Żołnierze gorszego sortu

Żołnierze gorszego sortu

Bili się za Polskę. Teraz żołnierzom Ludowego Wojska Polskiego odbierają honor i emerytury

Bili się za Polskę, przelewali za nią krew. Przez trzy lata codziennie stawali oko w oko ze śmiercią. Tysiące z nią przegrało. Byli bohaterami wojny, zwycięskiej wojny. Dziś są gorszymi kombatantami. Poniża się ich i obraża. Odmawia im patriotyzmu. Odbiera honor i emerytury. To żołnierze Wojska Polskiego, których szlak bojowy wiódł od Lenino do Berlina, a po drodze były Dęblin i Puławy, przyczółek magnuszewski, warszawska Praga, pomoc powstańcom, Jabłonna i Legionowo, wyzwolenie Warszawy i dalej Wał Pomorski, Kołobrzeg, Trójmiasto, forsowanie Odry, Budziszyn i czeska Praga.

Dobiegała końca II wojna światowa. Oddziały 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, wchodzące w skład 1. Armii Wojska Polskiego, często określanego jako Ludowe Wojsko Polskie, w drodze na Berlin musiały jeszcze sforsować Odrę. Tam znów wielu dosięgła śmierć. Niedaleko Berlina zginął żołnierz 5. pułku piechoty, ppor. Ryszard Kulesza. Przeszedł cały szlak bojowy 1. Armii. Zginął podczas rekonesansu pozycji przy wale przeciwpowodziowym. Był podwładnym i dobrym kolegą późniejszego generała Wojciecha Jaruzelskiego, który wówczas w stopniu podporucznika służył w oddziale zwiadu. Razem rozpoczynali służbę wojskową w szkole oficerskiej w Riazaniu, ich szlak bojowy prowadził m.in. przez powstańczą Warszawę. Jaruzelski moment śmierci Kuleszy wspominał tak: „Był strasznie zmęczony, padał z braku snu. Wykrzyczałem mu treść zadania i on, półprzytomny, poszedł, by je wykonać”. Kulesza cieszył się szacunkiem kolegów i podwładnych. Słynął z odwagi, efektownych i jednocześnie skutecznych akcji zwiadowczych. Śmiertelnie ranny, szepnął przed śmiercią do kolegi: „Mietek, wyciąg mi z kieszeni zegarek. Zobacz, która godzina. Powiedz wszystkim, o której umarłem”. Była 17.05.

Wszędzie, gdzie ciężkie walki toczyły dywizje Ludowego Wojska Polskiego, jego żołnierze, zwani potocznie berlingowcami lub kościuszkowcami, ponosili duże straty.

Danina krwi

Tak było w lutym 1945 r. w Kołobrzegu, zamienionym przez Niemców w twierdzę. Rozegrały się tam niezwykle krwawe walki uliczne. Jednym z wielu żołnierzy Wojska Polskiego poległych w tej bitwie był ppor. Edmund Łopuski, który z zaciśniętym w dłoni pistoletem zginął od kuli snajpera, prowadząc atak na koszary. Jego śmierć tak opisywał frontowy kolega Tadeusz Banasiak: „Stałem za murem po prawej stronie ulicy. To już było po zdobyciu czerwonych koszar, skąd jakby bokiem wychodziło nasze dalsze natarcie. Chcieliśmy przejść na drugą stronę ulicy. Łopuski dostał śmiertelny strzał od strzelca wyborowego przy ul. Mazowieckiej 39. Nie można było odciągnąć jego ciała z powodu huraganowego ognia nieprzyjaciela. Wyniesiono je dopiero po wyparciu Niemców. Wcześniejsze próby spowodowały śmierć jednego i zranienie czterech żołnierzy”. Edmund Łopuski przeszedł niemal cały szlak bojowy 1. Armii. Pozostawił narzeczoną, do której zdążył jeszcze przed śmiercią napisać kilka zdań: „Trudno – to wszystko robi się dla ojczyzny. Z wieloma kolegami pożegnałem się już na zawsze i ta zmora również bardzo często krąży wokół mnie… Patrząc do lustra, nie poznaję siebie, zwłaszcza kiedy jestem nieogolony…”. Żołnierskie męstwo Łopuskiego upamiętniono, nazywając jego imieniem jedną z ulic w Kołobrzegu. Nie podzielił losu wielu tysięcy zaginionych i zabitych żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, którzy krwawo płacili za wyzwolenie ojczyzny, a potem zostali zapomniani.

Choć sytuacja polityczna zmusiła ich do walki pod zwierzchnictwem Armii Czerwonej, to pod Lenino, w Warszawie czy w Berlinie umierali za wolną Polskę, tak samo jak żołnierze 2. Korpusu Polskiego pod Monte Cassino czy pancerniacy z dywizji Maczka w Zachodniej Europie. Znaleźli się w tej armii z różnych powodów, ale najczęściej mieli do wyboru: zostać berlingowcami albo umrzeć gdzieś w obozie pracy, zamarznąć w lasach na Syberii lub zginąć w katowni NKWD. Dla dziesiątków tysięcy Polaków wywiezionych w głąb Związku Radzieckiego wstąpienie do berlingowców było jedyną szansą na uratowanie życia. Szansą bardzo nikłą, gdyż ci głodni, wynędzniali żołnierze stawali do walki z dobrze wyposażonym, zaprawionym w bojach wrogiem. Czekały ich nierzadko głód, siarczysty mróz, przemarznięte nogi. „W okopie woda wlewała się do butów. Podchodziła coraz wyżej. Ze szpadli i wycieruchów położonych w poprzek składaliśmy prymitywne nosze, chroniące nasze nogi przed pogrążeniem w wodzie”, wspominał kawalerzysta Tadeusz Fikowicz, uczestnik słynnej szarży polskiej kawalerii pod Borujskiem. Był zwykłym żołnierzem. Walczył za Polskę, która mogła być wtedy wolna na tyle, na ile pozwalała sytuacja polityczna. Po wojnie osiadł w Koszalinie. Takich jak on było wielu. Ci, którzy przeżyli wojenne piekło, często osiedlali się na ziemiach zachodnich i północnych, przechodzili do cywila, zakładali rodziny, wiedli w miarę normalne życie.

Z nieludzkiej ziemi

Bywało też, że berlingowcy ginęli śmiercią męczeńską. Tak jak w Podgajach. Oddział zwiadu dostał się tam w niemieckie okrążenie. Mróz, śnieżyca oraz brak żywności i amunicji spowodowały, że otoczeni żołnierze musieli się poddać. Rannych Polaków esesmani rozstrzelali na miejscu, a pozostałych 37 żołnierzy zaprowadzono do wsi. Poddano ich przesłuchaniom i torturom. Pięciu z nich spróbowało ucieczki. „Po krótkim czasie koledzy nasi, m.in. chorąży Zdzisław Pilawa, wrócili zmasakrowani, z połamanymi nogami i rękami, niektórych przyniesiono. Widząc, że czeka nas to samo, postanowiliśmy zorganizować ucieczkę. Nie było wyboru. Chcieliśmy dać szansę tym, którzy mogli jeszcze o własnych siłach ratować życie”, pisał ppor. Zbigniew Furgała. Jemu i kpr. Bolesławowi Bondzelewskiemu udało się uciec. Mieli szczęście, bo łotewscy żołnierze z 15. Dywizji Grenadierów SS pozostałych przy życiu jeńców związali drutem kolczastym i zamkniętych w stodole spalili żywcem. Zdobycie Podgajów kosztowało ostatecznie kościuszkowców aż 800 poległych, rannych i zaginionych żołnierzy.

Czy można zapomnieć o ich istnieniu? Przecież większość żołnierzy Wojska Polskiego nie była komunistami z przekonania, mimo agitacji działaczy politycznych, choćby Wandy Wasilewskiej. Sam gen. Zygmunt Berling, którego pójście na układ ze Stalinem uratowało z Katynia, stwierdził, że „z Rosją musimy się porozumieć. Albo to nam się uda, albo będziemy 17. republiką”. W jego wojsku znalazło się miejsce dla Boga. Posługę pełnił tam ks. płk Wilhelm Franciszek Kubsz – pierwszy kapelan Ludowego Wojska Polskiego. W sumie kapelanów w armii Berlinga było czterech.

Co wiadomo o ludziach, dla których mundur był wybawieniem od łagrów? 1. Dywizję Piechoty im. Tadeusza Kościuszki sformowano w Sielcach nad Oką latem 1943 r. Jednostka miała mizerne wyposażenie. Jej żołnierzami byli w większości obywatele polscy, deportowani wcześniej w głąb ZSRR. Ich droga wiodła przez niezliczone łagry i więzienia. „To było decydujące. Pragnienie wydostania się z tego przeklętego kraju. Wszystko jedno – czy żywym, czy umarłym”, wspominała Irena Born, jedna z wielu kobiet żołnierzy w 1. Armii. Podobne odczucia miał mjr Mieczysław Czyczyro, który przyznał: „Byłem 16-letnim żołnierzem frontowym 1. Armii Wojska Polskiego. Na wojnę poszedłem na ochotnika, bo nie chciałem być u Rusków”.

Wojsko Berlinga rozrastało się: z jednej dywizji, poprzez korpus, do rozmiarów całej armii. Potem powołano drugą. Pod koniec wojny siły polskie walczące u boku Armii Czerwonej liczyły już ponad 350 tys. żołnierzy.

Dużą grupę stanowili Polacy z terenów Ukrainy radzieckiej oraz dawnych Kresów Wschodnich II RP. Wśród żołnierzy LWP nie brakowało Polaków przymusowo wcielonych do Wehrmachtu, którzy zdezerterowali z niego albo zostali wzięci do niewoli. Inna, nieliczna grupa to przedwojenni polscy oficerowie, których oficjalnie do 1. Dywizji Piechoty przyjęto ok. 50. Było ich zbyt mało jak na potrzeby taktyczne, dlatego większość kadry stanowili oficerowie Armii Czerwonej, niekiedy z polskimi korzeniami. Osobną grupę tworzyli dawni żołnierze Armii Krajowej, wstępujący do Wojska Polskiego na mocy mobilizacji z 1944 r., a także w obawie o swój los po wkroczeniu do Polski wojsk Stalina. Jednym z nich był Ryszard Perkowski, który pod fałszywym nazwiskiem w armii Berlinga dotarł aż do Berlina.

Byli akowcy stanowili też sporą część 2. Armii, która maszerowała na Drezno. Ten związek taktyczny, utworzony rok później niż 1. Armia, również miał ogromne braki kadrowe. Oficerów przedwojennych, zawodowych i rezerwistów było niespełna 4 tys. Dlatego jedna trzecia oficerów nie przekroczyła jeszcze 25. roku życia, a prawie połowa nie miała średniego wykształcenia.
1. Armia WP w kwestii umundurowania i sprzętu bazowała oczywiście na tym, co dostarczyła Armia Czerwona. Dopiero później żołnierze dostali polskie mundury. Próbując zaradzić brakom umundurowania i wyposażenia w 2. Armii, masowo wykorzystywano wszystko, co udało się zdobyć. W użyciu były niemieckie bluzy wszystkich krojów, oprócz mundurów kamuflażowych. Bywało, że poborowi wyruszali na front we własnych, mocno zniszczonych butach.

Biało-czerwona w Berlinie

Zdarzało się, że na front szły całe rodziny. Wacław Drozd zdążył do armii Andersa, jego brat Stanisław został żołnierzem 1. Dywizji Piechoty. W momencie przyjęcia do wojska żaden z nich nie miał jeszcze 18 lat; szer. Stanisław Drozd po przeszkoleniu jako artylerzysta ruszył do okupowanej ojczyzny.

Wbrew temu, co dziś głoszą ipeenowcy, wyzwalające ojczyznę Ludowe Wojsko Polskie było przyjmowane z entuzjazmem. „W Chełmie i Lublinie, w każdej wiosce i każdym miasteczku witał nas kto żyw. Witały nas kwiaty, wiwaty, pocałunki”, relacjonował żołnierz armii Berlinga, Kazimierz Wyłomański. Gdy 1. Armia przekroczyła Bug i wyzwalała kolejne miejscowości, PKWN zarządził pobór. Do nowych jednostek trafiali nie tylko żołnierze z mobilizacji, ale i ochotnicy, którzy chcieli walczyć z Niemcami.

Berlingowcy na swoim szlaku bojowym stanęli pod walczącą Warszawą, szli na pomoc powstańczej stolicy. Adam Broniecki, artylerzysta z 1. Dywizji im. Tadeusza Kościuszki, wspominał, że „bitwa o Pragę była bardzo zacięta”. O desancie czerniakowskim i próbie pomocy miastu opowiadał też ówczesny ppor. Władysław Tykociński: „Z niesłychanym napięciem i rozpaczą obserwowałem z drugiego brzegu Wisły płonącą stolicę. Na całą operację patrzyliśmy z niepokojem i zdumieniem. Myśleliśmy, że otrzyma ona pełne wsparcie ze strony Rosjan”. Nie otrzymała. Co więcej, z osobistego rozkazu Stalina ze stanowiska dowódcy 1. Armii Wojska Polskiego odwołano gen. Zygmunta Berlinga.

Gdy wyzwolono Pomorze, gdy padł zacięcie broniony przez hitlerowców Kołobrzeg i odnowiono symboliczne zaślubiny z morzem, ostatnim akordem dla żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego było natarcie na Berlin. Idąca od południa na Drezno polska 2. Armia w wyniku udanej ofensywy niemieckiej poniosła ogromne straty – tysiące zabitych, rannych i zaginionych. Oficer 2. Armii Józef Borowiec tak wspomina tamte chwile: „Trzykrotnie forsowaliśmy Nysę, bo dwukrotnie cofaliśmy się z dużymi stratami. Nie mieliśmy ciężkiego uzbrojenia. Czołgi, katiusze i artyleria były zarezerwowane na główne natarcie. Równie ciężkie walki toczyliśmy pod Dreznem. Otrzymaliśmy tam potężne uderzenie doborowych pancernych jednostek feldmarszałka Schörnera”. Dodaje, że relacje z Armią Czerwoną były dobre: „Choć Rosjanie słabo mówili po polsku, współpraca na ogół układała się nieźle. To byli dobrzy towarzysze broni”.

Oddziały Wojska Polskiego wzięły aktywny udział w zdobyciu Berlina, w decydującym szturmie w rejonie Bramy Brandenburskiej i w przebijaniu się do Reichstagu. Walki były nadzwyczaj ciężkie, z tej jatki nie wyszło żywych ponad 7 tys. ludzi. Za to 2 maja zawisła na moment na Kolumnie Zwycięstwa biało-czerwona flaga. „Nocą z 1 na 2 maja 1945 r. nasz oddział dotarł do Kolumny Zwycięstwa w Berlinie i do świtu siedzieliśmy pod schodami, kryjąc się przed ostrzałem”, wspominał kpt. Antoni Jabłoński, wówczas kapral w 1. pułku artylerii lekkiej 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Rano Niemcy mieli składać broń. To wtedy Jabłoński zadecydował, że jego żołnierze muszą wywiesić polską flagę, i zadania tego podjęło się pięciu jego podwładnych.

Mordercze walki o Berlin wspomina także Hieronim Kowalski, który miał wówczas 12 lat i był łącznikiem w polskich oddziałach: „Jeden wielki huk, nie było chwili ciszy. Ten szum, świst w uszach i w głowie pozostawał. Kiedyś przyczołgał się do nas pokrwawiony Rosjanin – okazało się, że radziecka artyleria strzelała do swoich. To się mogło zdarzyć, był chaos. Trzeba było zanieść wiadomość artylerzystom, żeby przestali strzelać. Dotarłem, przekazałem wiadomość – troszkę po rusku już umiałem – i wróciłem. Kiedy Berlin się poddał, byliśmy może 300 m od Reichstagu. Widziałem rosyjski sztandar na Reichstagu. Mówiło się, że zawieszono też polski, ale szybko zniknął”.

Takich jak on młodych chłopaków nazywano synami pułku. Nie mieli rodzin ani gdzie się podziać, więc przygarniało ich idące na zachód Wojsko Polskie, dając namiastkę rodziny, braterstwo i szansę przeżycia w wojennej zawierusze.

Miejsce w historii

Żołnierze 1. i 2. Armii Wojska Polskiego nie tylko coraz częściej popadają w zapomnienie. Szczególnie w ostatnich latach stali się obiektem haniebnych ataków. Choćby ze strony byłego historyka IPN Sławomira Cenckiewicza, obecnie dyrektora Centralnego Archiwum Wojskowego (sic!). Powiedział on m.in., że żołnierze 1. i 2. Armii Wojska Polskiego „nie są Wojskiem Polskim”, a ich szlak bojowy „nie jest częścią historii oręża polskiego”. Z kolei Piotr Zychowicz stwierdził w tekście zatytułowanym „Czerwoni renegaci” („Historia Do Rzeczy”), że choć nie można osądzać zwykłych żołnierzy Berlinga, nie może być „żadnej taryfy ulgowej dla ludzi, którzy armię Berlinga stworzyli i nią kierowali”. Silący się na obiektywizm Zychowicz nie chce zrozumieć, że dzięki tym, którzy to wojsko stworzyli, setki tysięcy Polaków nie zostało w śniegach Syberii, tylko wróciło do ojczyzny.

Przez lata w III RP bardziej honorowano Polaków walczących na froncie zachodnim, dzieląc tym samym przelaną żołnierską krew. Od paru lat dla zwolenników ipeenowskiej polityki historycznej najważniejsi stali się już nie ci z AK czy od Andersa, ale „żołnierze wyklęci”. Brak należnego żołnierzom LWP szacunku musi się spotkać ze sprzeciwem społecznym. Szczególnie potomków tych, którzy szli ze wschodu, ale także lewicy, która stale powinna się upominać o przysługujące tym żołnierzom miejsce w historii, bo bili się za Polskę, a ich szlak bojowy znaczą liczne cmentarze.


Liczebność Ludowego Wojska Polskiego

Pod koniec 1944 r.: 180 000 żołnierzy
W maju 1945 r.: 370 000 żołnierzy
Straty: 17 500 zabitych, 10 000 zaginionych i 40 000 rannych


1. Armia WP
5 dywizji piechoty, samodzielna brygada kawalerii, 2 brygady artylerii haubic, brygada artylerii przeciwlotniczej, brygada artylerii przeciwpancernej, brygada artylerii ciężkiej, brygada zaporowa, pułk czołgów ciężkich, pułk artylerii pancernej, pułk moździerzy, pułk zapasowy oraz pułk łączności

2. Armia WP
5 dywizji piechoty, samodzielny pułk czołgów ciężkich, pułk moździerzy, samodzielny zmotoryzowany batalion pontonowo-mostowy, samodzielny batalion obrony przeciwchemicznej, brygada pancerna, służby tyłowe i łączności, brygada artylerii ciężkiej i przeciwlotniczej, dywizja artylerii przeciwlotniczej


Najkrwawsze bitwy LWP

1. Armii WP
• W bitwie pod Lenino w październiku 1943 r. poległo 510 żołnierzy, 1776 zostało rannych, a 776 wziętych do niewoli.
• Podczas walk nad środkową Wisłą latem 1944 r. (w tym w bitwie pod Studziankami) zabitych zostało 484 żołnierzy, rannych było 1459, 63 zaginęło bez wieści.
• W walkach o Wał Pomorski w styczniu i lutym 1945 r. życie straciło 3420 żołnierzy, 2180 zaginęło, a 8472 zostało rannych.
• W całej operacji berlińskiej w kwietniu/maju 1945 r. poległo 7200 żołnierzy, 3800 zaginęło bez wieści.

2. Armii WP
• W bitwie pod Budziszynem w kwietniu 1945 r. poległo 4902 żołnierzy, 10 500 zostało rannych, a zaginęło ok. 2800.


Największe cmentarze żołnierzy 1. i 2. Armii WP

Cmentarz Wojenny w Kołobrzegu: 1207 żołnierzy LWP poległych w bitwie o Kołobrzeg (łącznie pochowanych jest 1427 zidentyfikowanych osób, w tym kilku robotników przymusowych, 7 żołnierzy września, zaginionych żołnierzy i 189 czerwono-
armistów)
Cmentarz wojskowy w Siekierkach pod Szczecinem: 1987 żołnierzy (w tym 1661 znanych z nazwiska)
Cmentarz wojskowy w Warszawie-Wawrze: 231 poległych w latach 1944-1945

Wydanie: 17-18/2018

Kategorie: Historia

Komentarze

  1. Jacek Nadzin
    Jacek Nadzin 29 kwietnia, 2018, 06:44

    Zolnierze 1 Armii walczyli z hitlerowcami. Teraz z pamięcią o nich ” walczy ” PIS i IPN. To mowi wiele o dzisiejszej Polsce.

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radosław
      Radosław 2 maja, 2018, 23:35

      To mówi też wiele o dzisiejszych Polakach, w szczególności setkach tysięcy dzieci i wnuków tych żołnierzy, którzy najwyraźniej nic nie robią aby bronić pamięci swoich rodziców i dziadków. O czym PiS z IPN chyba doskonale wiedzą i po kolei zabierają się za szkalowanie kolejnych roczników Polaków, którzy budowali „komunistyczny system”. Ta narracja jest bardzo sprytnie sączona do umysłów młodych Polaków, którzy zaczynają uznawać, że nauczyciel czy inżynier za PRL-u pracował nie dla Polski, tylko dla „komunistycznego reżimu”. No bo skoro bohaterem jest teraz „żołnierz wyklęty”, który walczył z państwem budującym szkoły i fabryki, a pewnie niejednego z tych nauczycieli „wyeliminował” za „kolaborację z reżimem”…
      Pozostaje tylko pytanie – jakim trzeba być moralnym degeneratem, żeby do dziś korzystać z owoców wysiłku tamtych pokoleń i jednocześnie je opluwać? Te tysiące szkół, dziesiątki wyższych uczelni, zakłady przemysłowe (nie licząc tych zniszczonych po 1989 roku)… Przecież paliwo w samochodach czy prąd w gniazdkach Polacy mają do dziś z petrochemii i elektrowni w przytłaczającej większości zbudowanych w czasach tzw. Polski Ludowej. Ten dodatek „tzw.” coraz częściej pojawia się w prawicowej retoryce. Innymi słowy, wszyscy (w tym i ja), którzy uczyli się czy pracowali w tamtym czasie są tylko „tak zwanymi” Polakami. Podobnie, jak żołnierze 1 Armii WP wg. prawicy byli tylko „polskojęzyczni”.

      Odpowiedz na ten komentarz
  2. Mar got
    Mar got 2 maja, 2018, 19:57

    Uwazam ich za bohaterow i zadna ideologia tego nie zmieni. Trzeba patrzec realistycznie na takie sprawy a nie ideologicznie.

    Odpowiedz na ten komentarz
  3. Anonim
    Anonim 6 maja, 2018, 09:10

    Dla tych zolnierzy czasem to byla jedyna droga do kraju nie wazne z kim sie idzie byle do celu.Co do ludzi to prawda nie pamietaja lub nie chca pamietac.Polacy to jedyny narod ktory oplowa sie nawzajem

    Odpowiedz na ten komentarz
    • Radoslaw
      Radoslaw 6 maja, 2018, 13:20

      Pamiętam jakiś PRL-owski film wojenny, chyba „Kierunek Berlin” albo „Zwycięstwo”, nakręcony gdzieś pod koniec lat 60-tych. Historia toczyła się w ostatnich tygodniach wojny, opisywała losy polskiego oddziału „wyklętych przez PiS i IPN” żołnierzy. Na samym początku filmu pokazana była animacja, która opisywała sytuację na frontach i narrator wymienił WSZYSTKIE polskie wojska uczestniczące w walce z III Rzeszą – i te na Wschodzie, i te na Zachodzie. Pamiętam, że w moich wczesnych latach nastoletnich (przełom lat 70/80-tych) czytałem liczne książki o losach polskich lotników i marynarzy na Zachodzie. I nie była to bynajmniej literatura podziemna i zakazana, a „Dywizjon 303” był chyba nawet w lekturą szkolną.
      No to wygląda na to, że „komuna” była zdecydowanie bardziej obiektywna, uczciwa i szlachetna w uszanowaniu polskich, żołnierskich ofiar.

      Odpowiedz na ten komentarz
  4. Kamil
    Kamil 8 maja, 2018, 17:30

    Zdjęcie do artykułu to chyba cmentarz Żołnierzy II Armii Wojska Polskiego w Zgorzelcu, ponoć największa tego typu nekropolia w Polsce. W podstawówce co roku chodziliśmy sprzątać ten cmentarz. Nie mieszkam w Zgorzelcu już 20 lat ale co roku jeżdżę tam 1 listopada zapalić świeczkę tym Chłopakom co tam leżą. Zapalam ja i moja córeczka, moja żona, moja mama i chyba każdy mieszkaniec Zgorzelca. Tam leżą kilkunastoletni chłopcy, najstarsi mają dwadzieścia kilka lat…
    Czy tam leżą komunistyczni najeźdźcy? NIE!!! Tam leżą Polscy Żołnierze, którzy zginęli w walce z niemieckim okupantem.
    Miałem zaszczyt poznać pilotów Dywizjonu 300/301 odznaczonych Krzyżami VM, poznałem również Czołgistów-bohaterów z pod Toporowa. Mój dziadek był w zwiadzie I Armii, jego szwagier służył u Andersa. Jedni na zachodzie, drudzy na wschodzie ginęli od tych samych niemieckich kul. Bez znaczenia jest kierunek szlaku bojowego, jeżeli ktoś gotów jest za wolność kraju zapłacić cenę najwyższą – własne życie.
    O tym nie wolno nam zapomnieć, tego musimy uczyć nasze dzieci!

    CHWAŁA BOHATEROM!!!

    Odpowiedz na ten komentarz
  5. Zbigniew
    Zbigniew 8 maja, 2018, 17:50

    Moje spojrzenie na tamte czasy. Wszystkim żołnierzom jak i partyzantom,którzy walczyli za wolną Polskę Cześć Ich Pamięci. Wujek zginął pod Złocincem w walce o Kołobrzeg. Drugi dostał powołanie do Kobrynia i ślad po nim zaginął do dziś Trzeci walczył w partyzntce Dzisiaj wiemy, że był bestialsko zamordowany i pochowany na Łączce. Ojciec przeszedł przez Odrę i dotarł do Berlina . Po wojnie UB aresztowało go.Zabrali mu
    szable i poobcinane guziki od munduru, bo były z orzełkiem z korono. Wszyscy oni walczyli za wolną Ojczyznę. Ja też służyłem w wojsku za PRL-u ale nasze myślenie było jedno, że w służbie Ojczyznie.

    Odpowiedz na ten komentarz
  6. Anonim
    Anonim 8 maja, 2018, 23:40

    Mimo ponad pól wieku komunistycznej indoktrynacji,Polacy nadal nie rozumieją,że panowie hrabiowie i inni możni nigdy nie wybaczą tym którzy najpierw z rąk zaborców dostali cząstkę pańskiej ziemi a następnie komuna zrównała panów z hołotą. I w tym sęk!…

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na „RadoslawAnuluj pisanie odpowiedzi