Ten kraj

Ten kraj

Tuż przed świętem narodowym 11 Listopada płaciłem rachunek na poczcie. Kiedy już chciałem odejść po odebraniu reszty, pani z okienka zagadnęła mnie i próbowała sprzedać biało-czerwoną chorągiewkę, abym sobie przymocował do samochodu. Odpowiedziałem, że źle trafiła, bo nie czuję zbyt wielkich uniesień narodowych i wkurza mnie wiele spraw w tym kraju. Pani na chwilę zamilkła. Później wysunęła głowę z okienka, rozejrzała się jak enerdowiec (który zanim coś powiedział, sprawdzał, czy nikt nie podsłuchuje) na lewo i na prawo, czy nikogo nie ma, i na końcu stwierdziła: „Mnie też wkurza ten kraj. Ale muszę tak mówić, bo mi każą”. Ta historyjka pokazuje, że coraz częściej ludzie w Polsce nie tylko boją się mówić, co myślą, ale też stosują strategię podwójnej moralności – co innego mówi się oficjalnie i w obecności szefa, a co innego w zamkniętym i zaufanym gronie. Z powodu tego, że z zaufaniem w Polsce kiepsko, generalnie przestaje się mówić cokolwiek o istotnych sprawach.

Elity władzy traktują to jako ciche przyzwolenie na ich działania, a większość ludzi po prostu odwraca się na pięcie od spraw publicznych i próbuje na własną rękę rozwiązywać swoje problemy. Ponieważ nie ma już „wspólnych spraw” ani „naszych działań”. Wszystko zostało sprywatyzowane. Łącznie z problemami i pomysłami na ich rozwiązanie. Radź sobie sam. A jeśli nie potrafisz, to tylko twój problem. To jak z chorowaniem – aby w Polsce się leczyć, trzeba mieć dobre zdrowie i dużo cierpliwości. Z rozwiązywaniem prywatnych trosk jest podobnie – trzeba być silnym i wytrwałym, żeby przejść przez polskie labirynty. Co więcej, choć często tzw. prywatne problemy mają charakter systemowy i są uwarunkowane społecznie, to – jak fałszywie podpowiadają media i oficjalna ideologia – związek między kondycją życia jednostki a systemem ekonomiczno-politycznym w dzisiejszych czasach nie istnieje. Zrywanie oczywistych powiązań między sytuacją człowieka a decyzjami podejmowanymi przez elity władzy i kręgi biznesowe nie tylko zamazuje odpowiedzialność za obecny stan, ale również jest sposobem na odpolitycznienie oficjalnych informacji i dyskusji społecznych. W rzeczywistości rozwiązanie pozornie prywatnych problemów zależy od mechanizmów systemowych. I dlatego jest sprawą jak najbardziej publiczną i polityczną.
Kiedy jednak niewielkie grupy zaczynają mówić, że „system nie działa”, i pytają, czy mogłoby wokół nas być inaczej, przedstawiciele władzy – jak mają w zwyczaju – nazywają to atakiem na demokrację. Ostatnio zaś politycy PO trwają przy jeszcze innej strategii – np. posłanka Pitera wyraziła następującą myśl: krytyka władzy, organizowanie demonstracji i aktywizowanie społeczeństwa dają satysfakcję Putinowi i działają na korzyść Rosji. Stąd już tylko krok do traktowania organizatorów wszelkich demonstracji jako rosyjskich agentów wpływu.

Gdy obywatele cicho siedzą, demokracja – zdaniem organów władzy – w pełni się rozwija i kwitnie. Kiedy natomiast społeczeństwo z różnych powodów zaczyna się organizować i zrzeszać, podobno jest to przejaw „kryzysu demokracji”. Widać wyraźnie, że nastąpiło tu całkowite pomieszanie pojęć. Trudno się dziwić w takich okolicznościach, że – co wynika z badań sondażowych – Polacy coraz mniej szanują demokrację. Jeśli wmawia się im, że krytyka zarówno wolnego rynku, jak i mechanizmów działania państwa jest atakiem na demokrację, a twarze z telewizora mają być jej uosobieniem, to ocena tej „ich demokracji” musi być bardzo surowa.

Propagandowe utożsamianie kapitalizmu z demokracją zawsze szkodziło tej drugiej. Jednak oficjalne potępianie krytyków „tej demokracji” nie tylko podkopuje elity władzy, ale niestety przy okazji ośmiesza same demokratyczne zasady. I niebezpiecznie otwiera furtkę środowiskom autorytarnym i skrajnie prawicowym, które z założenia odrzucają „zgniłe i kosmopolityczne reguły demokracji”. W tym ujęciu demoliberalne elity, które podobno stoją na straży demokracji, chcąc nie chcąc, same dają pożywkę prawicowym populistom.

Jak pisał Tony Judt w książce „Źle ma się kraj”, „Zamknięty krąg opinii i idei, do którego nie dopuszcza się głosu sprzeciwu – albo dopuszcza się tylko w ściśle określonej, sformalizowanej postaci – traci zdolność aktywnego, żywego reagowania na nowe wyzwania”. Ten brytyjski historyk dodawał w ostatniej książce: „Potrzebni nam są ludzie, którzy z przeciwstawiania się ogólnie przyjętym opiniom uczynią cnotę. Demokracja oparta na permanentnej zgodzie nie pozostanie długo demokracją”. Dopóki w Polsce będą królowały konformizm i strach przed wygłaszaniem swobodnych opinii wbrew władzy, niezależnie od zdania szefa w pracy, na przekór policji politycznej i telewizyjnym komunikatom, będzie ona wciąż tym krajem, a nie naszym krajem.

Wydanie: 49/2014

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk

Komentarze

  1. Stefan2015
    Stefan2015 21 stycznia, 2016, 20:51

    Moje gratulacje szczelił Pan w przysłowiową dychę.

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy