Zimerman – samotny zawodnik muzyki

Zimerman – samotny zawodnik muzyki

Jeśli się pojawia na estradzie, to musi być coś bardzo ważnego

Krystian Zimerman jest o tyle trudny do scharakteryzowania, że potrafi ograniczyć aktywność na dłuższy czas, by potem zaskoczyć czymś publiczność. Ma spójną i dosyć radykalną strategię koncertowania i nagrywania, w której głównym celem jest bardzo wysoka jakość przy stosunkowo niewielkiej ilości. Rzadko udziela wywiadów mediom, przez co jeszcze trudniej powiedzieć o nim coś pewnego. Że jest trochę tajemniczy, kapryśny albo wrażliwy na swoim punkcie, czasami wręcz nieobliczalny? Takie cechy ma wielu artystów. Z pewnością jest skuteczny w działaniach i ma światową renomę, ogromny prestiż wypracowany właśnie dzięki umiejętności budowania wizerunku. Jeśli pojawia się na estradzie, to już musi być coś bardzo ważnego.

Londyn podbity

Ostatnia aktywność Zimermana to wszystkie koncerty fortepianowe Ludwiga van Beethovena, wykonane z London Symphony Orchestra pod dyrekcją Simona Rattle’a w kościele św. Łukasza w Londynie, na 250-lecie urodzin kompozytora. Krytyka brytyjska w podwyższonej gotowości oczekiwała na wydarzenie, bo tego artysty w stolicy Zjednoczonego Królestwa dawno nie oglądano. Koncert miał się odbyć w słynnym Barbican Centre, ale niemal z godziny na godzinę został przeniesiony do innego wnętrza. Tutaj nawę świątyni przysposobiono do pandemicznych obostrzeń, pomiędzy muzykami orkiestry było chyba więcej niż 2 m dystansu, a publiczności dopuszczono jak na lekarstwo. Pozwolono jednak słuchać części tych występów dzięki streamingowi. Planuje się również wydanie nagrań w jakości cyfrowej, bo to niezwykła okazja i najwyższy poziom artystyczny. Zimerman już nagrywał komplet koncertów Beethovena prawie 40 lat temu pod dyrekcją innej dyrygenckiej sławy, Leonarda Bernsteina. Kapelmistrz zmarł przed ukończeniem sesji nagraniowych i pianista sam poprowadził dwa z przygotowanych koncertów.

Tym razem recenzenci też pisali o występie z najwyższym uznaniem i zachwytem: „Polski pianista wyglądał na szczęśliwego i zrelaksowanego, a jego nieskazitelnie uczesane śnieżnobiałe włosy i broda nadały mu wygląd stylowego Mikołaja. (…) Czystość i wyrazistość to cechy charakterystyczne gry Zimermana, a jego frazowanie i aksamitny dotyk charakteryzowały się niemal arystokratycznym opanowaniem, kamery zaś zapewniały tak ekstremalne zbliżenia, że można było podziwiać jego mocno przycięte paznokcie”.

Ale znaleźli się i złośliwcy, którzy wypominali Zimermanowi, że wcześniej dawał gwałtowny wyraz złości, gdy jego wykonania znalazły się na YouTubie. Twierdził, że ta platforma niszczy muzykę, a teraz sam dał koncert wstawiony (ale nie za darmo) do sieci.

Niektórzy pamiętają, że potrafił on przerwać występ i wyjść z sali, gdy zobaczył, że ktoś go ukradkiem nagrywa. Był wtedy wściekły i nie hamował się w wyrażaniu wzburzenia. Później wyjaśnił, że stracił w przeszłości wiele kontraktów, ponieważ producenci mówili, że muzyka, którą proponuje, jest już dostępna na YT. To oczywiście była także wina organizatorów, którzy nie potrafili dopilnować publiczności. A teraz, w czasach covidowych ograniczeń i braku dostępu do żywej muzyki, wypomina się temu znakomitemu artyście, że swoją postawą w Londynie niejako symbolicznie uwierzytelnił online.

Młode lata

O Krystianie Zimermanie stało się głośno podczas Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego w Warszawie w 1975 r. Artysta miał wtedy zaledwie 18 lat, ale od początku był faworytem turnieju. Zdobył pierwsze miejsce i zgarnął jeszcze wszystkie nagrody dodatkowe. Po tym konkursie urosła też sława jego nauczyciela, prof. Andrzeja Jasińskiego, który stał się ogromnie poszukiwanym pedagogiem. U niego Krystian przeszedł wszystkie szczeble edukacji muzycznej, najpierw w Państwowej Szkole Muzycznej w Zabrzu, później w Państwowej Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej w Katowicach i wreszcie w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Katowicach. Prof. Jasiński dostrzegł niezwykły potencjał swojego ucznia i studenta i potrafił to właściwie ocenić. „Krystian był dla mnie kimś więcej niż uczniem. Obydwaj byliśmy dla siebie nauczycielami”, powtarza. Natomiast legendarny krytyk muzyczny Jerzy Waldorff wystawił mu taką opinię: „Porywał tak, że – słuchając go – nie chciało się nawet próbować szukania usterek w tym fascynującym popisie. Podobny do młodego Chopina, kiedy grał Koncert e-moll, zdawało się, że to sam Fryderyk po słonecznej drodze dźwięków, w promiennych blaskach nadziei rusza wartko na podbój świata. W rezultacie też pierwszy raz się zdarzyło, że jeden kandydat konkursu warszawskiego zgarnął wszystkie czołowe nagrody”.

Dzisiaj mieszkający na stałe w Szwajcarii artysta udziela rad młodszemu o całe pokolenie innemu polskiemu zwycięzcy konkursu chopinowskiego, Rafałowi Blechaczowi, przestrzegając, aby nie szedł na ilość, tylko na jakość, i wybierał z propozycji koncertowych oraz nagraniowych wyłącznie te, które dobrze rokują jego pozycji w świecie pianistyki. Dla swoich nielicznych szwajcarskich studentów ma taką maksymę: „Może to, co teraz powiem, jest absurdalne, ale pan musi być pierwszą osobą, która musi zachwycić się tą grą. Pan musi zagrać tak pięknie, żeby to się panu przede wszystkim podobało. My możemy tylko wtedy przekazać wiarygodnie piękno, kiedy sami w nie wierzymy. Nam się musi podobać to, co robimy. Na każdym etapie tej pracy. Musimy się akceptować takimi, jakimi jesteśmy”.

O systemie kształcenia muzyków w Polsce nie ma najlepszej opinii, twierdzi, że uczelnie nie wypuszczają artystów dobrze przygotowanych do sprostania ogromnej konkurencji. „Uczniowie nie mają świadomości tego, jakimi muzykami chcieliby być. Brak jest przygotowania do życia koncertowego i organizacji wydarzeń. Obecnie nawet wygrywającym konkursy młodym muzykom nie powodzi się tak dobrze jak dawniej. Warto też uczyć udzielania wywiadów, interakcji z mediami”.

Niewiele mówi, ale jak coś powie…

Sam niezwykle rzadko udziela się w prasie. Chyba że przed wielkimi tournée z zagranicznymi słynnymi orkiestrami. Zresztą dziennikarzom nie daje szans. Niewielu zna jego adres, a mejlowego w ogóle nie ma, choć korzysta z komputera. Numer komórki zmienia co miesiąc. Jego znajomi twierdzą, że wynika to z graniczącej z obsesją potrzeby prywatności. Nie chce, by mu ktoś zakłócał życie rodzinne i pracę. Kontakty załatwia za niego impresario. A jak już Mistrz pojawi się w Polsce – gdzie wcześniej grywał nie częściej niż raz na 10 lat – nierzadko dochodzi do różnych utarczek. Oto scenka z 2009 r. opisywana przez „Rzeczpospolitą”: artysta wyrażał się z niesmakiem o przygotowaniu jego występów w Polsce. Po pierwsze, organizator koncertów zakupił na koszt pianisty – i twierdził, że za jego zgodą – laptop z oprogramowaniem. Druga sprawa to darowizna na rzecz Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta. Zimerman zdecydował się przekazać część honorarium, był jednak zdziwiony i rozczarowany, że datek wyniósł zaledwie 10 tys. zł. Kwotę tę reguluje polskie prawo – tłumaczono mu. Pieniądze stały się też powodem niezadowolenia rok wcześniej, gdy przekazał nagrodę w wysokości 12 tys. euro dla najlepszego wykonawcy sonaty podczas konkursu chopinowskiego. Ufundował ją z zysków ze swojego tournée w 2009 r. Organizatorzy konkursu zmniejszyli jej wysokość, ale impresariat występów Zimermana wywiązał się z zobowiązania i na rzecz konkursu chopinowskiego wpłacił w terminie 50 tys. zł. Kwotę nagrody zmniejszono ponoć dlatego, że była znacznie wyższa od innych.

Po tych scysjach finansowych artysta oświadczył, że nie będzie przyjeżdżał do Polski. Zimerman, żarliwy patriota? Oczywiście nie dotrzymał słowa, przyjechał w 2013, 2014, a potem w 2018 r. Ale podczas próby w Filharmonii Narodowej obwiesił swój fortepian postulatami dotyczącymi konieczności rozliczenia jego tournée po kraju w 2009 r. A potem wydał oświadczenie, że wycofuje się z wszelkich roszczeń finansowych po owym tournée, chce też ufundować własne stypendium dla młodego artysty. Ale wciąż skarży się na media: „Po każdym moim pobycie w Polsce pozostają plotki, intrygi i pomówienia, a przecież od ponad 30 lat za żaden występ w kraju nie wziąłem ani złotówki honorarium”.

Jego fortepian

Do kilku drobnych dziwactw już przyzwyczaił fanów. Zawsze jeździ z własnym fortepianem, zresztą ma ich kilka na dalsze wyprawy. Dysponuje specjalnym wanem do przewozu instrumentu. Później narzeka, że w czasie transportu coś nawaliło. „Psuje się co pół godziny”, mówi, a wiadomo, że sam wykonał wiele narzędzi do podnoszenia trójnożnego olbrzyma i manewrowania nim. Niektórzy słuchacze są zdumieni, gdy się dowiadują, że jest też swoim własnym technikiem, lecz Zimerman wzrusza ramionami: „To drewniane pudełko z linkami, ale jest jak człowiek”. Artysta przywiązuje ogromną wagę do stanu i specyfiki instrumentu, na którym gra. Wiele potrafi w nim zmienić, bo jeszcze jako uczeń prof. Jasińskiego spędzał długie godziny między lekcjami w warsztacie niewidomego stroiciela fortepianów Jerzego Kozaka, obserwując jego pracę. Chce maksymalnie dużo wiedzieć o instrumencie. Opowiadał kiedyś na zaimprowizowanym spotkaniu z prasą w Warszawie historię związaną z koncertem fortepianowym Witolda Lutosławskiego dedykowanym właśnie jemu. Gdy odwiedził mistrza w jego warszawskim domu, Lutosławski starał się przekazać uwagi co do wykonywania kompozycji. „W tym miejscu fortepian musi zajęczeć”, poradził, przeglądając partyturę. Zimerman się zdziwił: „Jak to zrobić na fortepianie?”. Lutosławski poprowadził pianistę do swojego instrumentu i poprosił o zagranie tej części. Zimerman zagrał i… fortepian Lutosławskiego rzeczywiście zajęczał. To była charakterystyczna cecha „tych klawiszy”. Zimerman opowiedział również historię z życia Fryderyka Chopina, zapewne wyczytaną w jego listach. „Fryderyk narzekał, że jak gra w salonie, to ci, co siedzą w piątym rzędzie, już niewiele słyszą. Takie słabe były kiedyś fortepiany”.

Czarna lista Zimermana

A co do krajów, do których pianista jeździ lub nie jeździ, motywacje jego embargo są niekiedy zastanawiające, a w każdym razie świadczą o zdecydowanych poglądach na sprawy polityczne i wrażliwości na krytykę jego osoby. W 2009 r. podczas recitalu w Los Angeles zapowiedział, że więcej nie zagra w USA. Był to wyraz oburzenia wobec planów budowy amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce. „Ręce precz od mojego kraju”, grzmiał wtedy ze sceny Zimerman. Ciekawe, czy podtrzymuje swoją niechęć do Ameryki. Tarczy na razie nie ma.

Podobno niechęć do USA wiązała się też z nieprzychylnymi komentarzami amerykańskiej prasy, po tym jak spłonął w niewyjaśnionych okolicznościach jego dom w New Jersey przy 37 Bishop Street, będący bazą artysty przed kolejnymi występami w Ameryce.

Ponoć Zimerman nie ma także zamiaru występować w Rosji. Powód? Niewyjaśniona do tej pory sprawa Katynia. To gdzie zgadza się grać? W Azji: w Japonii i w Korei Południowej, oraz w Europie, czego dowodem jest występ w Londynie. Ale żyłka żarliwości politycznej nadal u niego nabrzmiewa. Artysta uważa, że odpowiedzialność jednostki w sytuacji, w której jest ona konfrontowana ze złem, powinna wywoływać reakcję, a patrzenie w drugą stronę doprowadziło w Europie do największych katastrof, które nigdy nie powinny się powtórzyć. Kalkulowanie i oportunizm uważał zawsze za pożywkę dla zła. Dlatego od najmłodszych lat protestował przeciwko niesprawiedliwości i uciskowi.

b.tumilowicz@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Bartosz Krupa/East News

Wydanie: 6/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy