Zostali po armii Andersa

Zostali po armii Andersa

Garstka Polaków, którzy uratowali się z sowieckich łagrów, wciąż żyje w Iranie

Od czasu do czasu jedyny dozorca smutnego katolickiego cmentarza pod Teheranem otrzymuje z zagranicy list z prośbą o zapalenie świeczki na jednym z setek identycznych kamiennych nagrobków na samym końcu alei.
Jak pisze dziennik “Washington Post”, na tym cmentarzu, położonym w ubogiej dzielnicy, “pochowany został zapomniany rozdział II wojny światowej” – 1892 polskich mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy zdołali w 1942 roku wydostać się z Rosji wraz z armią generała Andersa, jednak wkrótce potem zmarli na skutek chorób, wycieńczenia i doznanych cierpień.
Kiedy Niemcy napadły w 1941 roku na Związek Radziecki, Stalin uwolnił Polaków (na mocy układu, zawartego z premierem Władysławem Sikorskim).
Armia polska, mająca walczyć z Niemcami, formowała się w ZSRR, jednak na skutek licznych trudności czynionych przez władze sowieckie generał Władysław Anders wyprowadził dywizje do Persji (jak wówczas zwał się Iran), pozostającej pod wpływem brytyjskim. Do Persji podążyli ochotnicy do nowej armii, ale także tysiące wygłodzonych, śmiertelnie wyczerpanych kobiet i dzieci, które nie miały dokąd pójść. Ogółem w Persji znalazło się od 114 do 300 tysięcy Polaków z ZSRR. Większość rozproszyła się po świecie. Niektórzy zostali jednak na irańskiej ziemi. Obecnie żyje najwyżej 12 spośród nich.
W Iranie mieszka m.in. 69-letnia Helena Stelmach ze swym irańskim małżonkiem, któremu urodziła dwóch synów. Anna Borkowska, która ma 83 lata i jest prawdopodobnie najstarsza spośród tych rozbitków z dziejowej klęski, także wyszła za Irańczyka, oficera policji. Mąż Anny zmarł w 1968 roku, jej jedyny syn – 14 lat później. Minęły dziesięciolecia, odkąd obie kobiety wylądowały na irańskim brzegu, jednak

zachowały język swego dzieciństwa,

po persku mówią z silnym obcym akcentem i częstymi pauzami, podczas których usiłują znaleźć odpowiednie słowa. Obie przyjęły nazwiska małżonków, lecz wolą posługiwać się polskimi.
Kiedy Borkowska zasiada przy tanim pianinie, by odegnać samotność, w jej skromnym domu rozbrzmiewają słowa polskich pieśni. Na schodach przed drzwiami mieszkania Heleny Stelmach stos polskich czasopism czeka, aż gospodyni znajdzie czas na lekturę. Oba domy zdobią wizerunki ajatollaha Chomeiniego, przywódcy rewolucji islamskiej w Iranie, wiszące obok portretów papieża i obrazów z Jezusem i Maryją.
Anna Borkowska na kilka tygodni przed wybuchem wojny obchodziła swe 23. urodziny. Była studentką Uniwersytetu Warszawskiego i zakochała się w koledze o imieniu Jan. Anna do dziś nie wie, jaki los przypadł w udziale Janowi.
Przed niemiecką nawałą rodzina Borkowskich uciekła na Wschód po to tylko, by znaleźć się pod okupacją sowiecką. Stalin nakazał aresztować i wysłać do łagrów wszystkich, którzy mogliby stawić opór – na pierwszy ogień poszli oficerowie wraz z rodzinami, potem ziemiaństwo, inteligencja i wszyscy dysponujący jakimś majątkiem czy wykształceniem. Ojciec Anny był dyrektorem stoczni i mógł spodziewać się najgorszego. Borkowscy szukali schronienia u ubogich krewnych na wsi. Tam zmarł ojciec. W kilka miesięcy później uciekinierzy zostali wytropieni i w zatłoczonych, bydlęcych wagonach wywiezieni na Wschód. Trafili do łagru Baszarowa pod Archangielskiem. Komendant zapowiadał nowo przybyłym więźniom: “Zostaniecie tu na zawsze”. Łagiernicy musieli rąbać drzewa i spławiać pnie rzeką. Tylko

najsilniejsi mogli przeżyć

tę morderczą pracę. Brat Anny, o dwa lata młodszy Wiktor, zmarł na gruźlicę w więziennym szpitalu. “Kiedy go chowaliśmy, miał cierpienie i ból wypisane na twarzy. To dlatego, że umierał samotnie i nikt się o niego nie troszczył”, opowiada Anna, która zachowała w Iranie pamiątkę po ukochanym bracie – fotografię Wiktora w wieku chłopięcym, przyciskającego do brody zbyt wielkie skrzypce. Latem 1941 roku w łagrze rozeszły się wieści o napaści Hitlera na ZSRR. W kilka miesięcy później komendant oznajmił niespodziewanie polskim więźniom: “Jesteście wolni”. Dziesiątki tysięcy Polaków ze stalinowskich więzień, kopalń i łagrów, z Syberii, Uralu, Kazachstanu usiłowało przedrzeć się do armii Andersa. Umierające matki wrzucały do odjeżdżających do Iranu pociągów swe dzieci w nadziei, że przynajmniej one ocaleją. Helena Stelmach wraz z matką przedostała się pociągiem do Taszkientu, stolicy Uzbekistanu. Kobietom i dzieciom zagrażały głód i mróz, złodzieje i gwałciciele. Helena, której ojciec w tym czasie walczył z Niemcami, zdołała dostać się na jeden ze statków płynących Morzem Kaspijskim do Iranu. Były to okręty nadziei, które jednak, beznadziejnie przepełnione, nie mające na pokładach dobrej wody pitnej, stały się statkami śmierci. “Moja matka potrafiła pielęgnować chorych, a syn kapitana cierpiał na hemofilię. Zajęła się chłopcem, dlatego kapitan wziął nas do kabiny, gdzie było ciepło. Ludzie na pokładzie umierali jednak jak muchy”, opowiada Helena Stelmach.
W Persji z pomocą aliantów zorganizowano dla wychodźców obozy, szkoły i sierocińce. Nawet najubożsi

czuli się jak w raju,

dostali przecież wygodne łóżka, nowe ubranie i obfite codzienne wyżywienie. Na fotografiach widać elegancko ubrane Polki, pracujące w Persji jako pielęgniarki, sekretarki czy laborantki przy mikroskopach.
“Dobrze sytuowane irańskie damy chętnie zatrudniały Polki, chcąc nauczyć się od nich zachodniej mody czy sztuki robienia makijażu, przy czym pokojówki często były lepiej wykształcone od swych chlebodawczyń”, opowiadał irański reżyser, Sinai, który w 1983 r. nakręcił film o exodusie Polaków do Iranu.
W mieście Ahvaz w południowo-zachodnim Iranie tylko najstarsi mieszkańcy pamiętają jeszcze, dlaczego jedna z dzielnic nazywa się Campulu. Kiedyś był tu jeden z obozów polskich uchodźców, nazwany Campus Polonia. Nie pozostało już z niego śladu, podobnie jak z innych ośrodków, w których ongiś kwaterowali Polacy. Nie ma już baru i gwarnej restauracji “Polonia” w Teheranie, gdzie przed 58 laty Polki tańczyły z brytyjskimi żołnierzami przy wtórze głośnej muzyki. Dziś mieści się tu sklep z papierem.
Polacy, którzy pozostali w Iranie, rzadko utrzymują ze sobą kontakt, jakby w obawie, że spotkania ożywią bolesne wspomnienia przeszłości. Zbierają się tylko w Boże Narodzenie w Ambasadzie RP. Kiedy i oni umrą, jedynie cmentarze będą świadectwem zapomnianego exodusu sprzed lat.
Ambasada otrzymuje niekiedy listy od Polaków z Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii czy USA, proszących o znalezienie miejsca pochówku swych krewnych. W odpowiedzi przesyła zdjęcie cmentarza i krzyża na grobie.

Czy telewizja odnajdzie film o ucieczce polaków do Iranu
Przybycie tysięcy uchodźców do irańskiego portu Anzali zarejestrował na wielu kliszach miejscowy fotograf, Gholam Abdol-Rahmini. “Polacy byli wychudzeni, chorzy i w łachmanach. Mój przyjaciel, stolarz, robił dla nich trumny. Codziennie umierało około 50 Polaków”, wspominał Abdol-Rahmini w filmie “Zgubione Requiem”. Film ten, poświęcony exodusowi ludności polskiej do Iranu, nakręcił w 1983 roku irański reżyser, Chozrow Sinai. Tytuł filmu okazał się proroczy. Fotografie Rahminiego nie wzbudziły zainteresowania i nigdy nie zostały opublikowane. Film nigdy nie był promowany i w końcu zaginął. Przypuszczalnie zapomniany pokrył się kurzem w archiwum państwowej telewizji w Teheranie. A może Telewizji Polskiej uda się odzyskać zaginiony film o exodusie Polaków do Iranu?

Wydanie: 49/2000

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy