Zakłamana historia powstania

200 tys. cywilnych ofiar, zagłada miasta, arogancja dowódców – o tym nie usłyszymy w rocznicę powstania warszawskiego

Początek sierpnia to w Polsce czas umacniania mitu powstania warszawskiego. Nie usłyszymy o arogancji dowództwa Armii Krajowej, o cywilach, którzy stali się zakładnikami chorych z ambicji generałów, ani o zagładzie miasta. Dlatego niewygodną prawdę o powstaniu ujawnia „Przegląd”.
„Powstanie warszawskie było niesamowitym sukcesem wojskowym”, orzekł w ubiegłym roku prof. Norman Davies. Według niego, sukces polegał na kontynuowaniu walk przez dwa miesiące pomimo braku jakichkolwiek szans powodzenia. Jak widać, śmierć ponad 200 tys. cywilów i całkowite zniszczenie polskiej stolicy to dla brytyjskiego profesora nic nieznaczące detale.
Dywagacje prof. Daviesa można zrzucić na karb specyficznego brytyjskiego humoru. Co jednak da się wybaczyć obcokrajowcowi (nawet tak zaangażowanemu w sprawy polskie jak Davies), trudno puścić płazem rodzimym znawcom tematu. Tymczasem od lat część historyków i polityków uparcie wbija nam do głów kult powstania. Nie bez ich udziału Muzeum Powstania Warszawskiego stało się obowiązkowym punktem programu każdej szkolnej wycieczki, a na uroczystościach rocznicowych nie może zabraknąć żadnego czołowego polityka.

EUFORIA I GŁÓD

Mit powstania warszawskiego jest mozolnie budowany, począwszy od podręczników szkolnych, a na wypowiedziach przedstawicieli najwyższych władz państwowych skończywszy. Generałowie Tadeusz Bór-Komorowski, Tadeusz Pełczyński czy Antoni Chruś­ciel „Monter” już dawno temu zostali wpisani do panteonu wybitnych polskich dowódców. Liczba szkół różnych szczebli noszących ich imiona mówi sama za siebie. Tylko czekać, aż za tym przykładem podąży samo wojsko i przydzieli jakiejś jednostce któregoś z grona wybitnych patronów.
Jak zatem wygląda prawda o powstaniu? Z jednej strony, nie sposób nie wspomnieć o euforii, jaka zapanowała na stołecznych ulicach 1 sierpnia 1944 r. „Ludność stolicy zespoliła się z wojskiem w walce i nawet nieuzbrojeni, porwani entuzjazmem młodzieży, budują barykady przeciw czołgom wroga”, raportował Bór-Komorowski. Z drugiej – radość szybko przerodziła się w rozgoryczenie, gdy walki zaczęły się przedłużać, przynosząc coraz więcej ofiar cywilnych.
Morale cywilów słabło w miarę kurczenia się zapasów żywności, wody i leków. Okupacyjna rzeczywistość nie była łatwa, lecz w porównaniu z warunkami powstańczymi mogła się wydawać czasem spokoju i stabilizacji. Czym bowiem były kłopoty z zaopatrzeniem i kartkami z wcześniejszych lat przy obecnym nieustannym głodzie i pragnieniu? „Byliśmy tak zgłodniali, że jedliśmy mięso z konia, którego toczyły robaki, jedliśmy też wychudzone koty i psy”, wspominała Barbara Szymakowa, w czasie powstania 13-letnia dziewczynka, mieszkająca u dziadków przy ul. Burakowskiej.
Oczywiście pierwsze dni sierpnia to okres żywiołowego wsparcia powstania. Mieszkańcy sami organizowali się w drużyny. Młodzi i starzy, mężczyźni i kobiety – wszyscy z równym zapałem garnęli się do budowy barykad. Chętnie też udzielali się w szpitalach i kuchniach polowych. Do czasu.
Już w połowie sierpnia w wielu miejscach miasta panowała anarchia. „Władze administracyjne nie dają już sobie rady. Starosta – człowiek młody bardzo i niedoświadczony – nie panuje nad sytuacją”, skarżył się jeden z powstańców. Drugi w tym samym czasie meldował, że „wzrastała ciągle liczba głosów przeklinających powstanie i rząd”.

SPORY I KŁÓTNIE

Nad rozkazami Armii Krajowej górę brały ogólne zniechęcenie i apatia. „Nastawienie ludności w schronach cechuje chorobliwa bierność – alarmowano 12 sierpnia ze Starego Miasta. – Zupełnie biernie znoszą głód (niektórzy nie jadają po 2-3 dni), nie wykazują żadnej inicjatywy w kierunku starań o żywność”. Coraz trudniej było o ochotników do stawiania barykad i pracy w szpitalach. W wielu przypadkach dopiero groźbą czy wręcz przemocą powstańcy rekrutowali pomocników.
Minorowe nastroje potęgowane były przez zniszczenia zmuszające ludzi do tłoczenia się w piwnicach. Silne więzy sąsiedzkie rozluźniły się na skutek wymieszania się osób o różnym statusie materialnym, wykształceniu czy poglądach politycznych. W takich warunkach łatwo było o spory i kłótnie, które nierzadko przeradzały się w rękoczyny. „Załamywała się dyscyplina, a poczęły szerzyć kradzieże i drobne przestępstwa. (…) Niektórzy stawali się nieczuli na cierpienia innych, nawet jeśli osoby cierpiące należały do rodziny. Przestawano grzebać ciała zmarłych”, wspominał o. Medard Parysz, kapelan powstania. Wspólnota z pierwszych dni walk przestawała istnieć.
Głód, choroby i trudy życia w piwnicach odbierały ludziom wiarę w zwycięstwo. Kwitła jedynie spekulacja. O ile na początku sierpnia litr wody kosztował 200 zł, o tyle po kilkunastu dniach trzeba było już płacić 600 zł za szklankę. Jeszcze droższe były lekarstwa i żywność, o które trwała nieustanna walka między powstańcami a cywilami. Nic dziwnego, że mieszkańcy z utęsknieniem wspominali czasy niemieckich kartek.
Zapewne jednak największy wpływ na pogorszenie nastrojów ludności cywilnej miała wzmagająca się brutalność oddziałów okupacyjnych. Dowódca akcji pacyfikacyjnej gen. Erich von dem Bach-Zelewski miał do dyspozycji m.in. brygadę SS RONA (2 tys. żołnierzy), złożoną z rosyjskich i ukraińskich zwyrodnialców, oraz brygadę SS Oskara Dirlewangera rekrutowaną z niemieckich kryminalistów, którzy wsławili się bestialstwem na tyłach frontu wschodniego, a także dwa bataliony Kozaków, batalion specjalny z Wrocławia i zmilitaryzowany policyjny batalion z Poznania.
Żołnierze zostali tak dobrani, by bez skrupułów mordowali ludność cywilną. „Przy każdym domu leżały trupy, przy niektórych domach częściowo popalone: dzieci, kobiety, mężczyźni i starcy. Domy zaś wszystkie już były spalone” – tak wyglądała pacyfikacja powstania od pierwszych jego dni.
Masowe mordy i gwałty były na porządku dziennym. Już 1 sierpnia zostało rozstrzelanych 20 mieszkańców domu przy ul. Powązkowskiej 41. 4 sierpnia Niemcy zamordowali ok. 4 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy schronili się w fabryce przy ul. Wolskiej 60. Następnego dnia oddziały SS dokonały masakry chorych w Szpitalu Wolskim. Kolejny tysiąc rozstrzelano w szpitalu św. Łazarza. Aż 5 tys. osób zamordowano w fabryce Ursus.
Okrucieństwo oddziałów pacyfikacyjnych dotykało na równi dorosłych i dzieci. Tymczasem za sprawą mediów i niektórych polityków w naszej zbiorowej świadomości utrwalił się obraz „małego powstańca”, który w przydużym hełmie bohatersko broni stolicy. Nic więc dziwnego, że na udział nieletnich w powstaniu patrzymy jak na romantyczną przygodę, niczym na harcerskie podchody. Cóż jednak romantycznego w zmasakrowanym – dosłownie i w przenośni – dzieciństwie?

BEZ WSPARCIA

Okupanci mordowali cywilów bez względu na wiek. W szpitalach pijani żołnierze dla zabawy zabijali noworodki, niektórzy „ćwiczyli” cesarskie cięcie na ciężarnych kobietach. Jak w każdym konflikcie rosła liczba sierot i półsierot. W najtrudniejszej sytuacji były dziewczynki. We wspomnieniach z powstania wciąż przewijają się zbiorowe gwałty dokonywane przez oprawców na nieletnich. Wzruszające jest opowiadanie o ponad 250 ślubach zawartych podczas powstania. Trudniej mówić, że dla wielu nastolatek ich pierwszy raz to najbardziej upodlające wydarzenie w życiu, często zakończone śmiercią w męczarniach.
„Tuż obok nas siedzi skulona starsza pani z niedorosłą dziewczynką. Pijana zgraja podchodzi do nich, jeden z tych bandytów szarpie dziewczynkę za rękę, coś bełkoce pijackim głosem. (…) Dziewczyna wstaje ze szlochem, żołdak odprowadza ją na bok kilka kroków i po chwili cały dramat rozgrywa się na oczach wszystkich. Brutalny atak, płacz i krzyk tej 14-letniej, żałosne jęki, sapania zdobywcy… Dziewczynka wyrywa się, ucieka, przypadła do krewnej, szlocha, płaczemy razem, po kilku minutach znowu ją szarpie inny…”, relacjonowała Zofia Wędrychowska, nauczycielka.
Strach o życie swoje i najbliższych przerodził się w złość przeciwko tym, którzy wywołali powstanie. Wbrew obietnicom dowództwa walki się przedłużały. Stolica i jej mieszkańcy pozostawali bez wsparcia sojuszników. Armia Czerwona nawet nie zbliżyła się do rogatek miasta, a prowadzone przez RAF wsparcie powietrzne było niewystarczające. 20 sierpnia Biuro Informacji i Propagandy (BIP) meldowało: „Głosy defetystyczne są jeszcze odosobnione i nieliczne, lecz słabnięcie odporności nerwowej staje się dosyć powszechne”.
Każdy kolejny dzień samotnych zmagań nasilał rozgoryczenie ludności cywilnej. „Po trzech tygodniach walk w Warszawie sytuacja wyrażająca się w braku skutecznej pomocy dla powstania nabiera cech skandalu politycznego. Opinia publiczna oskarża [emigracyjny] Rząd o brak wszelkiego znaczenia na terenie międzynarodowym. Niechęć wobec aliantów przeradza się we wrogi stosunek”, depeszowano do Londynu 23 sierpnia.
Sprawna dotychczas machina propagandowa zacięła się. Przez cały okres powstania ukazywało się ok. 130 dzienników, tygodników i magazynów, spośród których największe osiągały nakład 28 tys. egzemplarzy. Początkowo czytane z wielkim zainteresowaniem, z czasem stawały się źródłem frustracji mieszkańców. W jednym z raportów BIP alarmowano: „Sensacyjne tytuły niektórych dzienników w rodzaju: »Opanowaliśmy Politechnikę«, gdy wiadomo, żeśmy ją stracili (…), zamiast podnosić nastroje, raczej je obniżają, podrywając jednocześnie zaufanie i wiarę w prawdomówność naszej propagandy”.
Zmianę nastrojów społeczeństwa najbardziej odczuli sami powstańcy. Młoda łączniczka wspominała, jak głodujące matki z dziećmi z wyrzutem patrzyły na powstańców, którzy chronili się w ich piwnicach. „Na żołnierzy spoglądały z niechęcią – pisała – zupełnie inaczej niż na początku powstania, kiedy to obrzucały ich kwiatami”.
Czas dogorywającego powstania sprzyjał rozluźnieniu obyczajów. Obok wielu przykładów bohaterstwa czy solidarności cywilów były także czyny haniebne. Zatłoczone piwnice okazywały się doskonałym miejscem do kradzieży, rozbojów, a nawet morderstw. Rosła liczba osób skazanych na śmierć za kolaborację z okupantem. Nieraz dochodziło do samosądów, których ofiarami padali m.in. ocalali Żydzi. Zdarzały się kuriozalne sytuacje, kiedy ratunek widziano w poddaniu się niemieckim żołnierzom.
Mieczysław Dobrowolski, który we wrześniu 1944 r. znalazł się w szpitalu zorganizowanym w miejskim ośrodku zdrowia, zapamiętał „nieopisaną radość” pośród personelu po wkroczeniu Niemców. „Tegoż dnia wieczorem – wspominał – nie wiadomo skąd znalazła się żywność, i to w większych ilościach. Przez cały wieczór pracownicy szpitala raczyli się wódką i wreszcie jedli do syta. Po każdym kieliszku powtarzali: Za wszystkie czasy!”.

EWAKUACJA

Coraz częściej mieszkańcy domagali się zgody na ewakuację. Pierwsze takie próby podejmowano już na początku powstania, jednak w obliczu ogólnej euforii nikt z dowództwa nie traktował ich poważnie. Chętnym do opuszczenia swoich domów nie robiono problemów, choć niedwuznacznie sugerowano im tchórzostwo. Problem zaczął się, gdy prośby zamieniły się w żądania, a ich liczba zaczęła lawinowo rosnąć.
Pod koniec sierpnia cywile przebywający na Starówce w kościołach Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny i św. Franciszka udali się do mjr. Stanisława Błaszczaka „Roga”, domagając się umożliwienia im ewakuacji. Spotkali się z odmową. Jak przekonywał dowódca, „jeśli duża grupa osób w towarzystwie osób duchownych opuści ten teren i przejdzie na obszary zajmowane przez Niemców, to wśród powstańców załamie się wola walki. Każdy, kto będzie próbował wyjść, zostanie zastrzelony jako zdrajca”.
Trudno się oprzeć wrażeniu, że ludność cywilna stała się zakładnikiem powstańców, a nade wszystko ich dowódców. Była im potrzebna, bo bez niej dalsza walka traciła jakikolwiek sens. „Gdy zabraknie mieszkańców – przekonywał gen. Okulicki – możemy oczekiwać, że poczuje się żołnierz osamotniony i nie potrafi się zdobyć na obronę tej kupy gruzów, jaką dzisiaj przedstawia Warszawa”. Każda strata wśród cywilów była więc dla polskiego dowództwa usprawiedliwiona.
Oficjalną zgodę na ewakuację ludności dowództwo AK wydało dopiero 8 września. Jednak nawet wówczas cywile opuszczający teren walk nie mogli liczyć na sympatię czy choćby zrozumienie ze strony powstańców. Jeden z nich meldował: „Żołnierze byli oburzeni wymarszem ludności. Idącym robiono uszczypliwe uwagi, nie pozwalano dawać papierosów. Jeden żołnierz z placówki przy ul. Lwowskiej powiedział do mnie, że gdyby zauważył swą matkę w tym tłumie, zastrzeliłby ją. Narzekał, że władze pozwalają na taki wstyd, a przede wszystkim, że tylu młodych ludzi wychodzi”.
Mieszkańcy Warszawy rozczarowali się powstaniem. Ich początkowe gorące poparcie wynikało z przekonania, że potrwa ono zaledwie kilka dni i zakończy się wyzwoleniem stolicy. W końcu tak im obiecywano w licznych odezwach i artykułach. Jeszcze 7 września gen. Antoni Chruściel „Monter” przekonywał, a raczej w sposób niegodny oficera kłamał: „Wierzcie w to głęboko, że dowództwo nie zawiedzie, że myślimy o wszystkim. Do nadejścia z zewnątrz pomocy upłynie jeszcze najwyżej 4-5 dni. Pomimo że źle się odżywiacie i znużeni jesteście bez granic, duch Wasz musi się zdobyć na to niedługie już przetrwanie”.

FUNDAMENTY MITU

Fundamentem mitu powstania warszawskiego jest teza, że miało ono szanse powodzenia. Tymczasem w samym dowództwie Okręgu Warszawa AK mało kto był optymistą nawet przed jego wybuchem. „Czy pan widzi i rozumie sens tego wszystkiego, co my tu robimy?”, pytał 29 lipca gen. Pełczyński świeżo przybyłego z Londynu Jana Nowaka. Kurier nie potrafił odpowiedzieć twierdząco na to pytanie. Co gorsza, problemy z odpowiedzią miał sam Pełczyński.
Dni poprzedzające powstanie polskie dowództwo spędzało na wzajemnym przekonywaniu się o jego sensie. Przy czym rzadko podnoszono argumenty natury militarnej czy strategicznej. Wszak takich być nie mogło. Zdecydowanie więcej uwagi poświęcano kwestiom honoru i odwagi. Gen. Leopold Okulicki przekonywał: „Nie mam żadnych złudzeń, co nas tu czeka po wejściu Rosjan i ujawnieniu się, ale choćby mnie spotkało najgorsze, wolę to aniżeli zrezygnowanie z wszystkiego bez walki. Musimy spełnić nasz obowiązek do końca”.
Rozważania generalicji w kraju nie przekonywały władz emigracyjnych. Analizując rozmowy na linii Warszawa-Londyn w lipcu 1944 r., nie sposób nie dojść do wniosku, że decyzja o wywołaniu powstania była jawnym złamaniem dyrektyw naczelnego wodza. Stojący na czele polskiego wojska gen. Kazimierz Sosnkowski wielokrotnie ostrzegał, że zorganizowanie akcji przeciwko Niemcom „bez uprzedniego porozumienia z ZSRR na godziwych podstawach byłoby politycznie nieusprawiedliwione, zaś (…) pod względem wojskowym niczym innym jak aktem rozpaczy”.
Podobnie wypowiadali się rząd i prezydent. Jeden z ministrów, Jan Stańczyk, uważał „za konieczne przestrzec kraj przed jakimikolwiek odruchami rozpaczy, skierowanymi przeciwko wojskom sowieckim”. Tymczasem te i inne ostrzeżenia dowództwo Okręgu Warszawa AK świadomie zlekceważyło. Generalicja zdawała sobie sprawę, że powstanie miało minimalne szanse powodzenia, lecz opacznie przez nią rozumiane honor i odwaga przeważyły szalę na korzyść akcji zbrojnej.
Główną ofiarą nonszalancji dowództwa AK była ludność cywilna Warszawy. W planach wojskowych jawiła się ona jako przedłużenie siły zbrojnej. Tak też traktowały ją oddziały okupacyjne, które z równą brutalnością rozprawiały się z powstańcami, jak i ze starcami, kobietami czy dziećmi. Podobnie postrzegały mieszkańców Warszawy emigracyjne władze. Komentując kapitulację powstania, premier Stanisław Mikołajczyk zawyrokował: „Garnizon i ludność stolicy wypełniły powinność żołnierską ponad granice ludzkiej wytrzymałości i męstwa”.

WYMUSZONE BOHATERSTWO

Decyzja o narażeniu życia setek tysięcy cywilów dałaby się jeszcze obronić, gdyby istniały realne przesłanki sukcesu powstania. Tymczasem, cytując gen. Władysława Andersa, „nie miało ono najmniejszych szans powodzenia, a naraziło nie tylko naszą stolicę, ale i tę część Kraju, będącą pod okupacją niemiecką, na nowe straszliwe represje”. Ofiary obciążają sumienie dowództwa AK, które w przypływie emocji wywołało powstanie, a także władz emigracyjnych, które nie były w stanie zapobiec tej samobójczej decyzji.
Mieszkańcom Warszawy nie sposób odmówić bohaterstwa. Jednak było to bohaterstwo wymuszone. O ile bowiem dowództwo i żołnierze świadomie przystąpili do powstania, o tyle ludność cywilna została w nie wciągnięta siłą. Nikt nie pytał, czy niemal milion osób chciało i było gotowych wypełnić swoją „żołnierską powinność”.
Warszawa skapitulowała 3 października 1944 r. W ciągu dwóch miesięcy zginęło ok. 16 tys. polskich żołnierzy i aż 200 tys. zwykłych mieszkańców. Oznacza to, że na śmierć jednego walczącego powstańca przypadało niemal 13 ofiar cywilnych. Ponad pół miliona tych, którzy przeżyli, zostało zmuszonych do opuszczenia miasta.
Dramat stolicy nie skończył się wraz z jej kapitulacją. Budowniczowie mitu powstania niechętnie wypowiadają się na temat dalszych losów Warszawy i jej mieszkańców. Dlaczego? Odpowiedź jest banalnie prosta. Całkowite zniszczenie największego polskiego miasta – Paryża Północy, jak nazywano je przed wojną – oraz skazanie ponad pół miliona osób na wielomiesięczną tułaczkę trudno nazwać inaczej niż klęską. Milczenie spowodowane jest także chęcią zatuszowania niewygodnej dla niektórych prawdy, że Warszawę odbudowano za czasów władzy ludowej.
Popowstańcza rzeczywistość miała niewiele wspólnego z mitem niezwyciężonego miasta. Przypominała raczej apokalipsę. „To całe wychodzenie szło powoli. I było podobne do zbierania się na Sąd Ostateczny”, zanotował w pamiętniku Miron Białoszewski. W słowach tych nie było nic z literackiej hiperboli. Niemal co czwarty ocalały mieszkaniec stolicy i pobliskich wsi trafił do obozów koncentracyjnych lub został wysłany na roboty przymusowe do Niemiec. Wielu nie doczekało końca wojny.
O losie warszawskich tułaczy nie usłyszymy w debacie o powstaniu. Prawda mogłaby zepsuć lansowany od lat obraz „przegranych zwycięzców”, w którym mieszkańcy opuszczali swoje miasto z podniesioną głową. Tylko z czego mogli być dumni? Ze śmierci bliskich? Z utraty całego majątku? Głodu, choroby, gwałtów? W starciu z popowstańczymi realiami bohaterstwo czasu walki stawało się niepotrzebnym bagażem.
„Brak słów, by opisać stan fizyczny i psychiczny warszawskich nędzarzy – zapisała w dzienniku mieszkanka Łowicza, dokąd trafiła część uchodźców. – Brud, rozpacz, łzy, otępienie i te straszne opowieści. Na zadawane zewsząd pytania o młodych pada ponura odpowiedź: »Albo już nie żyją, albo wywiezieni do Niemiec, albo jeszcze walczą, czekając na swój los«”. Dla wielu jedyną pociechą w tym trudnym czasie była pomoc i opieka gospodarzy.
Nie zawsze jednak uchodźcy ze zniszczonej stolicy mogli liczyć na taką życzliwość jak w Łowiczu. Alfred Kuzka, mieszkaniec Marymontu z ul. Czos­nowskiej, który w czasie powstania z żoną i dziećmi przebywał na Starym Mieście, a potem z najbliższymi został wysłany do Starej Wsi, wspominał, jak musiał wysłuchiwać docinków w rodzaju: „Musimy ich karmić. Po co nam to? Sami nie mamy”. Właściciele gospodarstwa, do którego trafił, traktowali ich jak darmową siłę roboczą. Kuzkowie spali w opuszczonym młynie, a kiedy upomnieli się o zapłatę za pracę, zostali niemal siłą wypędzeni ze wsi. „Wy warsiarskie dziady! Przyśliśta nas tu obżyrać. Dali, jazda do Warszawy! Mamy dosyć swoich”, usłyszeli na pożegnanie. Czy zatem można się dziwić, że piewcy „cudownej jedności narodu w walce z okupantem” wolą ten i podobne epizody skwitować milczeniem?
Powstanie warszawskie to jedno z najtragiczniejszych wydarzeń w historii Polski. To także przykład, jak arogancja, niepohamowane ambicje i brak zrozumienia dla ludzkiej krzywdy mogą doprowadzić do zagłady milionowego miasta i jego mieszkańców. Czy wyciągniemy w końcu z tego wnioski? Wątpliwe. Mit powstania umacnia się z każdym rokiem. Jak na naród kochający się w swojej historii dosyć nonszalancko ją traktujemy.


Przy opracowywaniu tekstu korzystałem z książek: Exodus Warszawy. Ludzie i miasto po Powstaniu 1944. T. 1. Pamiętniki, relacje, opracowanie Małgorzata Berezowska, Warszawa 1992; Joanna K.M. Hanson, Nadludzkiej poddani próbie. Ludność cywilna Warszawy w powstaniu 1944 r., Warszawa 1989; Na tropach tragedii. Powstanie Warszawskie 1944, wybór dokumentów wraz z komentarzem Jan M. Ciechanowski, Warszawa 1992; Andrzej Przemyski, Ostatni komendant generał Leopold Okulicki, Lublin 1990; Eugeniusz Duraczyński, Rząd polski na uchodźstwie 1939-1945, Warszawa 1993; Andrzej Krzysztof Kunert, Władysław Bartoszewski, Rzeczpospolita Walcząca. Powstanie warszawskie 1944. Kalendarium, Warszawa 1994.

Wydanie: 31/2013

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Jarosław Tomczyk
    Jarosław Tomczyk 31 lipca, 2014, 22:17

    Gdzie lub jak mogę nabyć książkę „Zakłamana Historia Powstania”?!
    Pozdrawiam. 🙂

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. a.mierzejewska
    a.mierzejewska 4 sierpnia, 2014, 11:37

    Na konto wydawcy „Przeglądu” należy wpłacić 41 zł, wpisując na przelewie dokładny adres, pod który ma trafić przesyłka polecona lub kupić w Głównej Księgarni Naukowej im. B. Prusa w Warszawie, ul. Krakowskie Przedmieście 7.

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. Anonim
    Anonim 12 stycznia, 2017, 10:43

    Całkowicie się zgadzam

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy