Tag "Magdalena Czubaszek"
Archipelag dramatów i gniewu
Zapomniane bohaterki polskiej alternatywy
Magdalena Czubaszek – niezależna dziennikarka i reportażystka, absolwentka Instytutu Kultury Polskiej UW oraz Polskiej Szkoły Reportażu. Autorka książki „Będziesz wrzeszczeć. Dziewczyny na polskiej scenie alternatywnej lat 80.”
Jeden z rozmówców w pani książce zapytał: „Po co pani opowiada porażkę?”. Inni mówili, że baby zawsze się kłócą i „im się nie chciało”. Kiedy to czytałam, narastało we mnie poczucie gniewu.
– Cieszę się, że udało mi się trochę tego gniewu na panią przelać.
Podczas lektury innych książek o historii polskiej sceny muzycznej miałam wrażenie, że kobiety były jedynie dodatkami do męskich opowieści. Ten wzór mnie denerwował.
– Nie wszyscy mężczyźni zachowywali się tak samo, ale większości z nich trudno było uznać kobiety za osoby, które mogą mieć jakiś życiorys. Gniew towarzyszył mi przez dłuższy czas pracy nad tym tematem. Z czasem, gdy poznałam historię Ireny Jagiełki (trębaczka i gitarzystka basowa – przyp. red.), pojawił się namysł, czy w ogóle ten reportaż może kogoś uratować. Wiedziałam, że nie, ale biłam się z myślami, czy nie spróbować tekstu interwencyjnego, bo Irenka żyła w strasznej nędzy.
Z urywków gazet, kaset i wspomnień odzyskiwała pani historie kobiet. Co panią napędzało?
– Na początku niedosyt. Przeczytałam „Dziką rzecz” Rafała Księżyka i choć dużo się z niej dowiedziałam, wątki kobiece wydały mi się zbyt grzecznie opowiedziane.
Później podczas siedmiu lat pracy nad książką te emocje się zmieniały. Wiedziałam na co się piszę – że będzie to wydrapywanie informacji niemal spod ziemi, ale nie chciałam pisać kroniki, lecz pokazać sytuację tych kobiet – czym żyły i oddychały w latach 80. Z tej ciekawości i złości powstała książka. Lubię gniew jako punkt uderzenia, energię do działania. To ona popchnęła mnie do pracy i wyciągania z szafy zapomnianych historii kobiet. Ale potem się wyczerpała.
Gdy już intensywnie pracowałam nad wywiadami, ich historie stały się moimi historiami. Zastanawiałam się, jak to było być kobietą w latach 80., mieć dzieci albo mieć je w drodze i do tego grać muzykę. Dla mnie to była osobista nagroda, że mogę zajmować się kobiecym dziedzictwem.
Kilka kobiet odmówiło pani rozmowy. Dlaczego nie chciały mówić o ówczesnej aktywności?
– Myślę, że to efekt ducha tamtych czasów. Od mężczyzn wymagano, żeby byli aktywni, silni i twardzi, a kobiety miały być ciche i grzeczne. Domyślam się, że mogły czuć pewien dysonans w sytuacji, kiedy pojawia się obca osoba, zadaje pytania i pcha je na pierwszy plan. Nie każda była na to gotowa. Kobiety z tego pokolenia, nie tylko muzyczki czy artystki, rzadko mówią, co myślą. Mają przekonanie, że są bezwartościowe, za wszystko przepraszają i wolą zostać z boku, bo nie czują się komfortowo w świecie, który cały czas sprawdza ich kompetencje.
A może obawiały się odbioru?
– Jest to pewien trop. Wiadomo, że nie są to osoby po dwudziestce, ale po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce. Żyją domem, mają wnuki, pracę, która nie jest dla nich najważniejsza na świecie. Łączą w sobie dwie postacie: stateczną panią w sile wieku z tamtą pełną buntu








