Zapamiętaj to, Talar!

Zapamiętaj to, Talar!

– Pana także?

Trudno, żeby nie.

– Właśnie taki jest Różewicz i po to zrobiliśmy to przedstawienie.

Jeden z widzów, wychodząc z teatru po „Burzy”, w zamyśleniu powiedział o panu: „Nooo… czarodziej”.

– Mój kolega z roku Jerzy Trela już na studiach był uznawany przez profesorów i studentów za najciekawszą osobowość. Kiedyś mu o tym powiedziałem bez żadnej zawiści, bo nigdy nikomu i niczego nie zazdrościłem. Odparł, że wszystkie swoje cechy oddałby za tę jedną moją, jego zdaniem, ważną i widoczną zaletę, że tak po prostu chcę wyrażać na scenie siebie, co jest wyczuwane przez widzów. Wtedy nie przejąłem się jego opinią, ale dziś ją wysoko cenię. Chodziliśmy na spacery po Plantach, mówiąc wprost – na podryw, ale nie zawsze z sukcesem. Jurek rzucił mimochodem: „Wiesz, Heniek, Leszek Teleszyński (nasz kolega z roku) może sobie spać do południa. A my musimy wstawać wcześnie, zasuwać, starać się – bo nie zwrócą na nas uwagi”. No i tak już pozostało.

Na oklaski niełatwo zasłużyć. Co innego poklask.

– Mam taki stały koszmar senny. Gram, wychodzę do oklasków, kłaniam się nisko, podnoszę głowę, patrzę, a tu… pusta sala.

Zdarzyło się tak?

– Tak, boleśnie przeżyłem takie pustki, ale nie jako aktor, tylko dyrektor w okresie pierwszej dyrekcji w Częstochowie. A to było naprawdę niezłe przedstawienie – „Bachantki”.

A, to wtedy o jednym z krytyków napisał pan (w ulotce rozrzuconej w teatrze), że „macza pióro w szambie”.

– Teraz jesteśmy przyjaciółmi. Całe życie próbowałem oduczyć prawą półkulę przechowywania negatywnych uczuć.

Ale do pozytywnych pan wraca?

– Nigdy jako aktor nie czułem się „pępkiem” jakiegoś nawet najmilszego sercu wydarzenia, nigdy nie pofrunąłem z powodu sukcesu, ale też nie jęczałem, kiedy coś mi się nie udało.

A wspomnienia z dzieciństwa i teatralnej „prowincji”? W pana opowieściach mają jakby coś wspólnego.

– To jest alfabet. Na pierwszym miejscu jest moja matka. Obserwowała, co robię, a dzięki temu, jak reagowała, co mówiła, mogłem powracać do podstaw, myśleć o tym, co jest naprawdę ważne – w zawodzie i w ogóle w życiu. Kiedy już jako czynny, sporo pracujący aktor odwiedziłem dom na dłuższy odpoczynek, taksówkarz przyjechał po mnie z planu filmowego aż z Łodzi. To było normalną praktyką, dojazd ze wsi nie był prosty, chodziło o czas. Kiedy czekał przed domem, matka prosiła: „Henrysiu, nie rób nam wstydu”.

Sąsiedzi?

– Zmieniła stosunek do mojego zawodu, kiedy przyniosłem honorarium, co pozwoliło założyć centralne ogrzewanie. Nie chodziło o sprawy materialne. Był to dowód, że moja praca jest potrzebna ludziom, przynosi ich uznanie i szacunek.

Urodził się pan w maleńkiej miejscowości Kozy.

– Ten mały, wielki świat dzieciństwa dostarczał mi ważnych obrazów, emocji, do dziś tkwią we mnie. Patrzyłem często na drogę – miałem może trzy lata? – przez okno w domu dziadków. Widziałem furmanki, nurtowało mnie, dokąd tak jadą, gdzie się podziewają, co się z nimi dzieje, kiedy ich „nie ma”. Pamiętam przeróżne zdarzenia z dzieciństwa, rozmowy ze zwierzętami, bójkę, ból, krew z rozbitego nosa, twarz wgniecioną w ziemię pomieszaną z łajnem, ostrą gorycz porażki. Jednym z ludzi, którzy mnie oszlifowali na samym początku, był na pewno mój wuj, utalentowany plastycznie, o fantastycznym temperamencie i poczuciu humoru. Był śmierguśnikiem – jednym z przebierańców, którzy dokazywali po okolicy w lany poniedziałek.

To barwny, teatralny obyczaj.

– Pamiętam też radio i pewien szczególny wieczór, gdy nadawano słuchowisko teatralne. Miałem mgliste pojęcie o zawodzie aktora. Tym podziwianym głosem wzorcem był Tadeusz Fijewski. Słuchając radia, nagle poczułem, że też tak bym mógł, a może i lepiej?

Chyba się sprawdziło, bo Złotego Mikrofonu nie dają za nic. Pański głos jest tak samo rozpoznawalny jak twarz i nazwisko Talar.

– Słyszałem je różnie wymawiane. W technikum był cieszący się dużym autorytetem nauczyciel matematyki Tadeusz Lubowski. Podczas uroczystości w zakładach mechanicznych, kiedy recytowałem wiersz Gałczyńskiego, nagle zobaczyłem go na widowni. Następnego dnia mieliśmy matematykę. Już wiedziałem, co mnie czeka. „Dolar!”. Profesor tak przerabiał moje nazwisko, wyrwał mnie do tablicy i dał trudne zadanie do rozwiązania. Do dziś pamiętam uczucie, z jakim brałem do ręki kawałek kredy. To nie był mój triumf. A nie wiedziałem, że profesor jest miłośnikiem poezji Gałczyńskiego. Zaproponował, że nie będzie brał pod uwagę moich „osiągnięć” matematycznych, ale w zamian mam na każdą lekcję przygotować i wyrecytować jakiś wiersz Gałczyńskiego. Zgodziłem się natychmiast. Naprawdę nie wiedziałem, jakie zobowiązanie na siebie biorę! Najpierw mówiłem długie teksty, wkuwałem je na pamięć, a potem szukałem coraz krótszych. Profesor jako znawca poezji, nie tylko tego, co napisał jego ulubiony poeta, z matematyczną precyzją podchodził do tego, co i jak mówię. Tu już nie było taryfy ulgowej. Potem przez całe technikum, także przy egzaminie maturalnym, otaczał mnie życzliwą opieką. Wtedy też nastąpiło inne pamiętne dla mnie wydarzenie. Kierownikiem warsztatów szkolnych był Henryk Bydliński, istny olbrzym. Rzekł do mojej matki: „No cóż, nie zrobimy z niego technika!”. Następnie wyciągnął wielką dłoń i boleśnie mnie szturchnął w pierś, zupełnie jak w „Ślubie” Gombrowicza „dutknął palicem” i rzekł: „Robię to dla twojej matki!”. A potem jeszcze podniósł do góry ten palec i powiedział dobitnie: „Zapamiętaj to sobie, Talar!”. Zapamiętałem.

Foto: Krzysztof Żuczkowski

Strony: 1 2 3 4

Wydanie: 4/2016

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy