Tag "polska lewica"

Powrót na stronę główną
Kraj Wywiady

Skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle?

Jak przywrócić wiarę w politykę

Prof. Lech Szczegóła – socjolog polityki, profesor na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Zielonogórskiego. Autor książki „Droga do wojny kulturowej. Ideologia Dobrej Zmiany”.

Panie profesorze, wszystkie dane wskazują, że Polska się rozwija, jest coraz bogatsza, goni Europę. Jest wzorem – to są relacje zachodnich Europejczyków odwiedzających nasz kraj – jeśli chodzi o bezpieczeństwo, o czystość. Czy Polacy to zauważają? Daje im to poczucie zadowolenia?
– Świadomość dobrej kondycji polskiego systemu gospodarczego istnieje, ale mocniej działają sygnały negatywne. One szybciej się linkują, pojawiają i w mediach, i w codziennych rozmowach. Przeprowadzono kiedyś badanie, co bardziej oddziałuje na psychikę: czy kiedy znajdziemy 100 zł, czy gdy zgubimy 100 zł.

Znam to badanie.
– Wiadomo więc, o co chodzi. Złe informacje są przez umysł łatwiej przetwarzane i kodowane. Do sukcesów szybko się przyzwyczajamy, traktujemy je jako naturalne, oczywiste. A porażki, zagrożenia…

Rozpamiętujemy, ale towarzyszy temu gniew. Emocje. Dlaczego?
– Myślę, że są trzy rodzaje przyczyn tej sytuacji – mają one charakter, po pierwsze, polityczny, po drugie, ekonomiczny, po trzecie, kulturowy.

Zacznijmy od politycznego.
– Sądzę, że prawie 10 mln Polaków wciąż żyje w traumie po wyborach prezydenckich, których wynik był dla wielu szokiem. Ta trauma przekształciła się w długotrwałą frustrację i w pewnego typu depresję. Część zwolenników Koalicji 15 Października żyje jakby w ramach kroniki zapowiedzianej śmierci. Wszystko wskazuje na to, że za półtora roku w Polsce władzę obejmie nieprzewidywalna koalicja trzech formacji prawicowych. Poczucie, że rządowi Tuska nie udało się niczego istotnego zmienić, jest bardzo silnym stresorem. Prowadzi do rozczarowania i braku nadziei. A wiara w przyszłość to najlepsze lekarstwo na takie nastroje.

A ta druga strona?
– A druga strona, pewnie żywiąc się informacjami innej części systemu medialnego, jest sfrustrowana strasznymi „zbrodniami koalicji 13 grudnia”. I też żyje w stanie niepewności. Jej optymizm został zachwiany ewidentnie słabą formą jej lidera, Jarosława Kaczyńskiego, oraz kłótniami w obozie prawicowym. Sytuacja polityczna jest więc źródłem rozczarowań, bo nie nadeszło żadne tak oczekiwane oczyszczenie ani rozliczenie.

Takie poczucie mają zwolennicy Koalicji 15 Października.
– Bardzo boli to, że ludzie, którzy powinni być jeżeli nie w więzieniu, to przynajmniej przed sądem, śmieją się w twarz i brylują w mediach. Polityka generalnie stała się walką w błocie. Widzimy – i to chyba jest coś, co jednoczy obie strony – że politycy utracili resztki wiarygodności. Ich obietnice,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj Wywiady

Udało nam się przekonać Solidarność, że jest taka jak my

Fragmenty rozmowy, która ukazała się w najnowszym numerze „Zdania” (2/2026) – w wersji papierowej do nabycia w Empikach, w wersji elektronicznej na sklep.tygodnikprzeglad.pl.

PATRYCJA DOŁOWY: W Unii Demokratycznej byłeś w tej lewicowej frakcji, obok Zofii Kuratowskiej.

ANDRZEJ CELIŃSKI: Tak. Tam byli: Zosia Kuratowska, Krzysztof Dołowy, Tadeusz Zieliński, Basia Labuda, Władysław Frasyniuk, Iwona Śledzińska-Katarasińska, Marek Balicki, Krzysztof Budnik. Pracę organizacyjną prowadziła Basia Udrycka, zaprzyjaźniona przede wszystkim z Zosią Kuratowską. Byłem w tej grupie bardzo aktywny. Pewnego razu Hanna Suchocka, z którą się zresztą lubiliśmy, mimo że ona przecież była tak naprawdę unijną prawicą, poprosiła mnie, żebym przekonał tę naszą lewicową frakcję UD do zagłosowania za konkordatem. To był oczywiście 1993 r., a Suchocka była premierem. Ja odpowiedziałem na to, że w żadnym wypadku. Na co Hania poprosiła, żebyśmy przynajmniej nie przyszli na głosowanie. Odparłem, że oczywiście, natychmiast, ale pod jednym warunkiem: że tu i teraz przyrzekniesz, że po wyborach nie wykluczysz naszej koalicji z SLD. To było już po ogłoszeniu wrześniowych wyborów. Hania zaczęła wymachiwać rękoma, krzyczeć, że po jej trupie. Obraziła się na mnie. Podszedł wtedy do mnie Mazowiecki, wziął na bok i mówi: „Andrzej, masz 100% racji, oczywiście, że tak. Ale dzisiaj by to nam rozłupało Unię na pół”. Na co ja zapytałem, kiedy najwcześniej będzie to możliwe.

Może za pięć lat – odpowiedział.

Z Unii Demokratycznej co chwila odchodzili konserwatyści: Aleksander Hall, Bronisław Komorowski. Któregoś razu wzburzony zabrałem głos na Zjeździe UD, krytykując unijną prawicę, establishment UD. Że w ogóle tego kraju nie znają, nie mają pojęcia o życiu na prowincji. Ja jednak miałem za sobą tę moją aktywność w Płocku. I wtedy zaczęli podchodzić do mnie różni ludzie i zachęcać mnie, żebym kandydował do zarządu UD. Odpowiedziałem, że to wykluczone, nie brałem tego kompletnie pod uwagę. Sądziłem, że nie zebrałbym nawet odpowiedniej liczby uprawniających do kandydowania podpisów. I wtedy ktoś przyszedł i powiedział, że oni już mają te podpisy. To było robione całkowicie poza moją wiedzą. Wtedy nie mogłem już się wycofać, ale prawdę mówiąc, zaczęły też u mnie działać jakieś ambicje. Na wiceprzewodniczącego UD kandydowali: Frasyniuk, Kuroń, Król, Kuratowska, Rokita i ja, czyli sześcioro kandydatów na trzy miejsca. Rozkład głosów był taki, że Kuroń i Frasyniuk zdobyli prawie 100%, znakomity wynik. Trzeci był Rokita. Nieźle, ale mniej niż wymagane 50%. Potem była dziura. I potem byłem ja na czwartym miejscu. Kolejne miejsca zajęli Kuratowska i Król. Odbyła się dogrywka o trzecie miejsce między Rokitą a mną, z tym, że Rokicie brakowało w I turze do wyboru jakichś ośmiu głosów, a mi brakowało duże kilkadziesiąt. Ogromna różnica. Rokita podszedł do mnie i tak protekcjonalnie powiedział: „Andrzeju, ale wiesz, że i tak pozostaniemy przyjaciółmi?”. Spojrzałem na niego i mówię: „Janek, ale o czym ty mówisz?”. I on zaczyna się rozwijać, że przegram to. Zwracam się do niego i mówię: „Ale Janek, to ty przegrasz te wybory, nie ja”. Prawdę mówiąc, nie byłem tego do końca pewien, ale jak tak sobie kalkulowałem, to na to mi wychodziło. I stało się – wygrałem te wybory. W nowym prezydium był też Krzysztof Dołowy, obok mnie najbardziej lewicowy. Najbardziej prawicowym członkiem prezydium UD okazał się, ku mojemu zaskoczeniu, Janek Lityński.

Mieliśmy problem, bo Jan Rokita, jako szef Kancelarii Premiera, miał być łącznikiem między premier Suchocką a prezydium UD. Ale nie był tym łącznikiem. Olewał nas. Ja nigdy nie rozmawiałem o tym z Hanią, ale Suchocka i Rokita nie przekazywali nam informacji kluczowych dla Unii. Geremek ciągle chodził rozeźlony, że my dowiadujemy się rozmaitych rzeczy z wystąpień publicznych, po fakcie. I w pewnym momencie wybuchła awantura, bo dowiedziałem się jakoś, że Kwaśniewski, może z Oleksym, zaproponował Suchockiej uratowanie tego rządu. W zamian chciał tylko, żebyśmy my gdzieś tam powiedzieli, że uznajemy SLD za równoprawne środowisko demokratycznej Polski, że to jest normalna organizacja polityczna demokratycznej Polski. Czyli tak naprawdę można było ocalić rząd Suchockiej za nic. Paradoks polega na tym, że SLD był o pięć klas bardziej demokratyczny wewnętrznie niż Unia Demokratyczna! Nie mówię tego z jakiegoś żalu, ale tak było. (…)

PAWEŁ SĘKOWSKI: W 1999 r. przekroczyłeś pewne tabu, bo jako czołowa postać opozycji demokratycznej wstąpiłeś do „postkomunistycznego” SLD i na dodatek zostałeś z miejsca wiceprzewodniczącym partii.

CELIŃSKI: Zadzwonił do mnie Leszek Miller i poprosił mnie o spotkanie. To był początek 1999 r. Miller jest bardzo cwanym graczem, w pewnym sensie mnie oszukał. Ale jestem mu za to wdzięczny, bo bez tego oszustwa ja bym tam nie był, a uważam, że w efekcie dobrze się stało. Dodam, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Premierka Domi Lasota? Owszem i szkoda czasu

Tak z grubej rury? A kto to w ogóle? Wystarczy wydać broszurkę w Krytyce Politycznej, by pojawiły się bezkrytyczny zachwyt i nowa idolka, i daleko zakreślone oczekiwania?

A właściwie dlaczego nie? Jeśli taki Kaczyński, człowiek o realnym, przepotężnym wpływie na polską politykę ostatnich dekad, wysuwa na przyszłego premiera postać wuja knura Czarnka, to bez żadnego szacunku (bo niby skąd i dlaczego) dla tego „ruchu” wolę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że żyje w Polsce ktoś, kto politykuje i rokuje dużo lepiej, sensowniej i racjonalniej. To Dominika Lasota, dzisiaj 24-letnia, częściowo już rozpoznawalna postać aktywistycznej sceny klimatycznej.

Lasota opublikowała właśnie krótką książeczkę (broszurę – stękną dziadersi) „Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]”. Jest to zapis niespełna (a może aż) 10-letnich doświadczeń aktywistki klimatycznej, a równocześnie osoby bardzo świadomie i sprawnie poruszającej się w najlepiej rozumianej przestrzeni politycznej, gdzie zarówno intelektualnie, jak i w działaniu rozkłada akcenty, tworząc wartościowy obraz tego, czym polityka winna być. Ma Lasota, w przeciwieństwie do niemal większości klasy politycznej w Polsce, rozpoznane hierarchie wartości i celów politycznych, kluczowych zagrożeń i problemów, ma umysł pokoleniowo oczyszczony z niezdrowych fascynacji kapitalistycznym stanem rzeczy jako modelem niezmienialnym albo i wymarzonym. W to miejsce wprowadza dociekliwość, rozumienie istoty rzeczy i procesów, w tym w wymiarze globalnym. No i ma coś, czego nie da się „zagrać” – polityczną empatię i energię do działania.

Nie znajduję w przypadku większości polityków i polityczek pełniących w ostatnich prawie czterech dekadach funkcję premiera nikogo, kto z podobnym bagażem wchodziłby do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Być może też mit wieku jest jednym z tych najpotężniejszych, niewidocznych hamulców,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Historia

Lewica wobec zamachu majowego

Zapewniła Piłsudskiemu wygraną

Na pierwszy rzut oka w maju 1926 r. lewica mocno zgrzeszyła brakiem konsekwencji. Wcześniej bowiem z wielką determinacją broniła konstytucji i praworządności przed autorytarnymi zakusami nacjonalistycznej prawicy. Kiedy jednak na zamach stanu zdecydował się Józef Piłsudski, poparła go bez najmniejszego wahania. Więcej nawet, walnie przyczyniła się do sukcesu Marszałka, który bez jej wsparcia zapewne poniósłby porażkę.

Taka postawa była konsekwencją głębokiego politycznego pęknięcia, do którego doszło już na początku XX w. Podział wykuł się w ogniu wielkiego buntu, jaki ogarnął ziemie zaboru rosyjskiego w latach 1904-1908, a do historii przeszedł pod nazwą rewolucji 1905 r. Po jednej stronie barykady stanęła nacjonalistyczna prawica, zdominowana przez Narodową Demokrację, którą kierował Roman Dmowski. Broniła interesów warstw posiadających i przeciwstawiała się społecznym i politycznym żądaniom zbuntowanych tłumów, głównie robotników przemysłowych i rolnych. O ich interesy upominała się walcząca po drugiej stronie barykady lewica, na czele z Polską Partią Socjalistyczną, w której bardzo ważną rolę odgrywał Józef Piłsudski.

Konflikt był tak ostry, że doprowadził do bratobójczych mordów, których ofiarą padły setki, a może i tysiące ludzi. Rywalizacja nie wygasła z upadkiem rewolucji, tylko przekształciła się w tzw. spór o orientacje, czyli działanie prowadzące do odbudowania własnego państwa. Dmowski stawiał na sojusz z caratem, licząc, że ten zgodzi się na propolskie ustępstwa. Piłsudski organizował czyn zbrojny, napędzany energią mas ludowych, realizowany u boku Austro-Węgier i Niemiec. Towarzyszyły temu wzajemne oskarżenia o zdradę i wysługiwanie się obcym wywiadom.

Bezpardonowej rywalizacji nie osłabił wielki przewrót polityczny, jaki się dokonał jesienią 1918 r., gdy klęski wojenne i rewolucje unicestwiły potęgę zaborców, umożliwiając odbudowanie niepodległej Polski. Wręcz przeciwnie, lewica i prawica z nowym impetem starły się o to, kto i jak będzie rządził odradzającym się państwem.

Każdy z adwersarzy chciał przejąć pełnię władzy, sięgając po nią siłą. Najpierw zamachu dokonała 7 listopada 1918 r. w Lublinie lewica, tworząc rząd Ignacego Daszyńskiego, złożony z socjalistów, radykalnych ludowców i inteligenckich demokratów. Dwa miesiące później pięknym za nadobne odpłaciła nacjonalistyczna prawica,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Konfederat Leszek Miller

W tym zwariowanym świecie, w którym mocarz wywołujący coraz to nowe wojny domaga się za to Pokojowej Nagrody Nobla, nic już nie powinno dziwić. Nawet to, że prezydent Nawrocki za cenę bezbronności Polski zawetował ustawę SAFE, by aktualny rząd odnotował sukcesu, co nie powinno dziwić, choć powinno oburzać. To, że dla polskiej prawicy interes jej partii okazuje się ważniejszy od interesu Polski, nie jest przecież niczym nowym. Podłe to, głupie, ale w pewnym sensie normalne. A więc nie dziwi.

Jednakowoż w tej politycznej rzeczywistości, w której już nic nie powinno dziwić, choć coraz więcej powinno oburzać, zdarzają się fakty, które zadziwiają. Zadziwia mnie np. Leszek Miller. To, że publicznie skrytykował Włodzimierza Czarzastego za odmowę poparcia dla kuriozalnego wniosku o Nagrodę Nobla dla Donalda Trumpa, z dużym trudem, ale jeszcze jakoś dałoby się usprawiedliwić. Dłużej potrzebujemy Ameryki niż Trumpa, Ameryka jest nam potrzebna. Stanowi wciąż – za Trumpa i przez Trumpa coraz bardziej wątpliwy,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Był Czarnobyl

Adam Szostkiewicz pisze celnie w „Polityce”: „Gdzie jest radykalna propalestyńska lewica zachodnia, gdy reżim ajatollahów zabija tysiącami własnych obywateli, którzy mają go dość? Dlaczego milczy głucho, gdy wcześniej tak głośno protestowała w obronie ludności cywilnej w Strefie Gazy? Bo Izrael jest wrogiem Iranu, a wróg ich wroga jest ich sojusznikiem?”.

Dodam, że to też odnosi się do polskiej lewicy i do kilku moich znajomych. Generalnie wymagać od ludzi konsekwencji i logicznego myślenia to za wiele, bo są jeszcze emocje i uprzedzenia. Zdumiewające zjawisko to odrodzenie się antysemityzmu w Polsce i w świecie – nie dlatego, że krytykuje się Izrael, on zasłużył na krytykę, chodzi o sposób, w jaki się to robi. Zapominając, że tam, jak u nas, społeczeństwo jest pęknięte na pół, jest liberalne i jest prawicowo-religijne. Teraz Izraelem rządzi żydowski Braun, Mentzen i Kaczyński. Nam też to grozi.

Ostatnio słucham książek, a rzadziej je czytam. Lektorami są zwykle młodzi aktorzy, którzy przekręcają szpetnie nazwiska, szczególnie te niepolskie. Już nie znają fundamentów naszej kultury.

Ostatnio słuchałem biografii Juliana Tuwima Mariusza Urbanka. Przypominam sobie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Paweł Dybicz

Lewico, pamiętaj o IPN

Niedawno Sejm odrzucił kandydaturę pomazańca Karola Nawrockiego na prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. Odrzucił… i znów zaległa cisza wokół tej instytucji. Parlamentarzystów, którzy zostali wybrani w proteście przeciwko rządom PiS, instytut mało interesuje. A powinien. IPN jest wyrazicielem polityki historycznej państwa, miejscem jej kreowania.

To, co robi IPN, jest nie tylko przeciw koalicji rządzącej, ale przede wszystkim przeciw narodowi. Czy rządzą cym nie zależy na przeciwdziałaniu dalszemu podziałowi w społeczeństwie? Przecież polityka historyczna spod znaku IPN dzieleniu Polaków sprzyja. Instytut przeistoczył się bowiem w twór szerzący nacjonalistyczną propagandę, w znacznym stopniu wykluczającą z polskiej historii lewicę i jej dorobek.

Skoro nie da się zlikwidować tej antynarodowej instytucji, bo nie da się w Sejmie obalić weta jej byłego prezesa, należy ograniczyć jej szkodliwość poprzez radykalne obcięcie finansów i zredukowanie działalności do pionu archiwalnego. Nieprzeciążeni pracą,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Od czytelników

Listy od czytelników nr 49/2025

Sejmie, zrób coś!

Po stronie prawicy startujących i zgłoszonych było mnóstwo, dzięki temu to oni opanowali większość obwodowych komisji i zasadniczo, zwłaszcza w komisjach na wsiach i w małych miastach, byli poza kontrolą. Jedna rzecz ich różniła od strony demokratycznej – nie walczyli między sobą. Dodatkowo chytrze wystawili kandydata „pozasystemowego”, ale zaprawionego w bojach specjalistę od PR. Wróg był jeden i nawet nie próbowali walczyć z Hołownią ani kandydatami lewicy. Po stronie demokratycznej był od początku wściekły atak na samych siebie, a ze strony PO na Hołownię. On właściwie tylko się odgryzał. Jedynym, który nawoływał do opanowania, był Tusk, ale tzw. doły nie chciały go słuchać i nie słuchają do dziś.

Lewica głównie atakowała Trzaskowskiego i trochę Hołownię oraz PSL (LGBT, aborcja – tak jakby to były najważniejsze tematy wyborów prezydenckich, gdzie chodziło o głosy tej wsi i małych miast). W wyborach prezydenckich obóz demokratyczny nic nie wygrał, a wszystko przegrał. Część lewicy dziarsko przeszła na stronę wroga. Teraz być może przez długie lata nie będzie możliwości realizacji słusznych postulatów dotyczących praw kobiet i praw dla osób LGBT.

Hołownia przez sześć lat uczciwie informował, że wszedł do polityki po to, aby wygrać wybory prezydenckie. To się nie udało, więc z polityki odchodzi i najlepiej będzie, gdy szybko się o nim zapomni.
Dariusz Barczyński

 

TVP – wielkie rozczarowanie

„Telewizja publiczna” to takie samo po orwellowsku prawdziwe znaczenie jak „Prawo i Sprawiedliwość” czy „Platforma Obywatelska”. Należałoby zabrać partyjniactwu możliwość decydowania o telewizji publicznej, a na jej czele powinien stanąć przewodniczący wybierany w wyborach powszechnych przez płatników abonamentu i zależny od wyborców mandatem. Nie kłaniałby się kacykom partyjnym i byłby od nich niezależny.
Józef Brzozowski

 

Skończmy z tym

Dziękuję Otwartym Klatkom za pomoc, wsparcie i odwagę – tak, odwagę – przy śledztwach. Jestem prawie od początku, czyli od 11 lat, pod waszymi skrzydłami. Bo my, mieszkańcy wsi, żyjemy tu w cieniu fermy norek. A to nie fermy, to obozy zagłady. Tu nie liczy się ani zwierzę, ani człowiek. Liczy się producent zwierząt na futro. Lobby opanowało Radio Maryja, Konfederację i część posłów, pozwalając na okrucieństwo.
Romana Bomba

 

Oddajcie 100 milionów!

Jeśli posłowie odczuwają zdumienie, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby ograniczyć środki finansowe przeznaczane na IPN. Tym bardziej że osiągnięcia tej instytucji są dosyć skromne, nie licząc pompowania kultu „wyklętych”. Narracja polskiego IPN totalnie przegrywa z pohukiwaniem ukraińskiego odpowiednika. Przecież to się w głowie nie mieści.
Damian Paweł Strączyk

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Wojciech Kuczok

Zakażona zwyczajność

Hymn mi stanął w gardle. Wstałem, stanąłem w szeregu, owszem, ale nie mogłem śpiewać. To jeden z objawów traumy powyborczej – nie jestem w stanie celebrować wspólnoty z narodem, którego połowa jest zatruta i gloryfikuje wszystko to, czym się brzydzę. Hiszpanie mają łatwiej, bo od śmierci Franco ich hymn jest wyłącznie melodią. Na znak szacunku dla swojego państwa w ciszy i na baczność słuchają marsza królewskiego. Takoż i ja stoję, słucham, trochę jakby to był marsz żałobny, a nie mazurek, nie stoję więc na baczność, lecz ręce składam jak na pogrzebie, albowiem pogrzebane zostały nadzieje moje.

Nawrocki szczyci się tym, że został wybrany przez tzw. zwyczajnych Polaków, którym okazuje szacunek; wielkomiejska lewica grzmi, że Trzaskowski nie został wybrany, bo liberałowie mają we krwi pogardę dla ludu. Otóż kliniczne przypadki pogardy najwyższego stopnia, takiej wprost kipiącej, wściekłej, nienawistnej, obserwowałem zwykle wtedy, kiedym się w rzeczony lud dyskretnie wmieszał. Nie macie pojęcia, kanapowi marksiści, jak chyżo „klasa ludowa”, nad którą chcecie się pochylać, wbiłaby wam widły w bebechy, jak ochoczo spuściłaby z was krew niczym z rzeźnego wieprza, jak głęboko w dupie ma wasze farmazony o tym, że należy walczyć z klasizmem. Kiedy stadionowy zapiewajło uznaje, że nie kochasz ojczyzny, bo nie drzesz wystarczająco głośno mordy, gdy przychodzi do wołania o tym, co komu odbierzemy szablą – i upatruje w tobie „nieprawdziwego Polaka”, zauważa okulary, nie dość dorodny biceps, powierzchowność inteligencika, a potem pluje ci pod nogi z obrzydzeniem – to jest klasizm.

Nie mogę już słuchać altlewicowych połajanek na Tuska i rząd liberałów, tego bicia się w cudze piersi i tłumaczenia kolejnych wyborczych sukcesów brunatnego populizmu tym, że dzięki narodowym socjalistom katolickim prości ludzie odzyskali godność, a Koalicja Obywatelska nic dla nich nie robi. Nie mogę już patrzeć na facjatę rozjuszonego Zandberga, który wrzeszczy z mównicy do premiera, że ten mimo klęski wyborczej „dalej nic nie rozumie”, a potem Razem głosuje przeciw wotum zaufania dla rządu

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Więcej niż stowarzyszenie

„Kuźnica” w 50-letniej historii ma czym się chwalić

Aleksander Kwaśniewski, członek honorowy „Kuźnicy”:
Mam cztery skojarzenia z „Kuźnicą”. Pierwsze to lewica, ale traktowana w sposób otwarty, nowoczesny. To nie przypadek, że jej środowisko było na kursie kolizyjnym z kierownictwem PZPR, a i później, w III RP, z partiami lewicowymi. Drugie to demokracja, o którą to środowisko upominało się na długo przed 1989 r., choć wtedy mówiło się o demokratyzacji. Trzecie to kultura, która buduje demokrację, jest jednym z elementów postępu, uczy wzajemnego poszanowania i zrozumienia innych. I czwarte skojarzenie – to Kraków, który tak wiele zawdzięcza „Kuźnicy”. Jej lewicowe elity, dodając swoją nowoczesność do tradycji Krakowa, jego mieszkańców, wpłynęły na obecny kształt i rolę miasta, ważnej europejskiej metropolii. I oby tak było w kolejnych 50 latach „Kuźnicy”.

Aleksander Miszalski, współorganizator jubileuszu „Kuźnicy”:
„Kuźnica” dała dowód reformatorskiego wpływu na kierunki zmian w Polsce. Daje też przykład, jak należy mówić o sprawach narodowych i miasta. Należą się jej słowa uznania i podziękowania za szerzenie humanizmu i tolerancji, okazywanie troski o kraj i Kraków.

 

Historia krakowskiej „Kuźnicy” niemalże jak w lustrze pokazuje ostatnie 50 lat dziejów Polski, polskiej lewicy, PZPR i kolejnych ugrupowań odwołujących się do lewicowości. Losy „Kuźnicy”, jej powstanie i działalność w pełni przeczą obrazowi PRL prezentowanemu przez IPN i nawiedzonych prawicowców.

28 kwietnia 1975 r. na rogu Rynku Głównego i ulicy Wiślnej w Krakowie odbyło się zebranie założycielskie Klubu Twórców i Działaczy Kultury „Kuźnica”, zrzeszającego krakowską inteligencję lewicową, wywodzącą się głównie spośród członków PZPR i stronnictw sojuszniczych. Powstanie klubu nie byłoby możliwe bez ogromnego zaangażowania Tadeusza Hołuja. Ten pisarz i poseł na Sejm, były więzień Auschwitz, uczestnik obozowego ruchu oporu, był pomysłodawcą i inicjatorem, a także do śmierci w 1985 r. przewodniczącym „Kuźnicy”. Przez kilka lat przekonywał krakowskie władze partyjne – które musiały wyrazić zgodę na założenie klubu – że wielu członków niespecjalnie się odnajduje w formule partyjnych nasiadówek i brakuje im miejsca do pozakomitetowej wymiany myśli.

Pozycja Hołuja, jego determinacja i fakt, że I sekretarzem KW PZPR był wówczas Józef Klasa, bez wątpienia zadecydowały o powstaniu klubu, do którego krakowscy ludzie kultury i nauki w sformalizowany już sposób przenieśli dyskusje toczone wcześniej przy stolikach w kawiarni Grand Hotelu. Ich przemyślenia i opinie o sytuacji w kraju czy działaniach władzy często były nie po myśli działaczy partyjnych, szczególnie centralnego szczebla. Później „Kuźnica” mogła liczyć na wsparcie Józefa Tejchmy, Wincentego Kraśki, Lucjana Motyki, a w latach 80. – Hieronima Kubiaka i Mariana Stępnia.

Wybuch społeczny i powstanie Solidarności członkowie „Kuźnicy” przyjęli z nadzieją na zmiany, ale nie bez obaw obserwowali radykalizację nowo powstałego związku zawodowego. Ogromna większość kuźniczan przyjęła stan wojenny ze zrozumieniem, jako konieczność zapobieżenia narodowej katastrofie. Nie uchroniło to jednak klubu przed rozwiązaniem, a właściwie samorozwiązaniem, w styczniu 1983 r. Decyzja ta, wynikająca z tzw. cięcia po skrzydłach, miała wpłynąć na ograniczenie działalności partyjnego betonu i dla równowagi… reformatorów, w tym przypadku „Kuźnicy”. Ale, jak to zwykle w Polsce bywa, nic nie jest jednoznaczne i ostateczne. „Kuźnica” nie mogła działać, lecz dzięki przychylności krakowskich władz PZPR, mających wsparcie w Kazimierzu Barcikowskim, wyłonił się Ośrodek Kultury Krakowska Kuźnica.

Dorobek i ludzie

Z początkiem 1989 r. powołano do życia Stowarzyszenie „Kuźnica”, które ani strukturalnie, ani kadrowo nie podlegało żadnej partii politycznej. Istnieje jako stowarzyszenie ludzi o poglądach okołolewicowych.

W swojej 50-letniej historii „Kuźnica” może się pochwalić niemałym dorobkiem. Setki inicjatyw: spotkania, dyskusje, konferencje. Zebrania kuźniczan cechowały wysoka kultura i poziom merytoryczny wypowiedzi dyskutantów. Zawsze chodziło im o coś, co ich jednoczyło – o wizję lepszej Polski.

Znaczące w dorobku „Kuźnicy” było powołanie do życia pisma „Zdanie”. Periodyk był miesięcznikiem, półrocznikiem, ale odkąd „Kuźnicą” kieruje dr Paweł Sękowski (od 2018 r.), na rynku pojawia się raz na kwartał. Publikacje „Zdania” są dowodem, że na

p.dybicz@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.