Zbrodnie bohaterów IPN

Zbrodnie bohaterów IPN

Prokurator IPN: zabójstwa furmanów i pacyfikacji wsi w styczniu i lutym 1946 r. nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa

Oficjalnie „żołnierze wyklęci” to bohaterowie, którzy „stali po stronie wolnej Polski i nigdy się nie poddali”. Tak mówi prezydent Andrzej Duda, tak twierdzi Instytut Pamięci Narodowej. Wystarczy jednak posłuchać pracowników IPN i poczytać ich publikacje, by zauważyć poważne pęknięcia na tym nieskazitelnym wizerunku powojennego podziemia.

Bez wątpienia „żołnierze wyklęci” stanowią fundament ideowy IV RP. Temat, który jeszcze kilkanaście lat temu funkcjonował na marginesie tzw. polityki tożsamościowej, obecnie wyznacza jej ramy. Najważniejszą rolę w krzewieniu mitu „żołnierzy wyklętych” odgrywa IPN. Jego pracownicy, chcąc uwiarygodnić politykę historyczną rządu, nie tylko przemilczają niewygodne fakty, ale wręcz posuwają się do przeinaczeń, za nic mając nawet wyniki własnych śledztw i badań historycznych.

Jeśli mierzyć popularność poszczególnych „wyklętych” obecnością w kulturze masowej, pierwsze miejsca zajmują Zygmunt Szendzielarz „Łupaszka”, Józef Kuraś „Ogień” i Romuald Rajs „Bury”. To na nich budowany jest cały mit powojennego zbrojnego podziemia. Koszulki z ich podobiznami widać w szkołach, na stadionach i uniwersytetach, a jak można było nieraz się przekonać podczas tej kadencji Sejmu – także w parlamencie. „Łupaszka”, „Ogień” i „Bury” trafili na okładki płyt, półki w księgarniach zapełnione są ich biografiami, kwestią czasu pozostaje wysyp seriali i filmów z nimi w roli superbohaterów. Wszystko ku uciesze rządzących i IPN, który tę wyklętomanię rozkręcił.

Na łamach PRZEGLĄDU wielokrotnie podkreślaliśmy, że nie każdy „żołnierz wyklęty” zasługuje na pamięć i chwałę. Wielu z nich ma na sumieniu ofiary cywilne, gwałty i zwykłe rabunki. Każdy, kto choć trochę się orientuje w powojennych realiach, wie, że nie sposób ich opisać na zasadzie czarne-białe, co próbują robić rządzący. Każda publikacja pokazująca zbrodnie poszczególnych „wyklętych” spotyka się z atakiem ze strony prawomyślnych „historyków”, którzy chętnie tłumaczą, że zbrodnia zbrodni nierówna, poza tym zabijanie komunistów i ich współpracowników zawsze jest usprawiedliwione, a nawet wskazane. Zróbmy więc inaczej. Oddajmy głos samemu IPN – jego obecnym i byłym pracownikom.

Kule i ogień „Burego”

Jak można przeczytać w sprawozdaniu ze śledztwa IPN o sygnaturze S 28/02/Zi (prowadzonego w latach 2002-2005), 29 stycznia 1946 r. oddział „Burego”, wykorzystujący jako transport zaprzęgi konne zajęte dzień wcześniej w Łozicach, przybył do wsi Zaleszany. Dalszy rozwój wydarzeń przypomina najtragiczniejsze epizody z lat II wojny światowej. Według ustaleń IPN „około godziny 14.00-15.00 mieszkańcy wsi zostali powiadomieni przez wyznaczonych członków oddziału o konieczności przybycia »na zebranie« do domu Dymitra Sacharczuka. Po zgromadzeniu w tym domu mieszkańców, wywołano na zewnątrz Piotra Demianiuka – 16-letniego syna sołtysa Łukasza Demianiuka, oraz mieszkańca sąsiedniej wsi Suchowolce – Aleksandra Zielinko. Na podwórku obaj zostali zastrzeleni. Do domu, gdzie zgromadzono mieszkańców, wszedł »oficer – dowódca«, którym najpewniej był R. Rajs »Bury«. Po oddaniu strzału z pistoletu do góry, co uciszyło zebranych, oznajmił im, że przestaną istnieć, a wieś zostanie spalona”.

Jak czytamy dalej w aktach wspomnianego śledztwa, „po opuszczeniu pomieszczenia przez dowódcę drzwi zostały zamknięte. Następnie podpalono słomianą strzechę. Płonący budynek obstawiła część uzbrojonych członków oddziału. Mieszkańcy podjęli próbę ucieczki z domu przez drzwi i okna znajdujące się z jego drugiej strony »od podwórza«. Pilnujący tego wyjścia żołnierze nie strzelali bezpośrednio do uciekających, oddając strzały ponad nimi. W tym czasie inni członkowie oddziału przystąpili do podpalania pozostałych zabudowań we wsi. Nie wszyscy mieszkańcy udali się na zebranie. Do osób, które pozostały i dopiero wskutek rozprzestrzenienia się ognia usiłowały uciekać z domów, strzelano”.

Czyżby cała wieś współpracowała z komunistami? Najwyraźniej, bo „Bury” i jego ludzie nie oszczędzili nawet najmłodszych: „Spaleniu uległa córka Bazyla i Tatiany Leończuków – nieochrzczone, 7-dniowe dziecko, gdyż matka zostawiła je w domu, będąc przekonana, iż niezwłocznie wróci z zebrania (…). Podczas ucieczki ze swojego płonącego domu został zastrzelony Grzegorz Leończuk wraz z dwójką małych dzieci: Konstantym w wieku 3 lat i 6-miesięcznym Sergiuszem”.

Wydarzenia z Zaleszan okazały się tylko wstępem do dalszych egzekucji. Jak informuje IPN, 30 stycznia „część oddziałów przejeżdżała przez Krasną Wieś. W Krasnej Wsi »Bury« zażądał od sołtysa podstawienia furmanek przez gospodarzy tej wsi w celu wymiany i najpewniej zwolnienia dotychczasowych »wozaków«. Do całkowitej zamiany wozów nie doszło. (…) Przelatujący samolot przerwał akcję przesiadania i z Krasnej Wsi zdążyło odjechać tylko kilkanaście fur”. Następnego dnia oddział „Burego” zatrzymał się w Puchałach Starych. „Po zwolnieniu kilku furmanów deklarujących polskie pochodzenie, pozostałych pozbawiono życia. Zostali oni wyprowadzeni z domu, gdzie byli przetrzymywani, do pobliskiego lasu w kilku grupach i tam rozstrzelani. (…) Zginęło wówczas 30 osób. Najstarszy spośród nich miał 56 lat, najmłodszy 17 lat”. Co więcej, według zeznań jednego ze świadków „Bury” kazał swoim ludziom „zmasakrować twarze furmanów, tak aby rodzona matka ich nie rozpoznała. Żołnierze wykonali rozkaz dowódcy”.

Nazajutrz po tym wydarzeniu „Bury” zlecił swoim ludziom zniszczenie kolejnych wsi: Zanie, Szpaki i Końcowizna. Powód był jeden: większość ich mieszkańców była prawosławna. Powierzone im zadanie podkomendni „Burego” wykonywali chętnie i wyjątkowo skrupulatnie. Oto jak IPN opisuje zagładę wsi Szpaki: „Żołnierze zaczęli podpalać zabudowania i strzelać do mieszkańców. Śmierć od kul lub w płomieniach oraz od odniesionych od tego ran poniosło 7 osób. Zostali zastrzeleni: Filipczuk Paweł (47 lat), Kłoczko Wasyl (58 lat), Szeszko Dionizy (50 lat), Szeszko Jan (45 lat), Szeszko Jan (21 lat). W jednym z domów dokonano gwałtu na kobiecie. (…) Wymieniona poddała się napastnikom, gdyż wcześniej Maria Pietruczuk (18 lat), która stawiała opór napastnikom, została postrzelona w okolicy klatki piersiowej i pleców”.

Podobnie wyglądała pacyfikacja Zań. Z akt IPN możemy się dowiedzieć, że przed egzekucją ludzie „Burego” pytali każdego o wyznanie – katolików pozostawiano przy życiu, prawosławnych mordowano z zimną krwią. Przy czym i jedni, i drudzy byli obywatelami państwa polskiego. Tych, których nie rozstrzelano na miejscu, zamykano w domach i palono żywcem. Według zeznań świadków „mieszkańców, którzy usiłowali wydostać się z płonących domów, zapędzano z powrotem lub strzelano do ludzi wybiegających z palących się budynków i próbujących uciec ze wsi”.

Znamiona ludobójstwa

Wymienione przypadki masowych mordów nie były jedynymi obciążającymi „Burego” i jego oddział. Sam Rajs podczas przesłuchania przez Urząd Bezpieczeństwa odcinał się od odpowiedzialności, zrzucając wszystko na podkomendnych. Jego zachowanie w więzieniu psuje obraz niezłomnego bohatera i lojalnego dowódcy. „Bury” wolał ratować swoje życie, nawet za cenę wsypania kolegów. „Ja osobiście żadnych wyroków nie wykonywałem, jak również nie poleciłem ich wykonywać. Moja działalność w NZW (Narodowym Zjednoczeniu Wojskowym) polegała na czynnościach czysto wojskowych”, zeznał.

W słowa „Burego” nie uwierzył nawet prokurator IPN. Podsumowując śledztwo, stwierdził, że „na podstawie wszystkich dowodów nie może być wątpliwości, że sprawcą kierowniczym – osobą wydającą rozkazy był R. Rajs »Bury«, a wykonawcami część jego żołnierzy”.

Warto zapamiętać dalsze słowa, zwłaszcza w kontekście obecnego gloryfikowania Rajsa i jego ludzi: „Nie kwestionując walki o niepodległość Polski prowadzonej przez organizacje sprzeciwiające się narzuconej władzy, do których należy zaliczyć Narodowe Zjednoczenie Wojskowe, należy stanowczo stwierdzić, że zabójstwa furmanów i pacyfikacji wsi w styczniu i lutym 1946 r. nie można utożsamiać z walką o niepodległy byt państwa, gdyż nosi znamiona ludobójstwa. W żadnym też wypadku nie można tego, co się zdarzyło, usprawiedliwiać walką o niepodległy byt Państwa Polskiego”.

Samoobrona „Ognia”

Jak IPN ocenia Józefa Kurasia „Ognia” – kolejnego „wyklętego”, którego podobizny zdobią wiele koszulek? W broszurze wydanej w zeszłym roku, a więc już w okresie historycznej gorączki, pracownicy instytutu starają się bagatelizować popełnione przez niego zbrodnie, ale – chcąc nie chcąc – wspominają o nich. Na wszystkie nieprawości obciążające „Ognia” IPN ma jedno wytłumaczenie: „Józef Kuraś traktował swoją działalność jako samoobronę i przygotowanie do udziału w wojnie”. Pomijając fakt oczekiwania na kolejny konflikt zbrojny, w sytuacji gdy 6 mln obywateli zginęło w dopiero co zakończonej wojnie, warto się przyjrzeć, jak wyglądała ta samoobrona „Ognia”.

Zacytujmy historyków z IPN: „Stałym elementem rozprowadzanych na Podhalu ulotek »Ognia« było też utożsamianie ludności żydowskiej z komunistycznym reżimem. O ile likwidacja funkcjonariuszy bezpieki czy partii miała swoje uzasadnienie, o tyle nie da się usprawiedliwić aktów przemocy wobec zwykłych, niezaangażowanych w działalność polityczną ludzi. W negocjacjach z UB w 1946 r. Kuraś postulował nawet przeprowadzenie akcji wysiedlenia Żydów z Podhala – podobnie jak odbywało się to w tych latach w odniesieniu do Niemców, Białorusinów i Ukraińców. (…) Z rąk jego ludzi zginęła m.in. kilkunastoosobowa grupa Żydów pod Nowym Targiem 20 kwietnia 1946 r., a 2 maja 1946 r. pod Krościenkiem grupka partyzantów otworzyła ogień do żydowskich cywili uciekających za granicę, zabijając kilkunastu z nich”.

Innymi słowy, istnieją niezbite dowody, że Kuraś i jego ludzie wymordowali co najmniej kilkadziesiąt osób tylko dlatego, że byli to Żydzi! Jest zatem winny zbrodni ludobójstwa, a więc „celowego wyniszczania całych lub części narodów, grup etnicznych, religijnych lub rasowych”. Już sam ten fakt powinien na zawsze okryć hańbą „Ognia” i jego podkomendnych. Co więcej, Żydzi to niejedyna grupa narodowa, która doświadczyła na własnej skórze działalności Kurasia. Jak przypominają pracownicy IPN, „»Ogień« systematycznie zwalczał też antypolską działalność Słowaków, żądających ponownego oderwania od Polski obszarów polskiego Spisza i Orawy”.

Cytowana broszura z nieskrywaną dumą przypomina, że nawet w podręcznikach z lat PRL pozytywnie wypowiadano się na temat tego fragmentu działalności Kurasia. Jak wyglądała owa chwalebna karta? Otóż „Ogień” i jego ludzie mordowali słowackich cywilów, rozciągając odpowiedzialność za konflikt graniczny na całą okoliczną ludność. Według słowackiego IPN, oddział Kurasia ma na koncie co najmniej kilkanaście ofiar śmiertelnych. W kwietniu 1946 r. we wsi Nowa Biała ludzie „Ognia” uprowadzili czterech przypadkowych cywilów, a następnie ich zabili. Wcześniej, w styczniu 1946 r., zastrzelili Pawła Bizuba i jego syna. Z kolei 12 listopada 1946 r. z rąk oddziału „Ognia” zginął Michał Kuźla, ojciec sześciorga dzieci. Słowacki IPN szacuje liczbę wszystkich napadów rabunkowych na ludność cywilną Spisza i okolic na nie mniej niż 120.

Oddział „Ognia” trudnił się także zwykłym zbójectwem, rabując towar i pieniądze przypadkowym osobom, co polski IPN enigmatycznie nazywa „karnymi konfiskatami”. Jak czytamy w broszurze, „ociąganie się z wykonaniem takiego wyroku mogło spowodować podwyższenie kary. W niektórych wypadkach dalszego niewykonania poleceń mogły grozić kary chłosty czy nawet wyroki śmierci”. Wszystko to IPN usprawiedliwia wyższą koniecznością. Zupełnie inaczej traktuje zaś obowiązkowe dostawy zboża dla władz, które zwykł przyrównywać do „renty feudalnej” lub kontyngentów z lat okupacji niemieckiej, przy czym za ich unikanie komuniści nie karali śmiercią.

Przemilczana działalność „Łupaszki”

Imię „Łupaszki” zna zapewne każdy uczeń szkoły podstawowej. A jeśli sądzić po rozmachu edukacji historycznej forsowanej przez obecnie rządzących, niedługo pozna je każdy przedszkolak. Z różnych powodów to właśnie „Łupaszka” został twarzą całego mitu „żołnierzy wyklętych”. Co zatem na jego temat sądzi główny budowniczy tego mitu, czyli IPN?

W 2015 r. nakładem wydawnictwa IPN ukazała się książka Pawła Rokickiego „Glinciszki i Dubinki. Zbrodnie wojenne na Wileńszczyźnie w połowie 1944 roku i ich konsekwencje we współczesnych relacjach polsko-litewskich”. Dziś jest ona dostępna jedynie w antykwariatach i bibliotekach, a mimo wielkiego zainteresowania czytelników instytut nie planuje drugiego wydania. Nie wiadomo też, czy i kiedy doczekamy się tej książki w formie e-booka, choć wiele swoich sztandarowych pozycji IPN udostępnia w tej wersji na stronie internetowej (za co należy mu się pochwała).

I właśnie w książce Rokickiego znajdziemy taką relację jednego ze świadków działań oddziału „Łupaszki”: „Żołnierze AK otoczyli dom i wyłamywali drzwi. Znalazłszy śpiącą rodzinę strażnika Rinkewiciusa, zastrzelili mężczyznę, potem puścili serię do kobiety z dzieckiem w wieku dwóch lat. Kule zniosły kobiecie połowę głowy, potem ją i dziecko ze złością kłuli bagnetami”.

Rokicki opisuje, jak podczas trzech czerwcowych dni i nocy (22-24 czerwca 1944 r.) ludzie „Łupaszki” zamordowali 67 mieszkańców Dubinek i okolic. Większość ofiar stanowiły kobiety i dzieci. Najmłodsze dziecko miało dwa miesiące, inne były w wieku od dwóch do 12 lat. Warto podkreślić, że mieszkańcy wsi nie oddali ani jednego strzału do oddziału „Łupaszki”. Można więc mówić o zbrodni z zimną krwią. Zbrodni zaplanowanej i dokonanej przez ludzi stawianych dzisiaj na piedestale.

Rokicki pisze też m.in. o sposobie działania grupy „Łupaszki”. Na podstawie dokumentów, które przebadał, rysuje się obraz siejącego terror oddziału, w żaden sposób niepasujący do ideału bohaterów walczących o wolną Polskę. Jak przekonuje Rokicki, „z praktyki dowodzenia oddziałami AK wynikałoby, że decyzje o sposobie przeprowadzenia akcji odwetowej podjął dowódca 5. Brygady AK rtm. Zygmunt Szendzielarz »Łupaszka«. Jak można wnioskować ze skutków akcji, za jej cel uznał on najwyraźniej zniszczenie w całości wybranych rodzin. Tak bowiem zamordowano większość ofiar – w grupach rodzinnych. Za wyjątek można uznać cztery przypadki rozstrzelania wyłącznie młodych mężczyzn, czemu nie towarzyszyły represje wobec ich rodzin. Wspominaną w niektórych źródłach przygotowaną przed akcją listę osób do zgładzenia powinno się zatem interpretować jako listę rodzin”.

Naturalnie książka „Glinciszki i Dubinki” wywołała falę polemik, głównie ze strony historyków IPN. Jej autorowi zarzucano m.in. „ułomny przekaz” oraz brak „rozwagi i powściągliwości w formułowaniu ocen”. Rokicki jednak podtrzymał swoją opinię, podkreślając, że „ofiarami akcji 5. Brygady AK padły przede wszystkim [podkreślenie oryginalne – przyp. red.] kobiety i dzieci (ok. 75% wszystkich zabitych). Negatywnie weryfikuję zaś wcześniejszą obiegową wersję o tym, że cywile byli jedynie dodatkowymi czy też nawet przypadkowymi ofiarami walki. Udowadniam, że zostali oni zastrzeleni na skutek celowego działania podkomendnych rtm. »Łupaszki«. W czasie zaś akcji w Dubinkach nie doszło do żadnej walki, w szczególności z litewską policją, której tam po prostu nie było. Ustalenia te nie pozostawiają wątpliwości, że akcja odwetowa 5. Brygady AK była zbrodnią wojenną na ludności cywilnej”.

200 ofiar „Szarego”

Nie tylko w przypadku „Burego”, „Ognia” czy „Łupaszki” IPN – wbrew własnym publikacjom i badaniom – przemilcza lub przeinacza fakty niewygodne dla bohaterów bieżącej polityki historycznej. Podobnie zachowuje się w stosunku do Narodowych Sił Zbrojnych, czyli „najbardziej nieprzejednanych i antykomunistycznych formacji podziemia niepodległościowego”. Na łamach licznych broszur i dodatków wydawanych nakładem IPN pojawiają się takie postacie związane z NSZ jak Władysław Kołaciński „Żbik”. Oczywiście słowem nie wspomina się w nich o rozstrzelaniu przez jego oddział dziewięciorga Żydów (w tym kobiety i dziecka) w maju 1945 r. Czytelnicy popularnych materiałów IPN nie dowiedzą się także o wymordowaniu przez inny oddział NSZ, pod dowództwem Mariana Mieczysława Pazderskiego „Szarego”, niemal 200 mieszkańców wsi Wierzchowiny w czerwcu 1945 r.

W czerwcu 2016 r. wydarzenia te skomentował prof. Grzegorz Motyka, wówczas członek Rady IPN. Stwierdził, że „dotychczasowe badania historyczne bez żadnych wątpliwości potwierdzają, że zbrodni tej dopuścili się żołnierze NSZ. Jest grupa osób, która uważa, że było inaczej. Problem polega na tym, że nie przedstawia ona żadnych dowodów, ale wyłącznie domysły, które nie mają pokrycia w faktografii. Co gorsza, osoby te nie odnoszą się do faktów, które potwierdzają, że zbrodni dokonał oddział NSZ, a publikacji rzetelnie odtwarzających przebieg wydarzeń »nie zauważają«. Można powiedzieć, że mamy do czynienia ze zjawiskiem zaprzeczania faktom przez przemilczanie”.

Wbrew obecnej propagandzie historycznej prof. Motyka mówił: „Część oddziałów NSZ otwarcie dążyła do przeprowadzenia takiej czystki m.in. w celu zerwania porozumienia polsko-ukraińskiego zawartego przez podziemie poakowskie kilkanaście dni wcześniej – 21 maja 1945 r. (…) Celem zbrodni w Wierzchowinach było storpedowanie tego porozumienia. Dopiero w momencie, gdy okazało się, że zbrodnia ta stała się powszechnie znana i spotkała się z potępieniem opinii publicznej, także tej jej części, która bynajmniej nie popierała komunistów, podziemie narodowe zaczęło się od niej odżegnywać”.

Po objęciu władzy przez PiS wiele osób z IPN odeszło lub zostało zwolnionych. Obecny zaś stosunek instytutu do NSZ wyraził dr Wojciech J. Muszyński, który pod koniec 2017 r. stwierdził: „Na naszych oczach runął z hukiem paradygmat postpeerelowski o »antysemickich« i »faszystowskich« żołnierzach NSZ. Przeszliśmy długi szlak po »Okrągłym Stole« znaczony potyczkami i bitwami z kombinatem półprawd z Czerskiej [siedziba redakcji „Gazety Wyborczej” – przyp. red.] o pełną rekonstrukcję pamięci historycznej społeczeństwa polskiego. Wykluczonych przez liberalny salon patriotów z NSZ powinniśmy traktować jako pełnoprawnych uczestników debaty o przeszłości kraju”.

„Prześladowana” Brygada Świętokrzyska

Za sprawą premiera Mateusza Morawieckiego powrócił również temat Brygady Świętokrzyskiej, największej formacji zbrojnej w ramach NSZ. W jednym z materiałów jej poświęconych IPN jedynie pokrótce wspomina o porozumieniu z Niemcami zawartym przez jej dowódcę w połowie stycznia 1945 r., dzięki któremu brygada przedostała się przez Odrę i Pilicę nienękana przez nazistów, za to z „sowiecką armią na karku”. Warto przypomnieć, że w styczniu 1945 r. to „sowiecka armia” wyzwalała tereny Polski, a główny wróg znajdował się w Berlinie. Z kolei antysemityzm i mordowanie cywilów, o które oskarżano Brygadę Świętokrzyską, historyk IPN nazywa „prześladowaniami żołnierzy NSZ”.

Tam, gdzie IPN milczy, wypowiadają się zawodowi historycy. W wywiadzie udzielonym „Newsweekowi” już w 2012 r. prof. Rafał Wnuk (wcześniej naczelnik lubelskiego Biura Edukacji Publicznej IPN) nakreślił, jak wyglądała współpraca NSZ z Niemcami: „Bardzo ważną rolę odegrał kpt. Hubert Jur, »Tom«. Był on prawdopodobnie pierwszym oficerem NSZ, który podjął szeroką współpracę z Niemcami, przede wszystkim z oficerem SS Paulem Fuchsem, odpowiedzialnym za zwalczanie ruchu oporu w dystrykcie Radom. Korzystał z parasola Niemców, wystawiał im albo sam likwidował ludzi, których podejrzewał o komunizm, przede wszystkim członków AL, ale także osobistych wrogów. Potem został oficerem wywiadu w Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ-ONR”.

W tym samym wywiadzie prof. Wnuk wprost przyznawał, że NSZ „myślał o modelu podobnym do faszyzmu włoskiego. Walczyli o Wielką Polskę Katolicką, czyli taką, która sięgałaby od Odry do wschodnich granic przedwojennej Rzeczypospolitej. Interpretowali narodowość raczej w kategoriach kulturowych, a nie czysto etnicznych. W uproszczeniu uważali, że Słowianie – Białorusini i Ukraińcy – mogą się zasymilować i stać się Polakami. Natomiast nie widzieli takiej możliwości w stosunku do Niemców i Żydów. Dla nich nie było miejsca w powojennej Polsce”.

Tyle o „żołnierzach wyklętych” byli i obecni pracownicy IPN. Ich wypowiedzi różnią się – często drastycznie – od oficjalnego stanowiska instytutu i samego rządu, twierdzącego, że wszyscy, którzy po 1945 r. pozostali w lesie, zasłużyli na pomniki. Takie propagandowe myślenie ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, o czym warto pamiętać zwłaszcza podczas obchodów Narodowego Dnia Pamięci o Żołnierzach Wyklętych.


W maju 1946 r. liczbę członków zbrojnego podziemia szacowano na ok. 13,9 tys. osób. W całym 1946 r. odnotowano prawie 4,2 tys. napadów o charakterze politycznym, w których zginęło 2346 osób. Po ogłoszonej 22 lutego 1947 r. amnestii ujawniło się ok. 50-60 tys. członków zbrojnego podziemia. Z upływem kolejnych miesięcy oddziały partyzanckie drastycznie topniały. W połowie 1949 r. liczbę wszystkich działających w podziemiu grup szacowano na 52, w ich szeregach walczyło ok. 250 osób.

Dane za: Andrzej Leon Sowa, Historia polityczna Polski 1944-1991, Kraków 2011.

Wydanie: 9/2018

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Anonim
    Anonim 27 lutego, 2018, 18:06

    Ale macie ból dupy. Komunizm już nie wróci. Czasy zdrajców, którzy rozstrzeliwali takich bohaterów jak Pilecki, Ciepliński czy Dekutowski się skończyły.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • lukas
      lukas 27 lutego, 2018, 22:34

      Komunizm wrócił i sprawuje niestety władzę A co do ‚bólu dupy” to jak widać wam neofaszystom z organizacji szowinistycznych bardziej doskwiera Zwłaszcza jak tylko ktoś sprawiedliwie opisze działania tych wyklętych

      Odpowiedz na ten komentarz
  2. georg
    georg 5 marca, 2018, 19:22

    Piszę to tutaj , bo inne portale (wstyd: nawet katolickie)owładnięte zaślepieniem i nienawiścią do ” komunizmu ” nawet nie dają zamieścić słów prawdy. A rzecz jest bardzo ważna.Skoro nasz rząd i nasze Państwo ” adoptuje ” działalność wojennego i powojennego podziemia , nie ma prawa przeczyć Żydom o polskim i narodowym charakterze zbrodni na ich rodakach. Przykłady zbrodni na Żydach , za to tylko że nimi byli, macie w materiale do którego linki podałem niżej. Myśli tam ktoś w tej ekipie ?!- Bo ten oczywisty związek i zależność , wykaże najmarniejszy prawnik !.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radoslaw
      Radoslaw 27 kwietnia, 2018, 13:09

      Polskie władze tolerują też wypowiedzi „historyków”, którzy ubolewają nad tym, że Polska nie zawarła sojuszu z panem Hitlerem i nie ruszyła wspólnie z nim na ZSRR. Wedle tej logiki (?), Polska „straciła historyczną szansę” czynnego uczestnictwa w eksterminacji milionów Rosjan oraz w „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” u boku pana Hitlera i jego rzeźników. To jak to się ma intensywnego, nerwowego przekonywania całego świata, że Polska nic a nic z Holokaustem i antysemityzmem nie miała wspólnego – a jednocześnie nie potępia takich poglądów?!

      Odpowiedz na ten komentarz
  3. skot212
    skot212 4 czerwca, 2018, 15:22

    Bardzo mnie denerwowalo jak mowiono o nas polakach ze zydow mordowali polacy i w to nie wierzylem a jednak jest to prawda i kto to robil ano robili nasi bohaterowie wykleci tacy bohaterowie byli i tacy zolnierze ze mordowali ludnosc bezbronna bo przed wojskiem spieprzali gdzie pieprz rosnie i jeszcze jedna sprawa czytam ze gdy zostali zlapani to donosili na swojch podwladnych i to sa bohaterowie i takim bandytom stawia sie pomniki brak mi slow na naszych politykow wiec nie bede wiecej na ten temat pisal pozdrawiam wszystkich ktorzy ucierpieli przez tych bandytow

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na „AnonimAnuluj pisanie odpowiedzi