Wspólnicy

Wspólnicy

Uwaga na fundusze

Wspólnicy podkreślają, że cudze nieszczęścia nie są dla nich maszynką do zarabiania pieniędzy. – Część spraw prowadzimy pro bono, w obliczu tragedii życiowych i jawnej niesprawiedliwości nie można inaczej. To, ile kosztuje obrona, zawsze jest ustalane indywidualnie. Honorarium zależy od wielu czynników – wyjaśnia Brzozowski.

Piotr z trudem znajduje czas na rozmowę. Udaje mu się wygospodarować chwilkę między spotkaniami. Pomaga dłużnikom, choć przyznaje, że sam ma ok. 2 mln zł zadłużenia. Mówi jednak, że z długami można żyć. Wiele zależy od nastawienia psychicznego. Początkowo jego spokoju i optymizmu nie podzielali rodzice. Nie rozumieli, dlaczego pomaga innym, skoro sam ma długi. – Pokazałem im wtedy mejle od kredytobiorców – opowiada. – Zaczęli dostrzegać, że to, co robimy, jest dobre i potrzebne. Teraz wspierają mnie w mojej pracy i mam ich pełną akceptację.

W walce z bankami i innymi wierzycielami Piotr radzi stosować kontrowersyjną zasadę: masz dług w banku wykupiony przez fundusz inwestycyjny, a nie masz pieniędzy, to nie płacisz. Czekasz na rozprawę. – Mechanizm jest prosty – opisuje – fundusze, które wykupują niespłacone kredyty od banków, zawyżają długi wedle norm wyssanych z palca. Po weryfikacji długi okazują się o wiele mniejsze lub nie ma ich wcale.

– Zdarza się, że kredytobiorca ma pięć lub więcej kredytów – tłumaczy Piotr. – Jeśli wiemy, że nie stać nas na dalszą spłatę, to spłacanie raz jednego, raz drugiego jest wyrzucaniem pieniędzy w błoto. Lepiej te pieniądze wydać na leki lub jedzenie, na które po spłacie kawałka raty po prostu brakuje. Odwlekanie czegoś w czasie i mówienie: zapłacę za miesiąc lub dwa, spowoduje, że windykacja się nasili, bo daliśmy wierzycielom nadzieję, że spłacimy dług. Przestajemy zatem spłacać wszystko, a pieniądze, które mamy, odkładamy i przygotowujemy się do obrony.

Ostatnie słowo należy do sądu. Tam decydują argumenty merytoryczne, a nie sytuacja ekonomiczna czy nawet życiowa. Jeśli powiemy w sądzie, że mieliśmy wypadek, zmarł ktoś nam bliski itp., to nie będą żadne argumenty. Najważniejsze jest zakwestionowanie roszczenia „co do wysokości i co do zasady”, a później rozwinięcie i poparcie tego stosownymi argumentami i orzecznictwem. Chodzi o kwotę – wyjaśnia Piotr. – Jeżeli klient prosi bank o przedstawienie dokumentów, na co były księgowane jego spłaty i ile było odsetek, praktycznie nie ma możliwoś­ci otrzymania takiego pisma. Fundusze w ogóle nie mają takiej dokumentacji – dostają jakąś kwotę długu od banku i uznają ją za prawdę objawioną. Jedynym miejscem, gdzie możemy próbować to wyegzekwować, jest sąd. O ile bank może przedstawić historię zadłużenia, o tyle fundusz często bierze kwotę z księżyca. Z jakiego powodu mamy ją oddawać, jeżeli nie ma żadnych dowodów, że jest uczciwie wyliczona?
– Jeśli dany fundusz uważa, że jesteśmy winni tyle a tyle, nie oznacza to, że tak właśnie jest. Przeważnie kwoty wskazywane w pozwach są bardzo abstrakcyjne. Właściwa linia obrony wygląda tak: jeżeli uważacie, że zadłużenie wynosi tyle a tyle, to na jakiej podstawie? Co ważne, te proste zasady dają szansę na starcie zwykłemu Kowalskiemu – mówi Soboń. – Oczywiście jest też wiele innych istotnych czynników, ale to już zmienne dla każdej sprawy i nie ma tutaj żadnych szablonów. Każdą sprawę należy rozłożyć na czynniki pierwsze i znaleźć wszystkie punkty zaczepienia. Zdarza się, że fundusz czy bank świadomie łamią prawo, np. preparując dokumenty. To są sytuacje skrajne, ale i takie się zdarzają.

Piotrowi i Wojtkowi już wielokrotnie udało się udowodnić nierzetelność funduszy, które po prawomocnym wyroku sądu musiały zwracać dłużnikom zawyżone długi. – Oczywiście bywają wyjątki – zaznacza Piotr. – Zdarzyło nam się przegrać sprawę, nawet gdy udowodniliśmy, że dług był zawyżony, bo sędzia uważał, że każdy dług należy zwracać, a tego, że jest zawyżony, nie brał pod uwagę.

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 42/2016

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy