Ziemie Odzyskane – historia sukcesu

Ziemie Odzyskane – historia sukcesu

Scalenie Ziem Odzyskanych z Polską nie byłoby możliwe, gdyby nie heroiczny wysiłek ich nowych mieszkańców i całego państwa

Gdyby zapytać młodych Polaków o to, jak po 1945 r. zagospodarowano ziemie zachodnie i północne, mieliby spore kłopoty z odpowiedzią. Kolejna biała plama w naszej historii. I to stworzona przez samych Polaków. Jeszcze tylko starsi mieszkańcy tych terenów wiedzą, co działo się na nich po wojnie. Skąd ich rodziny tam się znalazły, jakie były ich losy, jak z przybyszami z różnych stron budowano nową wspólnotę. A przecież te ziemie mogły wcale do Polski nie należeć. Nie byłoby Wrocławia, Kołobrzegu czy Szczecina. Byłyby Breslau, Kolberg i Stettin.

Prawicowa polityka historyczna, skrajnie wroga wobec Polski Ludowej, unika tego tematu. Bo za dobrze trzeba by było pisać o władzy i jej działaniach na Ziemiach Odzyskanych. Ich zagospodarowanie i scalenie z resztą kraju należy do najważniejszych osiągnięć PRL. Historycy IPN nie mogą tego zakwestionować, więc milczą. Bierne są też inne instytucje, szkoły, uczelnie. Atmosfera, jaką tworzy obóz władzy, nie sprzyja uczciwemu docenieniu dorobku pionierów Ziem Odzyskanych. Stąd też świadomość Polaków o ogromnym wysiłku ich przodków włożonym w scalenie tych ziem z macierzą jest znikoma. I najczęściej sprowadza się do scen z filmu „Sami swoi”.

Ziemie zachodnie i północne, jeszcze do niedawna zwane Ziemiami Odzyskanymi, stanowią dziś integralną część Polski. Spostrzegawczy podróżny zwróci co najwyżej uwagę na poniemiecką architekturę, tak odmienną od tej, którą widzimy na Mazowszu czy Lubelszczyźnie. Ludzie są tu bardziej otwarci i tolerancyjni, bliskość granicy oraz wielonarodowa przeszłość tworzą skuteczną zaporę przed różnego rodzaju nacjonalizmami i ksenofobią. Jeśli jednak wskazać konkretną cechę, która definiuje Ziemie Odzyskane, będą to wysiłek i determinacja ich mieszkańców, od 1945 r. niestrudzenie budujących polską historię tych terenów. Często wbrew woli rządzących.

Morza ruin

„Siedziałam przy oknie pozbawionym szyb i bezmyślnie patrzyłam w dal. Nic mnie tu nie dziwiło ani nie interesowało. Te pola zryte czołgami, zdeptane stopami ludzi i zwierząt. Połamane drzewa i krzewy. Szkielety wypalonych domów, stosy gruzów” – wspominała swoją podróż do Kostrzyna nad Odrą Zofia Zielińska, jedna z setek tysięcy Polek i Polaków, którzy w połowie 1945 r. przybyli na Ziemie Odzyskane.

W pierwszych latach powojennych pas ziem od Szczecina po Opole i od Gdańska po Gołdap był morzem ruin. Jeszcze całkiem niedawno wchodziły one w skład Trzeciej Rzeszy, a poparcie dla nazistów było tu silniejsze niż gdzie indziej. W wyborach parlamentarnych z 1933 r. partia Hitlera zdobyła we wschodnich regionach Niemiec grubo ponad 50% głosów. Nic zatem dziwnego, że zmierzające na Berlin oddziały Armii Czerwonej niespecjalnie troszczyły się o stan zdobywanych miejscowości. Znamienny był los Landsbergu (obecnie Gorzowa Wielkopolskiego), zajętego w styczniu 1945 r. niemal bez jednego wystrzału. Kiedy jednak w marcu przybyła do niego polska administracja, dopalała się większość centrum miasta.

Z Gorzowem los i tak obszedł się łaskawie. Zamieniony przez Niemców w twierdzę Wrocław ostał się w 20%. Nieznacznie lepiej w połowie 1945 r. wyglądał Szczecin. W przygranicznym Gubinie działania wojenne przetrwało zaledwie 10% zabudowy. Podobnie było m.in. w Głogowie i Kołobrzegu. Całkowicie z powierzchni ziemi zniknął Kostrzyn, wielowiekowy fort stanowiący bramę do Berlina.

Jak pisze prof. Robert Skobelski z Uniwersytetu Zielonogórskiego, „średnia zniszczeń w przemyśle Ziem Odzyskanych dochodziła w 1945 r. do 73,1% i była wyższa od średniej zniszczeń przemysłu w całym kraju. Spośród 9255 zakładów i przedsiębiorstw na tym obszarze zniszczeniu uległo 6727. Straty w budownictwie mieszkalnym osiągnęły 1,5 mln izb, czyli 45%. Liczba budynków mieszkalnych, których stopień uszkodzeń przekraczał 10%, wynosiła 147 824 (na ziemiach dawnych 147 607). (…) Odłogiem leżało aż 78% gruntów ornych, straty w inwentarzu żywym dochodziły zaś do 80-90%”.

Mimo wszystko pod względem uprzemysłowienia i infrastruktury ziemie wzdłuż Odry i Nysy przedstawiały wyższy potencjał niż pozostałe części kraju. Skala zniszczeń była co prawda ogromna, lecz sprawna odbudowa mogła szybko przywrócić temu obszarowi należne mu miejsce w gospodarce państwa. Prof. Leon Sowa zauważa, że „na wschodzie Polska utraciła tereny roponośne, uzyskała natomiast na zachodzie zasoby węgla. Wprawdzie część ziem na Kresach Wschodnich była bardzo żyzna, niemniej tereny poniemieckie w dziedzinie rolnictwa im nie ustępowały. Na terenach poniemieckich była bardzo dobrze rozwinięta infrastruktura transportowa. (…) Generalnie w wyniku zmiany terytorium Polska zyskała gospodarczo”.

Pionierzy „dzikiego zachodu”

Tak wyglądał polski „dziki zachód”. W pierwszych latach powojennych przyjechało tu ponad 4 mln osób. Większość nowych mieszkańców Ziem Odzyskanych stanowili przybysze z województw centralnych. Było ich ok. 2,5 mln. Repatrianci z Kresów Wschodnich tworzyli drugą najliczniejszą grupę, liczącą ok. 1,3 mln osób. Niespełna 240 tys. osób przeniosło się tutaj z Europy Zachodniej i Południowej, dokąd trafiły w wyniku działań wojennych. Dalsze 150 tys. stanowili Ukraińcy, Łemkowie i pozostałe osoby przesiedlone z południowo-wschodniej Polski w ramach akcji „Wisła”. Dotychczasowi niemieccy mieszkańcy w większości opuścili te tereny. Po pozytywnej weryfikacji narodowościowej pozostało ok. 1 mln autochtonów.

Sytuację dodatkowo komplikował fakt, że jeszcze długo po wojnie nie było wiadomo, które tereny zostaną włączone do Polski, a które wrócą do Niemiec. W Szczecinie w 1945 r. polska administracja trzykrotnie musiała przekazywać władzę niemieckim urzędnikom. Również w innych miastach niepewność potęgowała zastany chaos. „Do czasu konferencji w Poczdamie nikt nie wiedział, czy będzie tutaj Polska – pisał dr Andrzej Toczewski, były dyrektor Muzeum Ziemi Lubuskiej. – Na przykład w Zielonej Górze burmistrzem został niemiecki komunista, a miejscowi Niemcy trzymali z Rosjanami, Polaków traktując jak intruzów. Tymczasem pionierzy przybywali coraz tłumniej”.

Decyzja o przyszłości ziem zachodnich i północnych zapadła całkiem niedaleko Szczecina i Zielonej Góry – w Poczdamie. Jak już wiele razy bywało w historii, o kształcie Polski mocarstwa rozmawiały ponad naszymi głowami, chociaż trzeba podkreślić, że na konferencji poczdamskiej obecni byli m.in. Bolesław Bierut (jako prezydent Krajowej Rady Narodowej) i Władysław Gomułka (I wiceprezes Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej). Już pod koniec 1943 r. w programie Polskiej Partii Robotniczej ogłoszono walkę o „włączenie w granice państwa polskiego wszystkich ziem polskich zgermanizowanych przez przemoc niemiecką”. Więcej szczegółów zawierał Manifest PKWN, w którym wprost wzywano do walki „o powrót starego polskiego Pomorza i Śląska Opolskiego, o Prusy Wschodnie, o szeroki dostęp do morza, o polskie słupy graniczne nad Odrą”.

Wiara Gomułki

Pisząc o historii Ziem Odzyskanych, nie sposób nie wymienić Władysława Gomułki. Obecnie na jego politycznym dorobku ciążą Marzec ’68 i Grudzień ’70, jednak w kwestii granicy zachodniej zawdzięczamy mu więcej niż jakiemukolwiek innemu polskiemu politykowi. Jako szef Ministerstwa Ziem Odzyskanych (1945-1949) odegrał on kluczową rolę w procesie zespolenia tych terenów z resztą kraju. Nie polegało to bowiem jedynie na obsadzeniu tutaj polskiej władzy. Przede wszystkim – co zresztą Gomułka podkreślał wielokrotnie – priorytetem było zbudowanie życia kulturalnego i naukowego. Rozpoczęto zatem na szeroką skalę badania historyczne dotyczące tych ziem, stworzono instytuty i uczelnie, promowano lokalnych pisarzy i artystów.

Akcentowanie przez Gomułkę znaczenia nowej zachodniej granicy jest tym bardziej godne uwagi, że ówczesne władze emigracyjne, wbrew logice, upierały się przy powrocie do terytorium sprzed września 1939 r. W słynnym wywiadzie udzielonym brytyjskiej prasie w grudniu 1944 r. premier Tomasz Arciszewski stwierdził wręcz, że „nie chcemy rozszerzać naszej granicy na zachód, tak aby wchłonąć 8 do 10 mln Niemców. Nie chcemy Wrocławia i Szczecina”. Słowa te świadczyły nie tylko o ideologicznym zacietrzewieniu emigracyjnego rządu, lecz przede wszystkim o niezrozumieniu sytuacji międzynarodowej. W ostatnich miesiącach wojny były zdradą stanu.

W kraju walka o nową granicę zachodnią połączyła różne odłamy polityczne, również te współpracujące z władzami emigracyjnymi. Co prawda, pierwszoplanową rolę odgrywała wówczas Polska Partia Robotnicza, jednak korzystała ona m.in. z wcześniejszych opracowań Instytutu Zachodniego i Zygmunta Wojciechowskiego, przed wojną związanego z ruchem narodowym. To on zresztą wprowadził do rodzimego obiegu naukowego i popularnego pojęcie „ziemie macierzyste Polski”. Lista osób, które wsparły nowy kształt granicy zachodniej, a które trudno uznać za sympatyków nowej władzy, jest długa. Znajdują się na niej m.in. Andrzej Wojtkowski – przedwojenny dyrektor Biblioteki Raczyńskich, Roman Lutman – dyrektor Instytutu Śląskiego, bliski współpracownik sanacyjnego wojewody Michała Grażyńskiego czy też Józef Borowik – dyrektor Instytutu Bałtyckiego oraz ministerialny urzędnik przed 1939 r.

Dla obecnie rządzących sprawą wielce drażliwą jest fakt, że jedną trzecią swojego dzisiejszego terytorium Polska zawdzięcza Stalinowi. Z różnych powodów to właśnie przywódca ZSRR najsilniej optował za granicą na Odrze i Nysie Łużyckiej. Amerykański dziennikarz i historyk Michael Dobbs pisał w książce poświęconej rokowaniom w Poczdamie, że prezydent Harry Truman często uskarżał się na nieustępliwość Stalina w kwestii zachodnich granic Polski. Jego zdaniem „Roosevelt i Churchill zgodzili się w Jałcie na zrekompensowanie Polsce ziem utraconych na rzecz Związku Sowieckiego, ale nie uzgodniono tam, jak ma przebiegać nowa granica polsko-niemiecka. (…) Przekazanie Polsce Śląska i Pomorza zmieniło ekonomiczne rachuby powojennych planistów”.

Polska danina krwi

Jednak Ziemie Odzyskane nie były wyłącznie prezentem od mocarstw. Na czterech frontach Armii Czerwonej, tj. I, II i III białoruskim oraz I ukraińskim, na których toczyły się walki o te tereny, istotną rolę odegrały oddziały polskie. Jak pisze Bogdan Snoch, „30 stycznia 1945 r. żołnierze polscy przekroczyli granicę polsko-niemiecką sprzed września 1939 r. i w tym samym dniu żołnierze 11. Pułku 4. Dywizji Piechoty zdobyli Złotów. W lutym i marcu jednostki polskie prowadziły zaciekłe walki na Wale Pomorskim – pasie silnie umocnionych i rozbudowanych w głąb linii obronnych. Walki toczyły się w niezwykle trudnych warunkach, w lesistym i bagnistym terenie. Jednak w zaciętych, wielodniowych bojach żołnierze polscy przełamali obronę niemiecką w rejonie Mirosławca i Jastrowia. Sukcesy te umożliwiły wyjście szerokim frontem nad Bałtyk”.

Dzięki poświęceniu polskich żołnierzy 27 lutego 1945 r. w Czelinie nad Odrą wbito pierwszy słup graniczny. Mniej więcej w tym samym czasie polskie oddziały dotarły na Dolny Śląsk i Ziemię Lubuską. 18 marca 1945 r. w Kołobrzegu nastąpiły ponowne zaślubiny Polski z morzem. Niespełna dwa tygodnie później, 30 marca, biało-czerwona flaga załopotała na Dworze Artusa w Gdańsku, a na początku maja 2. Armia Wojska Polskiego i I Korpus Pancerny zdobyły m.in. Jelenią Górę i Wałbrzych. W sumie walki na terenach, które później przyłączono do Polski, trwały ponad trzy miesiące, a śmierć w nich poniosło około pół miliona żołnierzy Armii Czerwonej oraz 1. i 2. Armii Wojska Polskiego. W bitwie pod Budziszynem w trakcie tzw. operacji łużyckiej 2. Armia Wojska Polskiego straciła
ok. 20% stanu osobowego, czyli niemal 5 tys. zabitych, 10,5 tys. rannych oraz 2,8 tys. zaginionych.

O ofierze polskich żołnierzy świadczą cmentarze wojenne na Ziemiach Odzyskanych. W Wałczu pochowano 4390 polskich żołnierzy poległych w walkach o Wał Pomorski. W Zgorzelcu spoczywa 3420 żołnierzy, którzy zginęli podczas forsowania Nysy Łużyckiej. Niedaleko Siekierek, na cmentarzu we wsi Stare Łysogórki, jest pochowanych ok. 2 tys. żołnierzy. Inne duże nekropolie znajdują się m.in. w Legnicy i Szczecinie.

„W ziemię nad Odrą i Nysą Łużycką zainwestowana została krew tysięcy synów narodu polskiego, którzy padli w walce o przywrócenie tych ziem Polsce. W ziemi nad Odrą i Nysą spoczywają kości naszych dziadów, którzy od wieków byli tych ziem gospodarzami”, przypominał Gomułka na wiecu w Warszawie we wrześniu 1946 r.

Także po zakończeniu działań wojennych wojsko odgrywało ważną rolę na ziemiach zachodnich i północnych. Oprócz zadań związanych z utrzymaniem ciągłości transportu i ochroną granic żołnierze zostali zobligowani do zabezpieczenia mienia poniemieckiego, asystowania nadciągającej ludności cywilnej oraz prowadzenia lokalnej administracji. Komendantury zorganizowane przez 1. Armię Wojska Polskiego funkcjonowały przede wszystkim na Pomorzu Zachodnim, m.in. w Kołobrzegu, Trzebiatowie i Goleniowie. Dla przybywających nowych mieszkańców ważna była już sama obecność polskich żołnierzy. Nikt się nie zastanawiał, czy orzełek ma koronę, czy nie. Liczył się fakt, że byli to Polacy.

Jeden z żołnierzy 2. Armii Wojska Polskiego wspominał: „Ludność witała nas wszędzie serdecznie. Przeważnie łzami wzruszenia, bo świeże, krwawiące jeszcze rany nie skłaniały do ostentacyjnej radości. (…) Byli też tacy, którzy sądzili, że oprócz mundurów – i to ubogich – nie ma w nas nic polskiego. Nasłuchiwali, czy aby między sobą rozmawiamy po polsku. To bolało najbardziej, jakby ktoś pluł na człowieka. Szczęściem zdarzało się rzadko”.

Wysiłek odbudowy

Odbudowa Ziem Odzyskanych rozpoczęła się wraz z przyjazdem pierwszych polskich osadników. To oni własnoręcznie odgruzowywali miasta, przywracali komunikację, tworzyli szpitale i teatry. Chęć odbudowy łączyła ludzi bez względu na poglądy i zapatrywania na nową rzeczywistość. W tym pionierskim okresie, nie bez racji podniesionym do rangi lokalnego mitu, zdecydowała się przyszłość ziem nad Odrą i Nysą. Decyzja mocarstw to jedno, przywrócenie tych ziem do życia gospodarczego i włącznie w krwiobieg państwa polskiego to drugie.

W latach 1945-1948 nakłady poniesione przez państwo polskie na odbudowę Ziem Odzyskanych wyniosły ok. 150 mld ówczesnych złotych, a więc jedną trzecią wszystkich środków przeznaczonych na rozwój kraju. Potężne środki miały służyć tworzeniu nowoczesnego przemysłu, ale także przyśpieszeniu procesu scalania tych terenów z resztą kraju. Taka polityka gospodarcza przyniosła niemal natychmiastowe efekty. Każdego roku wzrastał udział ziem zachodnich i północnych w wytwarzaniu produktu krajowego, dzięki czemu szybko zaczęły one finansować rozwój pozostałych regionów Polski. Jak pisze Hubert Mordawski, „uruchamianie istniejącej na Ziemiach Odzyskanych infrastruktury gospodarczej, mimo ogromu zniszczeń, odbywało się przy stosunkowo niskich kosztach, dając prawie od razu odczuwalne korzyści ekonomiczne”.

Dalsze lata przyniosły spadek państwowych inwestycji na poniemieckim obszarze, co wiązało się z uznaniem procesu integracji Ziem Odzyskanych z resztą Polski za zakończony. Mniejsze zasoby finansowe odbiły się szczególnie niekorzystnie na kondycji kultury, oświaty i nauki. Powołany w 1945 r. Uniwersytet Wrocławski przez kilkadziesiąt lat pozostawał jedynym na obszarze przygranicznym. Dopiero w latach 80. XX w. powstał Uniwersytet Szczeciński, a niemałą rolę w jego powołaniu odegrał gen. Wojciech Jaruzelski.

Zupełnie inaczej przedstawiała się sytuacja rolnictwa. Tu nakłady na Ziemie Odzyskane sięgały nawet 40% ogólnej sumy z końca lat 40. XX w. Także później państwo przeznaczało potężne kwoty na rolnictwo, co wiązało się m.in. z rozbudowanym systemem państwowych gospodarstw rolnych na tym terenie. Po 1989 r. upadek PGR-ów doprowadził do wielkiego bezrobocia, szczególnie na Pomorzu Zachodnim.

Własne łóżko – społeczny awans milionów

O skali powodzenia „polonizacji” Ziem Odzyskanych świadczy ich rozwój demograficzny po 1945 r. Jeszcze w 1949 r. ogólną liczbę ludności tych terenów szacowano na ok. 5,74 mln osób, czyli 65% stanu sprzed II wojny światowej. Jednak już w 1956 r. ziemie zachodnie i północne zamieszkiwało niemal 7 mln osób, a na tle ogólnego bilansu ludnościowego udział tych terenów wzrósł z 23% w 1949 r. do prawie 25% siedem lat później.

„Fakt, że na ziemiach zachodnich rodziło się tak dużo dzieci – pisze Mordawski – miał duże znaczenie integracyjne. Były to bardzo często dzieci urodzone w małżeństwach mieszanych, zawieranych pomiędzy członkami różnych grup ludności, co w naturalny sposób, więzami najtrwalszymi, bo rodzinnymi, łączyło tamtejszą ludność. Procesom integracji społecznej sprzyjała także znacznie wyższa niż w pozostałej części kraju liczba zawieranych małżeństw”. W przeważającej części Ziem Odzyskanych przyrost naturalny był prawie dwukrotnie wyższy od ogólnopolskiego, najwięcej zaś dzieci rodziło się w województwach szczecińskim, koszalińskim, wrocławskim i zielonogórskim.

Dynamiczny przyrost ludności widać najlepiej na przykładzie miast. O ile w 1949 r. na Ziemiach Odzyskanych istniało zaledwie sześć miast liczących ponad 50 tys. mieszkańców, o tyle siedem lat później było ich już 10. W dalszych latach ich liczba jeszcze wzrosła. Zielona Góra, która przed wojną liczyła niewiele ponad 26 tys. mieszkańców, w latach 70. XX w. stała się już miastem 100-tysięcznym.

W ślad za rozrastaniem się miast szły nakłady na odbudowę starych i budowę nowych mieszkań. Tylko między 1953 a 1956 r. nakłady na budownictwo na Ziemiach Odzyskanych wzrosły niemal trzykrotnie – ze 187 mln do 530 mln zł. Prawda, że tuż po wojnie wiele z tutejszych budynków rozebrano, a materiał budowlany wywieziono do centralnej Polski, jednak jeszcze w 1956 r. Wrocław odzyskał ponad 75 mln sztuk cegieł.

Podobnie jak w pozostałych częściach kraju, także na Ziemiach Odzyskanych po 1945 r. nastąpił awans społeczny milionów osób. Szczególnie ci, którzy pochodzili z najuboższych regionów kraju, np. z Kresów Wschodnich, odczuli wyraźną poprawę swojego losu. Piotr Rudnicki, który do Polkowic przybył tuż po zakończeniu wojny, jeszcze jako dziecko pracował w gospodarstwie i pomagał przy wypasaniu bydła, „aby u ludzi lepiej zjeść i jeszcze coś zarobić”.

Wraz z przyjazdem na Ziemie Odzyskane „rozpoczął się nowy rozdział w moim życiu. Przeszedłem ze wsi do miasteczka, z pracy na roli do pracy w przemyśle. (…) Dopiero teraz po raz pierwszy w życiu spałem w moim własnym łóżku. Dotychczas – poza czasem, kiedy byłem niemowlęciem – spałem na strychach w sianie, pod końskim żłobem w dworskiej stajni, często w lesie na igliwiu lub na drobnych gałązkach. Bywało, że spałem nad chlewami, a nawet zwyczajnie w otworze wyskubanym w stercie słomy. (…) Awans mój był nie tylko podwójny czy potrójny”.

Pogardzany sukces

Integracja Ziem Odzyskanych z Polską to historia sukcesu. Nie byłby on możliwy, gdyby nie heroiczny często wysiłek ich nowych mieszkańców i całego państwa. Tu zrealizowała się prawdziwie ludowa Polska, bo to ludzie, bez względu na swoje biografie i przekonania polityczne, przyłączyli te ziemie do Polski. I to w sposób trwalszy niż jakiekolwiek międzynarodowe traktaty. W USA powstały setki westernów, książek czy komiksów gloryfikujących zdobywanie przez Amerykanów dzikiego zachodu. W Polsce natomiast wszelkie pozostałości zaświadczające o powojennych dziejach Ziem Odzyskanych są obecnie systematycznie niszczone.

Nigdzie indziej w kraju dekomunizacja peerelowskiej przeszłości nie dokonała takich szkód jak właśnie tu. Z dziesiątek pomników upamiętniających ofiarę żołnierzy radzieckich i polskich na tym terenie pozostały gruzy. Nie ostały się nawet miejsca pamięci poświęcone 1. i 2. Armii Wojska Polskiego. Dla Instytutu Pamięci Narodowej okazały się one zbyt „komunistyczne”. Mało tego. Zmieniono też nazwy ulic i placów mających za patronów lokalnych działaczy i pionierów. Bo wielu z tych, którzy budowali tu zręby polskości, należało do PPR lub PZPR.

Co w zamian? Powrót do niemieckiego dziedzictwa tych ziem? Narzucony z góry kult „żołnierzy wyklętych”, z których część aktywnie sprzeciwiała się nowej granicy zachodniej Polski? Na szczęście pamięć zbiorowa to nie tylko pomniki i tablice. To przede wszystkim świadomość, że po 1945 r. osiedliły się tutaj miliony ludzi reprezentujących różne regiony kraju i różne poglądy polityczne. Te różnice nie przeszkodziły im jednak wspólne zbudować tu swojego domu, łącząc ziemie północne i zachodnie z resztą Polski. Gdyby nie oni, gdyby nie ogromny wysiłek ówczesnego państwa, trudno byłoby wyrokować o przyszłości tych terenów. Fakt, że po 73 latach od zmiany granic nikt poważny nie zastanawia się nad ich rewindykacją, to przede wszystkim zasługa tamtych ludzi i tamtego państwa.

Bibliografia:
H. Mordawski, Ziemie odzyskane 1945-1956, Brzezia Łąka 2015.
Mój dom nad Odrą. Pamiętniki i wspomnienia, t. 1-3, Zielona Góra, 1965, 1971, 1976.
Cz. Osękowski, Ziemie Odzyskane w latach 1945-2005, Zielona Góra 2006.
B. Snoch, Powrót do piastowskich granic, Warszawa 1982.
L. Sowa, Historia polityczna Polski 1944-1991, Kraków 2011.
„Ziemie Odzyskane” po drugiej wojnie światowej, red. Cz. Osękowski, G. Strauchold, Zielona Góra 2015.

Wydanie: 21/2018

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Radoslaw
    Radoslaw 21 maja, 2018, 11:30

    Miasto Gdańsk corocznie odwiedzają tysiące turystów z całego świata. Czy po to, żeby zwiedzać „dorobek” III RP, czyli hipermarkety albo Europejskie Centrum Solidarności, zbudowane tuż przy ruinach stoczni, gdzie owa Solidarność się zrodziła? Trzeba być zresztą nieźle bezczelnym, żeby zbudować sobie mauzoleum chwały na zgliszczach miejsca pracy kilkunastu tysięcy ludzi, których się cynicznie wykorzystało do zdobycia władzy, a następnie porzuciło na bruku.
    Wracając do meritum – otóż ci wszyscy turyści mają w nosie hipermarkety, oni tłumnie odwiedzają Stare Miasto, odbudowane nadludzkim wysiłkiem tysięcy przesiedleńcow po 1945 roku.
    Na ulicy Grodza Kamienna, w pobliżu Bastionu Żubr, znajduje się skromny pomnik, głaz z tablicą, poświęcony tym prawdziwym bohaterom. Nieopodal, na ulicy Dolna Brama, jest niewielka piekarnia. Wewnątrz, na ścianie wisi dyplom mistrzowski założyciela, wydany w 1945 roku. W tym morzu ruin ktoś pomyślał, że trzeba piec dla ludzi chleb, ktoś inny wydał mu stosowne uprawnienia!
    Wspomniane miejsca znajdują się tylko o 15 min. marszu od Starego Miasta. Idźcie tam przy najbliższej okazji, zabierzcie wasze dzieci i wnuki. może jeszcze jest szansa, żeby je uratować przed masowym praniem mózgow, jakie im funduje „polityka historyczna”. Tylko czekać, aż w szkołach zaczną uczyć, że Gdańsk zaczęto odbudowywać po 1989 roku, a prace ruszyły z kopyta dopiero po 2004, dzięki funduszom z UE.

    Odpowiedz na ten komentarz
  2. Polip
    Polip 26 lipca, 2018, 11:42

    Bardzo dobry artykuł. Pamięć o jakby niepatrzeć zwycięstwie nad Niemcami i wywalczeniu 1/3 dzisiejszej Polski w dzisiejszych czasach jest trudno akceptowalna. Z jednej strony poprawność polityczna która z narodu Niemieckiego zrobiła wzór wszelkich cnót przepisując historie zbrodni bliżej nie określonym narodowo „nazistom” z drugiej strony szalejąca z ramienia PiS dekomunizacja, która uważa całą epokę PRL za powód do wstydu. Wychodzi nam z tej sytuacji kompletny paradoks. Historia Ziemi Odzyskanej po czasach komunistycznej cenzury, stała się najbardziej niejasna, i paradoksalnie cenzurowalna historią w czasach współczesnej Polski. Rząd Polski zamiast gloryfikować „zwycięstwo nad niemcami”, i doceniać chyba jedyną po wojenną rekompensate jaką sobie wywalczyliśmy w raz z Armią Czerwoną, woli odwracać głowę z racji podległości pod ZSRR.
    Heroizm rodaków odbudowywujących zniszczone Zach.Pomorze, Sląsk, Lubuszczyznę nie znajduje miejsca na pamięć. I co śmieszne, lepszy sort, patrioci skazują w ten sposób mieszkańców Polski Zachodniej na… germanizację! Niemiecki pogląd jakoby te ziemie nam się nienależały bo nigdy (co za bzdura!) nie były Polskie znajduje poklask wśród niedouczonej zachodniej młodzieży, których juz nie dotkneła komunistyczna propaganda Ziem Odzyskanych, a w czasach demokracji nauczeni w szkole zostali, iż mieszkają na terenach poniemieckich. Sam znam takie osoby, sam muszę edukować młodszych znajomych. Paradoks w wykonaniu kato-prawicy z PiSu.

    Dlaczego w Gorzowie WLKP na pamięć nie zasługuje gen.Nikołaj Bierzarin który bardzo sprawnie, bez wystrzałów odbił miasto z rąk nazistów? Po ustawie dekomunizacyjnej PiSu gen Nikołaj stracił w mieście swoją ulicę oraz pomnik w jedym z miejskich parków. Nieoficjalnie mówi się, że trafił na…śmietnik (na ew. przeniesienie na cmentarz wojenny wyzwoliciel Gorzowa według PiSowskich patriotów nie zasługiwał) Tożto komunista był Rosjanin! Jaki los nam, Polakom sprawił? A no moi drodzy…gen Bierzarin zmarł w…1945. Ciężko więc przepisywać mu dzieje komunizmu w polsce. Ale to PiSowcom umkneło chyba uwadze.

    Dla mnie, mieszkańca Zach.Pomorza bardzo przykre jest to, co się dzieje z historią międy innymi mojej ziemi. Muszę jakoś dziecku wytłumaczyć (bo szkoła tego nie zrobi) że ma prawo do dumy z powodu urodzenia się na Ziemi Odzyskanej. Że 70 lat temu dzielni Polscy żołnieże wraz z Armią Czerwoną wywalczyli nam te ziemie, oddali za nie życie. Że to nie prawda, że Choszczno w którym uczy się pływać nam się nie nalezy, bo to niemieckie miasto. Że to kiedys była Polska, że to były Słowiańskie grody, że Stargard gdzie odwieda ciocię jest jednym z najstarszych Polskich grodów, że to nie jest żaden niemiecko brzmiący wyraz, ale jego pochodzenie wzieło się od Starego Grodu. Że miasteczko Recz to nie żadne spolszczenie niemieckiego REETZ. Że nazwa ta pochodzi o słowiańskiego określenia „miasta nad rzeką”. O zgrozo

    Wstyd moi drodzy, wstyd. Chyba czas ruszyć z jakąś akcją społeczną która będzie miała za zadanie edukować społeczeństwo Polskie, rzetelnie przedstawiać historię tych ziem, łamać te przekłamania i ukazywać, że można być dumnym z !dzielnie wywalczonej przez naszych przodków zachodniej części polski!, a nie jakiejś niemieckiej własności oddanej nam przez „przypadek”

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na „PolipAnuluj pisanie odpowiedzi