Wieczny odpoczynek pod palmą

Wieczny odpoczynek pod palmą

W Skwierzynie (Lubuskie) na stromym wzgórzu piętrzą się płyty nagrobne, z których wiele obywa się – co rzadkie – bez jakiejkolwiek symboliki religijnej. To mogiły Żydów oświeconych, którzy „światopogląd naukowy” przywozili do rodzinnego Schwerin an der Warthe ze studiów w niedalekim Berlinie czy dalszym Heidelbergu. Przepychem i rozmachem budowlanym bije na głowę wszystkie polskie nekropolie (z Powązkami włącznie) cmentarz żydowski we Wrocławiu (jak kto pobożny, może za opłatą wypożyczyć w kasie nakrycie głowy). Nagrobki są częściowo rozszabrowane, ale barwny, litościwy bluszcz pokrywa ubytki.

A przecież są i cmentarze zupełnie zapomniane. W Bieszczadach wystarczy wjechać w pierwszą lepszą boczną drogę i już trafiamy na kopczyki i przekrzywione krzyże. Na Ziemiach Odzyskanych niemal każda większa miejscowość ma ogrodzony kwartał, na którym plenią się chwasty i pijacy. Wiadomo – dawny cmentarz niemiecki. A przy drogach? Cmentarz nieustający. Co parę kilometrów krzyż, czasem z kaskiem motocyklisty, niekiedy skromny pomniczek ze zdjęciem.

Grabarz z trąbką

I jeszcze ceremoniał cmentarny. Tu zmiany zachodziły z marszu i są wyraźnie widoczne. Pomijając różnice regionalne (grzebaniem zajmują się tysiące firm), trzeba przyznać, że upowszechniły się pewne minima, które do niedawna nie były takie oczywiste. Przede wszystkim grabarze nie bywają już pijani. Nie noszą się jak robotnicy rolni – mają stroje służbowe. Tu panuje prawdziwa rewia mody, ponieważ nie bardzo było skąd czerpać wzorce. Raz asystują księdzu w „jaskółkach” à la Starsi Panowie i w cylindrach kominiarskich. Innym razem noszą skromne czarne garnitury jak z inscenizacji dramatów Kafki. Zdarzają się peleryny à la Batman i wymyślne kreacje z krepą i falbankami – prosto z operetki. Poza tym panowie ci – z braku pomieszczeń socjalnych – pod koniec pogrzebu zwykli się przebierać w „cywilki” za najbliższym nagrobkiem. Co daje efekty jak z Felliniego. Zanikł całkowicie zwyczaj zrzucania grud ziemi na wieko trumny, co wywoływało histeryczny płacz rodziny. Groby zasypuje się, kiedy żałobnicy odejdą.

Pogrzeb może już prowadzić mistrz ceremonii świeckiej, który wygłasza bardzo mgliste sądy na temat spraw ostatecznych i koncentruje się na współczuciu dla tych, których ta strata dotknęła. Do mniejszych miejscowości trzeba go sprowadzać z miast wojewódzkich, ale na razie mistrzowie ci nie są rozchwytywani. W oprawie muzycznej panuje banał albo gust zmarłego. Banał, bo w Polsce najczęściej puszczają (o ile można się zorientować) „I Will Always Love You”. Wzięcie ma oczywiście facet, który na koniec życia deklaruje, że wszystko robił po swojemu, czyli „My Way”. Naturalnie Sinatra. Puszczają też Evę Cassidy, może dlatego, że rak skosił ją tak wcześnie. A gust własny? Przyjaciel piszącego niniejsze, gdy dowiedział się, że rak ma liczne przerzuty, zażyczył sobie melodii z enerdowskiego „Winnetou”, bo przypominała mu beztroskie dzieciństwo. I motyw z „Winnetou” popłynął nad domem pogrzebowym na poznańskim Junikowie. Choć parę lat wcześniej nie pozwolono tam zagrać śp. motocykliście tego, co tak ukochał: „Highway To Hell” w wykonaniu AC/DC. Autorowi niniejszego mają pośmiertnie puścić „Day In The Life” Beatlesów. O facecie, który całe życie bardzo się spieszy i umiera na zawał, stojąc w samochodzie na światłach. Ale pewnie ktoś czegoś nie dopilnuje i trębacz z ekipy grabarskiej zagra „Il silenzio”. Jak wszystkim.

Foto: Wiesław Kot

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 44/2015

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy