że ludzie przyjdą. Może w efekcie ktoś zapisze dziecko na religię, może kogoś w czasie takiej wizyty natchnie wiara? Myślę, że otwarcie tych klasztorów to kwestia czasu. Wierzę, że Kościół zmienia się wraz ze zmianą pokoleniową księży, którzy nieco inaczej patrzą na różne sprawy. Do tego im więcej osób będzie odchodzić z Kościoła, tym więcej będzie powodów do przemyśleń – dodaje jeszcze.
Obaj mają sporo racji. Nie może być tak, że nasze wspólne pieniądze – w postaci dotacji oraz ulg podatkowych – są przeznaczane na utrzymanie terenów dla nas niedostępnych. To powinno się zmienić. Metody są dwie. Można albo te tereny otworzyć, albo cofnąć ulgi i dotacje. Z drugiej strony Kościół jest coraz częściej uznawany za instytucję archaiczną i poprawa tego obrazu leży w jego własnym interesie. Dostał wspaniałą okazję, by udowodnić, że wcale taki archaiczny nie jest. Może z niej skorzysta? Chyba że rzeczywiście jest archaiczny.

Wydanie:

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy