Wojna czysta medialnie

Jeszcze w czasach I wojny światowej pewien amerykański senator zgryźliwie powiedział: “Pierwszą ofiarą wojny jest prawda”. Okazało się wkrótce, iż miał po tysiąckroć rację. Aparat goebbelsowskiej propagandy przewyższył wszelkie osiągnięcia minionych epok. Po II wojnie pałeczkę przejął aparat stalinowski. Pierwsze skrzypce grał w nim dziennik “Prawda”, w którym może niewiele było prawdy, natomiast wiele propagandy. W czasach wojny koreańskiej ukuto hasło: “W odpowiedzi na atomy zbudujemy nowe domy!”. Wydawało się one szczytem tzw. rymów częstochowskich i zimnowojennej paranoi. Prostacką propagandę “Prawdy” ujawniał i ośmieszał aparat propagandy amerykańskiej, działający jako United States Information Agency, agencja informacyjna USA. Jednak, gdy wiele lat temu pytałem w polskiej sekcji radia Głos Ameryki, jak godzą obiektywizm z misją instytucji rządowej, dowiedziałem się, że po prostu w obiektywny sposób prezentują… amerykański punkt widzenia.
Ta szczerość jest godna przypomnienia w dziesiątą rocznicę pierwszej cyberwojny, operacji “Pustynna burza”. Stany Zjednoczone użyły wówczas najnowszych technologii wojskowych, aby z niemal chirurgiczną precyzją zaatakować armię Saddama Husajna. Równocześnie światowa sieć CNN pokazywała sterylnie czyste obrazy wojskowych obiektów, zniszczonych rakiet przeciwnika, totalnego triumfu techniki na polu walki. Telewizja zatem, która w czasie poprzedniej wielkiej amerykańskiej wojny w Wietnamie wprowadziła zwykłą, “brudną” wojnę do amerykańskich domów, tym razem była jakby transmisją na żywo strzelaniny dokonywanej wedle wzorów gier komputerowych.
Wojskowi USA są słusznie dumni z tej operacji. Liczba własnych ofiar ludzkich była minimalna, a liczba ofiar przeciwnika, szczególnie cywilnych, pozostaje nieznana, przynajmniej opinii światowej. Pacyfiści wprawdzie mówią o 70 tysiącach zabitych Irakijczyków oraz jeszcze większej liczbie rannych, ale kto by im wierzył. Wedle nowoczesnej wersji medialnego solipsyzmu – co nie zostało pokazane w telewizji, nie istnieje. A CNN nie pokazywał ofiar, dociekliwi zazwyczaj dziennikarze światowych mediów także ich nie szukali.
Zatem operacja “Pustynna burza” była zarówno sukcesem wojskowym, jak i psychologicznym. Udało się w niej przekonać świat, że żołnierze iraccy to po prostu banda rabusiów i morderców. Ten obraz oparty został na wstrząsających wyznaniach młodej dziewczyny z Kuwejtu, która przed kamerami telewizyjnymi opisywała, jak żołnierze Husajna wyrzucali dzieci ze szpitalnych inkubatorów, w czasie gdy czołgi irackie miażdżyły kuwejckich bojowników.
Jednak piękny, medialny obraz wojny skromnie pomijał prawdziwych reżyserów spektaklu “Pustynna burza”. A byli nimi wojskowi specjaliści od wojny psychologicznej oraz specjaliści od public relations. Pierwsi wyciągnęli wnioski ze swobody, jaką cieszyli się korespondenci wojenni w Wietnamie. Tym razem nie popełniono tego błędu: dziennikarze nie mogli towarzyszyć wojsku w Iraku, informacje przekazywali wyłącznie rzecznicy prasowi oraz generałowie na konferencjach i briefingach. Obrazy filmowe – poza CNN – pochodziły wyłącznie ze źródeł wojskowych.
Drudzy, cisi bohaterowie tamtej wojny to agencje reklamowe i public relations. Dziewczyna, która w tak wstrząsający sposób opisywała irackie okrucieństwa, okazała się być córką ambasadora Kuwejtu w Waszyngtonie! Co więcej, jej wyznania były w szczegółach przygotowane przez znaną światową agencję reklamowo-promocyjną, Hill and Knowlton. Jednak sama agencja, jak każdy dobry reżyser, pozostawała w kulisach.
Operacja “Kuwejt” (prawdziwa nazwa pozostaje tajemnicą firmy) była z pewnością warta pieniędzy, jakie emir tego kraju wypłacił. Cóż, cel uświęca środki. Amerykańskie społeczeństwo, a co ważniejsze kongresmani, zostali przekonani co do konieczności popierania i opłacania wyzwolenia Kuwejtu i ukarania Iraku.
Podobna, choć nieco inna, prawda o wojnie ujawnia się obecnie, gdy odsłaniane są kulisy operacji “Kosowo”. Też byliśmy informowani przez niezapomnianego rzecznika, Jimmiego Shea. Potrafił on wyjaśniać nawet bombardowania przypadkowego autobusu, choć jak się potem okazało, taśma wideo była puszczona w zwolnionym tempie. Nic nie wyjaśniał w sprawie użycia broni z zubożonym uranem, bo nikt go nie pytał. Sprawy jeszcze nie było. Operacja wojskowa była więc czysta.
Niezależnie od tego, czy użycie tych pocisków wywołało raka u niektórych żołnierzy, faktem niezaprzeczalnym jest użycie w operacji pokojowej broni, bądź co bądź, atomowej. I nawet jeśli ów uran nie zaszkodził żołnierzom NATO, to otwarte pozostaje pytanie o skażenie terenu w samym Kosowie, a wcześniej w Bośni. Wojna o powstrzymanie czystek etnicznych skaziła środowisko! Okazuje się bowiem, że każda wojna, nawet sterowana komputerowo i sterylizowana medialnie, w ostatniej instancji okazuje się brudna.
Żołnierze z Kosowa wyjadą, ale muszą tam żyć Albańczycy i Serbowie. I zbudują nowe domy, a życie ich, jak to ujął Stalin w 1937 roku na kongresie KPZR, “stanie się bardziej wesołe, bardziej radosne”.

Wydanie: 4/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy