Świat

Powrót na stronę główną
Świat

Wymazywanie Atatürka

Znikające popiersia, zmiana nazw stadionów – część polityków pisze historię kraju na nowo

Korespondencja z Turcji

Region Yenipazar w tureckiej prowincji Aydın. Ze szczytu wzgórza od lat 80. spoglądał na miasto neonowy Mustafa Kemal Atatürk. W kwietniu świetlistą sylwetkę zlikwidowano. Zastąpił ją ekran reklamowy, na którym wyświetlają się nazwy firm, modele telefonów i adresy sklepów. Wodza próżno wśród nich szukać. Upamiętnienie niedawno wróciło, ale w inne miejsce i zmienione, bo już nie neonowe. Burmistrz twierdzi, że planował tylko odświeżenie wizerunku wodza, ale miejscowi komentują, że ugiął się pod naciskami.

Atatürka nie znajdziemy już na okładkach, w których tureccy uczniowie klas początkowych otrzymują świadectwa semestralne. W lutym, ku zdumieniu nauczycieli, okazało się, że tradycyjną teczkę z wodzem i tekstem hymnu narodowego zastąpiła nowa – z grafiką przedstawiającą bawiące się dzieci.

Wódz zniknął też z logo różnych instytucji i niektórych urzędów. W logo miejskich wodociągów w czarnomorskim Samsunie Atatürka na koniu zastąpiła graficzna kropelka. Założyciela republiki nie ma już także w nazwie kilku stadionów i szpitali.

To najnowsze przykłady zmian w myśleniu o wielkim wodzu i bohaterze narodowym. Wielu analityków zauważa, że rządząca od przeszło 20 lat konserwatywna Partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP), na której czele stoi premier, a następnie prezydent Recep Tayyip Erdoğan, mniej lub bardziej subtelnie, ale konsekwentnie pozbywa się samego Atatürka i jego ideałów (np. w kwestii świeckości państwa) z przestrzeni publicznej i polityki. Z głównego placu w nadmorskim mieście Rize, z którego pochodzi rodzina prezydenta Erdoğana, posąg bohatera zniknął już przed dekadą.

Ale nie chodzi tylko o pomniki i stadiony. Choć obcokrajowcom może się to wydawać dziwne, uwielbienie dla Mustafy Kemala przez niemal 100 minionych lat demonstrowane było na każdym kroku. Nie ma w Turcji szkoły, w której nie byłoby popiersia lidera. Do niedawna nie było miasta bez jego pomnika albo, jak w Antalyi i Izmirze, gigantycznego popiersia w skale. W żadnej sali sądowej czy dyrektorskim gabinecie nie mogło zabraknąć jego podobizny na zdjęciu bądź obrazie olejnym. Do tego naklejki na szyby, koszulki, a nawet dziecięce śpioszki czy tatuaże przedstawiające podpis Atatürka.

Tymczasem już kilka lat temu zaproszony do telewizyjnego Kanal A pisarz i członek partii rządzącej Said Alpsoy nazwał Atatürka łapownikiem. Jego partyjna koleżanka, przemawiając w parlamencie, porównała ojca narodu do terrorystów z Partii Pracujących Kurdystanu,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Z UPA na piedestale

Państwowa polityka historyczna Ukrainy została oparta na kłamstwie

27 maja br. prezydent Wołodymyr Zełenski nadał Samodzielnemu Centrum Operacji Specjalnych „Północ” Sił Operacji Specjalnych Sił Zbrojnych Ukrainy imię Bohaterów UPA. Wywołało to słuszne oburzenie części polityków i mediów w Polsce. Jednak oburzeni zachowują się tak, jakby tego typu wydarzenie było na Ukrainie jakąś nowością. Przedstawiciele najwyższych władz polskich chyba dopiero teraz zauważyli, że państwo ukraińskie gloryfikuje i heroizuje najbardziej skrajne nurty nacjonalizmu ukraińskiego w ramach swojej polityki historycznej i tożsamościowej.

Zełenski nie był pierwszy

Czyżby polscy politycy pielgrzymujący w lutym 2014 r. na kijowski Majdan nie widzieli powiewających tam flag banderowskiej frakcji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów? Czyżby nie byli wtedy świadomi, do jakich historycznych upiorów odwołują się przywódcy i uczestnicy popieranego przez nich przewrotu? Nie byli świadomi, na czym nowe władze, zainstalowane w Kijowie w wyniku tego przewrotu z pomocą polską i zachodnią, oprą politykę historyczno-tożsamościową? Nie wiedzieli, że tzw. komendant Euromajdanu Andrij Parubij (1971-2025), który na pomajdanowej Ukrainie został przewodniczącym parlamentu i sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Narodowego, był w 1991 r. założycielem partii politycznej o nazwie Socjal-Narodowa Partia Ukrainy, w mało zawoalowany sposób nawiązującej do nazwy NSDAP? A może dzisiaj twierdzą, że ich tam wtedy nie było? Niestety, zachowały się liczne zdjęcia z kijowskiego Majdanu z lutego 2014 r., na których można zobaczyć wielu dzisiejszych wzburzonych heroizacją UPA przez Zełenskiego.

Wypada zatem przypomnieć, że heroizacja nacjonalizmu miała miejsce na Ukrainie od 1991 r., czyli od wyjścia Ukrainy z rozpadającego się Związku Radzieckiego. Na szczebel państwowej polityki pamięci i tożsamości została po raz pierwszy wyniesiona po pomarańczowej rewolucji w 2004 r.,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Czy demokraci odrobią republikańską lekcję?

Partia Demokratyczna ma sporą szansę na sukces, ale musi popracować nad tym, co nie działa

Korespondencja z USA

Gdyby wybory połówkowe odbyły się za tydzień lub dwa, demokraci roznieśliby republikanów w pył. W kraju tak bardzo podzielonym jak obecna Ameryka o wyniku elekcji przesądzają wyborcy zarejestrowani jako „niezależni”. Skłonni zmieniać sympatie partyjne nawet z kampanii na kampanię i – co niezwykle istotne – tworzący największy blok wyborczy, bo stanowią aż 40% amerykańskiego elektoratu.

Właśnie oni, wściekli na wojnę w Iranie, rosnące koszty życia i prezydenta, który nie tylko złamał większość obietnic wyborczych, ale też jawnie wykorzystuje swój urząd do bogacenia się, odpowiadają za to, że notowania Trumpa są tak kiepskie. W najnowszych sondażach popiera go już tylko 31% ankietowanych (American Research Group, 16-20 maja 2026).

A w polityce amerykańskiej jest niemal żelazną regułą, że partia urzędującego prezydenta, i to nawet jeśli jemu uda się zachować nienajgorsze poparcie (Obama w 2010 r. wciąż cieszył się sympatią 47% Amerykanów!), dostaje za jego pierwszej kadencji łomot w wyborach połówkowych. Amerykanie traktują je bowiem jako swoiste referendum na temat sprawczości nowego prezydenta, a że oceniają surowo, to pokazują jego partii czerwoną kartkę. W praktyce oznacza to utratę kontroli nad przynajmniej jedną izbą Kongresu.

W oczekiwaniu na niebieską falę

Polityczna i ekonomiczna koniunktura sprawiają obecnie, że demokraci w zasadzie nie muszą w tych wyborach zbytnio się wysilać. Wyborcy pokazują palcem ważne dla nich sprawy, a codzienne sytuacje same układają się w nośne hasła. „Ekonomia Trumpa wysysa z ciebie krew”, mogliby śmiało głosić przedstawiciele demokratów i nie byłaby to żadna metafora. Amerykanom dzieje się już tak źle, że aby związać koniec z końcem, aż 200 tys. osób dziennie sprzedaje swoje osocze (informacja pochodzi z badań prof. Petera Jaworskiego z Georgetown University).

Powodów do optymizmu partia ma niemało. Choć jeszcze rok temu szczytem marzeń wydawało się odbicie w 2026 r. niższej izby Kongresu, dzisiaj coraz więcej ekspertów daje demokratom nadzieję na „niebieską falę”, czyli przejęcie obu izb. Dlaczego? Bo oprócz wspomnianych szorujących po dnie notowań Trumpa solidnym probierzem wyborczych sympatii są wygrane demokratycznych kandydatów w niemal wszystkich wyborach specjalnych i lokalnych, jakie odbyły się od zeszłej jesieni. Przypomnijmy choćby zwycięstwo Zohrana Mamdaniego w wyścigu o fotel burmistrza Nowego Jorku czy Emily Gregory, która zdobyła mandat do stanowego Kongresu Florydy, i to z okręgu obejmującego Mar-a-Lago.

I wreszcie – większość republikańska w Senacie to tylko trzy mandaty, podczas gdy na mapie wyborczej pojawiło się aż pięć stanów, gdzie może dojść do wymiany przynajmniej jednego senatora republikańskiego na demokratycznego. Są to: Północna Karolina, Maine, Alaska, Ohio, a nawet Teksas. Sukces 37-letniego Jamesa Talarica, demokratycznego pastora podbijającego serca Teksańczyków, jest tak nieoczekiwany i budujący dla demokratycznej części Ameryki, że zaczyna się mówić, iż Talarico powinien myśleć o kampanii prezydenckiej w 2028 r.

Prognozy wyników kampanii politycznych, jeśli chodzi o szansę na przejęcie Senatu przez demokratów, też ostatnio zmieniły się z „raczej niemożliwe” na „50:50”.

Odnaleźć tożsamość

Czy demokraci mogą więc już kupować szampana? Mogą i pewnie się nie zmarnuje. Pod jednym wszakże warunkiem. Muszą być świadomi, że jesienny sukces zależy od tego, czy już teraz zaczną pracować, i to w pocie czoła, nad tym wszystkim, co w partii nie działa. A nie działa niestety dużo. Mimo ostatnich zwycięstw demokraci jako partia mają mniejsze poparcie niż wojna w Iranie. Pozytywnie ocenia ich tylko 30% (NBC News, maj 2026), podczas gdy wojnę popiera 35,5% respondentów (Silver Bulletin, maj 2026).

Na pytanie, z jakiego powodu tak nisko punktują demokratów, Amerykanie w większości odpowiedzą bez zastanowienia: za ich porażkę w 2024 r. A szczególnie za to, jak fatalnie na nią zareagowali, bo ich przedłużająca się inercja pomogła Trumpowi przekształcić Kongres w osobisty dwór, a fotel prezydenta w cesarski tron.

Prawda jest jednak bardziej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

22 piłkarzy, a wokół pustka

Mundial wzbudza olbrzymie zainteresowanie, choć ze sportem ma niewiele wspólnego

Pod wieloma względami będzie to po prostu kulminacja procesów, które w futbolu zachodzą od dekad. Po pierwsze, kalendarz rozciągnięty do granic fizycznych możliwości zawodników. W tym roku po raz pierwszy w historii turnieju zagrają aż 64 drużyny, dwa razy więcej niż dotychczas. To oznacza nie tylko więcej meczów, ale także obciążenia wynikające z nieustannych podróży. A będą one częste i uciążliwe, bo tegoroczny mundial będzie też pierwszym rozgrywanym jednocześnie w trzech krajach: Kanadzie, Stanach Zjednoczonych i Meksyku. To już nie będą krótkie loty czarterowe albo przejazdy autobusem z jednego do drugiego miasta we Francji, we Włoszech czy w Niemczech. Raczej podróże o skali kontynentalnej, bo mundialowa mapa obejmuje cały kontynent.

A że już teraz, w czasie sezonu klubowego, trwającego w Europie od sierpnia do połowy maja, piłkarze są ogromnie obciążeni, tego, co czeka ich latem, nie powinien zazdrościć nikt. Nawet pamiętając o wielomilionowych apanażach.

Ma być po amerykańsku

Jeszcze kilkanaście lat temu, uśredniając, najlepsi piłkarze na świecie grali w sezonie maksymalnie 50 spotkań, a i to przy założeniu, że nie są kontuzjowani, nie unikają powołań do kadry, a trenerzy nie dają im ani razu odpocząć. Rytm był zresztą dość przewidywalny. Co weekend mecze w lidze krajowej – bywało ich nieco ponad 30. Najskuteczniejsze drużyny dokładały do tego śródtygodniowe mecze w europejskich pucharach, ale przecież mało kto dochodzi w nich do samego końca, więc nawet najlepsi dorzucali może 10 meczów z tej puli. Do tego kilka występów w reprezentacji i można jechać na wakacje.

Teraz ligi europejskie są większe, formaty pucharów na kontynencie zostały analogicznie do mundialu rozciągnięte, stworzono nowe rozgrywki międzypaństwowe w stylu europejskiej Ligi Narodów. W rezultacie liderzy zespołów grają już regularnie po 65-70 meczów w jednym kilkumiesięcznym cyklu.

Laikom niezaznajomionym z dynamiką i logistyką tego sportu może to się wydać nic nieznaczącym szczegółem, ale oznacza doprowadzenie organizmu na skraj wydolności. Zawodowi piłkarze najwyższego szczebla przebiegają w ciągu 90 minut 8-10 km. Po meczu, kończącym się z reguły późno wieczorem, muszą przejść regenerację i albo wrócić do domu, albo pakować się do samolotu powrotnego, często lecącego do innej strefy czasowej. W przypadku amerykańskiego mundialu będzie to jeszcze inny klimat. Mecze odbędą się w miejscach tak skrajnie różnych jak kanadyjskie Vancouver, Miami na Florydzie czy meksykańska Guadalajara. Następnego dnia czeka ich trening, zapewne więcej niż jeden w ciągu doby.

Biorąc pod uwagę obciążenia, zaburzenia snu, reakcję na zmiany klimatu i odkładające się w nogach zmęczenie z sezonu z 60 meczami granymi co trzy dni, łatwo się domyślić, że wygra ten, kto będzie miał najszerszą kadrę i najmniej kontuzjowanych zawodników. Pedri, gwiazda dzisiejszej FC Barcelony i reprezentacji Hiszpanii, w sezonie 2020-2021 zagrał aż 73 mecze pomiędzy klubem, reprezentacją i kadrą olimpijską. Tylko po to, żeby po paryskich igrzyskach natychmiast rozpocząć kolejny sezon. Nikogo nie powinien więc dziwić fakt, że od czasu ukończenia tego maratonu piłkarz odniósł do dziś aż 12 kontuzji mięśniowych, czyli wynikających głównie z przeciążenia konkretnych partii organizmu.

Powód tego absurdalnego rozdmuchania piłkarskich turniejów jest banalny. Więcej drużyn to więcej meczów i więcej transmisji, ergo większy zysk ze sprzedaży praw telewizyjnych. Co prawda, prezes FIFA, Włoch Gianni Infantino z lubością opowiada historyjki „o powiększaniu globalnej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Ben-Gwir nie jest twarzą Izraela

Bezkarność ministra w rządzie Beniamina Netanjahu

Kontrowersyjny minister Itamar Ben-Gwir bywa nazywany „izraelską wersją Grzegorza Brauna”. Rzeczywiście panowie mają ze sobą wiele wspólnego, szczególnie opieranie polityki na ksenofobicznym nacjonalizmie i religijności oraz happeningowy styl działania. Może nawet znaleźliby wspólny język, gdyby Braun nie osadził swoich przekonań na fundamencie spiskowego antysemityzmu, co zamyka drogę do rozważań o sojuszu z izraelską skrajną prawicą.

Najważniejszą różnicę stanowi jednak to, że Braun jest europosłem opozycji ściganym za swoje wybryki po sądach, a Ben-Gwir nie tylko przewodzi jednej z koalicyjnych partii w Izraelu, lecz także jest ministrem bezpieczeństwa narodowego w rządzie Beniamina Netanjahu i najwyraźniej może sobie pozwolić na wszystko, włos mu z głowy nie spadnie.

Porwanie aktywistów

Gdy izraelscy żołnierze zatrzymali na wodach międzynarodowych łodzie Global Sumud Flotilla, Itamar Ben-Gwir pojawił się wśród aresztowanych aktywistów, szydził z nich i nagrywał materiały wideo skrojone pod gust izraelskiej skrajnie prawicowej publiki. Poniżanie przez prawicowego polityka i jego świtę zmuszonych do klęczenia aktywistów, zakutych w kajdanki, popychanych przez izraelskich mundurowych, może skłaniać do rozważań, czy Izrael nie złamał konwencji ONZ w sprawie zakazu stosowania tortur (a od lat jest oskarżany o stosowanie tortur wobec Palestyńczyków przebywających w izraelskich więzieniach).

Wydarzenie to wzburzyło międzynarodową opinię publiczną – we flotylli płynęło wielu obywateli krajów europejskich, w tym Polacy. Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski szybko wezwał izraelskiego chargé d’affaires do złożenia wyjaśnień i podkreślił, że nie ma zgody Polski na takie traktowanie jej obywateli. Nie wszystkim ta reakcja się spodobała – komentarze internetowe z jednej strony podkreślają, że Sikorski zbyt łagodnie podszedł do sprawy i zbyt późno zdecydował się na działanie, zwłaszcza że doniesienia o łamaniu praw człowieka przez Izraelczyków docierają do nas bez przerwy od końca 2023 r.

Druga strona przekonuje, że Izrael ma prawo do zatrzymywania osób, które łamią legalną blokadę morską (choć jej legalność jest kwestią dyskusyjną – międzynarodowi prawnicy od lat dyskutują o tym, czy okupant może dokonać blokady terytorium okupowanego; par. 104 Podręcznika z San Remo, najważniejszego dokumentu określającego stosowanie prawa międzynarodowego w konfliktach zbrojnych na morzu, nakazuje państwu prowadzącemu blokadę dopuszczenie statków ze środkami medycznymi dla ludności cywilnej

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Kasa wasza będzie nasza

Czy Andrij Jermak, szara eminencja w otoczeniu prezydenta Zełenskiego, okradał Ukrainę?

Gdy ukraińscy żołnierze ginęli w okopach pod Bachmutem, Pokrowskiem i Awdijiwką, gdy rosyjskie drony niszczyły elektrownie, a miliony Ukraińców siedziały w mieszkaniach bez prądu i ogrzewania, Andrij Jermak – wraz z przyjaciółmi – budował sobie luksusową posiadłość na terenie osiedla Dynastia w Kozynie pod Kijowem. Jak twierdzi ukraińska prokuratura – za pieniądze pochodzące z łapówek.

Od początku lutego 2020 r. Jermak był szefem biura prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego – de facto drugą osobą w państwie. Decydował o sprawach kadrowych na najwyższych szczeblach ukraińskiej administracji. Miał wpływ na przepływy finansowe. Odpowiadał za relacje z najważniejszymi partnerami zagranicznymi Ukrainy, w tym z amerykańską administracją.

Ta wspaniała kariera runęła 28 listopada 2025 r., gdy Jermak złożył – jakoby z własnej inicjatywy – rezygnację z funkcji, natychmiast przyjętą przez prezydenta Ukrainy. Stało się to po przeszukaniach w domu i biurze Jermaka, dokonanych przez Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) oraz Specjalną Prokuraturę Antykorupcyjną (SAP) w związku z prowadzonym od 2024 r. śledztwem pod kryptonimem „Midas”. Wtedy to ukraińskie organy ścigania na poważnie zajęły się grupą wpływowych postaci, związanych z prezydentem Zełenskim. Ludzie ci wymuszali na przedsiębiorcach mających kontrakty z Enerhoatomem, spółką będącą właścicielem ukraińskich elektrowni atomowych, „prowizje” stanowiące 10-15% wartości zawartych umów.

Byli to:

  • Timur Mindicz – biznesmen i dawny współpracownik Zełenskiego, uznawany za organizatora procederu przestępczego. W wyniku tych działań miał on przywłaszczyć ok. 100 mln dol.
  • Herman Hałuszczenko – były minister energii, którego nazwisko pojawiało się w kontekście rozmów o obsadzaniu stanowisk i dzieleniu wpływów w Enerhoatomie.
  • Switłana Hryńczuk – następczyni Hałuszczenki w resorcie energii i, jeśli wierzyć ukraińskim mediom, jego partnerka życiowa.
  • Ołeksij Czernyszow – były wicepremier, opisywany jako współtwórca schematów korupcyjnych, bezpośrednio związany z realizacją wspomnianego projektu budowy ekskluzywnego osiedla dla wybranych.
  • „Andrij” – postać, która pojawiła się w nagraniach z podsłuchów prowadzonych przez NABU. Według ukraińskich mediów miał to być Andrij Jermak, szef Biura Prezydenta Ukrainy.
  • Tajemniczy „Wowa” – jego tożsamość od połowy ubiegłego roku próbują ustalić prowadzący śledztwo funkcjonariusze NABU i prokuratorzy.

W czym rzecz? Na terenie Dynastii powstawały cztery luksusowe wille, dziś w stanie surowym. Ich właścicielami mieli być Ołeksij Czernyszow, Timur Mindicz, Andrij Jermak oraz „Wowa”. Działania ukraińskich organów ścigania przerwały ten jakże miło rokujący proceder, a jego uczestnicy mają dziś kłopoty z prawem.

Timur Mindicz zdążył opuścić Ukrainę kilka godzin przed wejściem funkcjonariuszy NABU do jego mieszkania i przez Warszawę udał się do Izraela, którego jest obywatelem.

W listopadzie 2025 r. wobec Ołeksija Czernyszowa sąd zastosował areszt tymczasowy, z możliwością opuszczenia go po zapłaceniu bardzo wysokiej kaucji.

Andrij Jermak stracił stanowisko, a w połowie maja br. usłyszał też zarzut prania pieniędzy oraz udziału w procederze korupcyjnym na kwotę rzędu 460 mln hrywien. Na kilka dni trafił do celi dla VIP-ów, którą opuścił po uiszczeniu przez jego przyjaciół rekordowo wysokiej kaucji – ok. 140 mln hrywien, czyli 2,7 mln euro. Poszukiwania tajemniczego „Wowy” na razie nie dały rezultatu.

Kabareciarze na stanowiska

21 kwietnia 2019 r. w drugiej turze wyborów prezydenckich w Ukrainie Wołodymyr Zełenski pokonał Petra Poroszenkę, zdobywając 73,22% głosów. To nie było zwycięstwo – to była carte blanche, którą Ukraińcy dali człowiekowi obiecującemu im pokój i dobrobyt. Zełenski wykorzystał to do maksimum. Kilka miesięcy później w wyborach do Rady Najwyższej przygniatające zwycięstwo odniosła jego partia Sługa Narodu.

Nowy lider postanowił oprzeć się na ludziach, których znał z firmy i trupy kabaretowej Kwartał 95 – był jej udziałowcem. Do ukraińskiej polityki trafili m.in.:

  • Serhij Szefir – współzałożyciel i scenarzysta Kwartału 95, został głównym doradcą Zełenskiego.
  • Iwan Bakanow – wieloletni menedżer spółki, został najpierw zastępcą szefa Służby Bezpieczeństwa Ukrainy, a następnie jej szefem.
  • Serhij Trofimow – producent Kwartału 95, Zełenski mianował go pierwszym zastępcą szefa swojej administracji.

Z listy partii Sługa Narodu do Rady Najwyższej dostał się też aktor Jurij Korjawczenkow, znany jako „Juzik”. I niemal natychmiast po objęciu funkcji dał się nagrać, gdy składał propozycję korupcyjną. Oczywiście włos z głowy mu nie spadł. Jurij Kostiuk, scenarzysta Kwartału 95, odpowiedzialny za oprawę medialną kampanii Zełenskiego, został jednym z zastępców szefa administracji prezydenta. Najważniejszy z nich, Timur Mindicz, współwłaściciel studia, producent i partner biznesowy

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat Wywiady

Meksyk między nadzieją a przemocą

Żyjemy tu z dnia na dzień, nie wiedząc, czy nadejdzie jutro

Ks. Tomasz Jan Chlebowski – duchowny, teolog, misjonarz, autor literatury podróżniczej i reportaży, członek Związku Pisarzy Katolickich, autor m.in. „Dróg i bezdroży Meksyku” oraz „Horyzontów spotkań Ryszarda Kapuścińskiego”.

Skąd wzięła się fascynacja Meksykiem?
– Zanim zrodzi się fascynacja, najpierw pojawia się poznanie. Prawdziwe poznanie rodzi się w rzeczywistości spotkania i jest procesem wpisanym w czas. Moja fascynacja Meksykiem narodziła się ponad 20 lat temu i trwa do dzisiaj. Nie jest to jedynie zachwyt nad fizycznym miejscem, ale także fascynacja człowiekiem, historią i kulturą. We wstępie do książki „Drogi i bezdroża Meksyku” (Bernardinum, Pelplin 2020) zapisałem takie przemyślenie: „Meksyk oszałamia, zachwyca, przyciąga. Przebywając na ziemi meksykańskiej, nigdy nie czułem się tam turystą. Od samego początku czuję się obywatelem Meksyku, który dla mnie jest nie tylko konkretnym miejscem na ziemi, ale stanem duszy. Rzeczywistością, która przenika mnie do głębi. To miejsca wybierają ciebie, wpisują się i dopasowują do człowieka. Czasami pozwalają myśleć, że to nasza inicjatywa. Ale to nieprawda”.

Jacy są Meksykanie? Czym się różnią od Polaków, a w czym jesteśmy podobni?
– Trudno porównywać dwie odmienne rzeczywistości, które różnią kultura, historia, a także mentalność ludzi. Można doszukiwać się różnic i podobieństw, ale zawsze będzie to w pewnym stopniu nieprecyzyjne, subiektywne i w konsekwencji nie do końca prawdziwe. Mogę powiedzieć jedynie, co urzekło mnie w ludziach, których poznałem. To ich otwartość, życzliwość, prostota oraz niezwykła wola walki o każdy kolejny dzień. Spotkałem tu wiele dobra. Ludzie, którzy sami mają niewiele, potrafią bezinteresownie wspierać się nawzajem.

Ciekawe, że kiedyś funkcjonowało w Polsce żartobliwe powiedzenie, że Polska jest „Meksykiem Europy”. Być może dlatego, że w innych krajach europejskich Polacy często postrzegani są – podobnie jak Meksykanie w Ameryce – jako osoby marudne, a jednocześnie gościnne, lojalne i zdolne do budowania głębokich relacji międzyludzkich.

Dziś Meksyk uchodzi za kraj niebezpieczny, m.in. z powodu działalności karteli narkotykowych.
– Aktualna sytuacja Meksyku jest wynikiem wielu lat zaniedbań w kwestii bezpieczeństwa obywateli. Podejmowane przez kolejnych prezydentów próby układania się z przestępcami, rozmowy i pakty zawierane z grupami kryminalnymi oraz ustępstwa, które miały zapewnić pewną formę kontroli i względnie stabilny pokój wewnątrz państwa,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Paryż chce wyższych podatków od big techów

W Unii Europejskiej to Francja najkonsekwentniej ogranicza zależność od obcych dostawców technologicznych

Korespondencja z Francji

Suwerenność cyfrowa to jeden z filarów niezależności. Na tegorocznym kwietniowym INCYBER Forum Europe w Lille europejska debata o cyberbezpieczeństwie wybrzmiała szczególnie mocno. Temat ten coraz bardziej wykracza poza kwestie techniczne, stając się sporem o polityczną i gospodarczą niezależność państw od globalnych koncernów technologicznych.

Pracując, komunikując się czy robiąc zakupy, korzystamy w większości z usług amerykańskich spółek, takich jak Amazon, Meta (Facebook i Instagram), Microsoft, Google i OpenAI (ChatGPT). Ich europejskie odpowiedniki nie wydają się nam z jakiegoś powodu atrakcyjne.

Co z ciągłością działania państwa?

Gwałtowny rozwój sztucznej inteligencji, platform cyfrowych i usług w chmurze sprawił, że państwa europejskie coraz mocniej uzależniały funkcjonowanie własnej administracji od infrastruktury należącej głównie do amerykańskich gigantów technologicznych. Coraz częściej alarmuje się o związanych z tym zagrożeniach. Przedstawiciele francuskiego ministerstwa spraw wewnętrznych podkreślali w Lille, że obecnie stawką jest już nie tylko ochrona przed cyberatakami, ale wręcz „ciągłość działania państwa”.

Francja intensywnie inwestuje w rozwiązania określane jako suwerenne: krajowe usługi w chmurze i własne systemy komunikacji administracyjnej, a także w szkolenia dla samorządów z zakresu cyberbezpieczeństwa. To reakcja na rosnącą świadomość, że kontrola nad danymi oraz infrastrukturą cyfrową staje się dziś strategicznie ważna, na równi z kontrolą nad energetyką i sektorem obronnym. Cyfrowe uzależnienie od USA w sytuacji presji politycznej może się skończyć odłączeniem części lub nawet wszystkich usług cyfrowych, których Europa sama zaspokoić nie zdoła (pisał o tym Kornel Wawrzyniak, nr 17/2026).

Decyzję o tym, że francuska żandarmeria będzie pracować na Linuksie, podjęto już kilkanaście lat temu, początkowo z powodów pragmatycznych – by ograniczyć koszty licencji i zwiększyć elastyczność infrastruktury informatycznej. Z czasem jednak przeważyła chęć uniezależnienia się od amerykańskiego dostawcy. Żandarmeria Narodowa stopniowo zastępowała więc Microsoft Office pakietem OpenOffice,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Jak Trump zarabia na prezydenturze

Prezydent USA, jego rodzina i przyjaciele mają wielkie sukcesy w pomnażaniu swojego majątku

62% Amerykanów jest niezadowolonych z tego, w jaki sposób Donald Trump wywiązuje się z obowiązków prezydenta USA. To wiemy z kwietniowego sondażu Reuters/Ipsos. W tym samym badaniu 71% uznało go za nadpobudliwego, a 51% zauważa, że w ostatnim roku jego stan intelektualny się pogorszył.

Można rzec – dominuje opinia, że Trump z kierowaniem Ameryką sobie nie radzi i ma coraz większe problemy psychiczne. Trudno z tym polemizować. Jednocześnie radzi sobie znakomicie na innych polach. On, jego rodzina oraz grono współpracowników i przyjaciół w ostatnim roku osiągnęli wielkie sukcesy w pomnażaniu swojego majątku. Tu Trump jest bystry ponad miarę.

Amerykańska prasa regularnie ujawnia nowe informacje dotyczące biznesowych przedsięwzięć Donalda Trumpa i jego otoczenia – jest o tym głośno. Popularność w amerykańskich mediach zyskały słowa Juliana Zelizera, profesora historii najnowszej USA z Uniwersytetu Princeton, współpracującego z CNN i „The Atlantic”: „Nie sądzę, aby obecnie istniała granica między decyzjami politycznymi i kalkulacjami politycznymi a interesem rodziny Trumpów”.

„Forbes” już we wrześniu 2025 r. pisał: „Donald Trump właśnie zaliczył najbardziej lukratywny rok w swoim życiu. Majątek prezydenta wynosi obecnie rekordowe 7,3 mld dol. w porównaniu z 4,3 mld dol. w 2024 r., kiedy wciąż ubiegał się o urząd. Zysk w wysokości 3 mld dol. pozwolił mu awansować o 118 pozycji na liście Forbes 400, gdzie w tym roku znalazł się na 201. miejscu. Żaden prezydent w historii USA nie wykorzystał swojej pozycji do osiągnięcia tak ogromnych zysków jak Trump”.

Na czym Trump się dorobił? Na kryptowalutach. Wszedł w ten biznes i zarobił górę pieniędzy. „Forbes” wyliczył, które części majątku Trumpa najbardziej się powiększyły:

  • Memecoin: +710 mln dol.
  • Aktywa płynne: +660 mln dol.
  • Wygrana prawna: +470 mln dol.
  • Działalność związana z licencjami i zarządzaniem: +410 mln dol.
  • Tokeny World Liberty Financial: +340 mln dol.
  • Działalność związana ze stablecoinami: +240 mln dol.

Liczby, choć imponujące, nie oddają biznesowych emocji. Warto przypomnieć, że za pierwszej kadencji Trump był przeciwny kryptowalutom, mówił, że to pieniądz z niczego. Ale zmienił zdanie. W wyborach w 2024 r. branża kryptowalut stała się największym darczyńcą korporacyjnym, przekazując 238 mln dol. – więcej niż lobby naftowe, gazowe i farmaceutyczne. Trump wyciągnął z tego wnioski. We wrześniu 2024 r. on i jego synowie oraz Zachary Folkman, Chase Herro i Alex Witkoff z bratem Zachem założyli „przedsięwzięcie” kryptowalutowe o nazwie World Liberty Financial. Trumpowie zapewnili sobie w nim 75% zysków.

WLF rozkwitło po wygranych przez Trumpa wyborach. Wtedy to do firmy zaczęli napływać inwestorzy, w większości anonimowi, kupując emitowane przez nią tokeny o nazwie $WLFI. Wśród tych, których nazwiska poznaliśmy, był Justin Sun, przedsiębiorca z branży kryptowalut, którego Komisja Papierów Wartościowych i Giełd oskarżała o oszustwo. Sun zainwestował w WLF 75 mln dol., z czego 40 mln przekazał Trumpowi. Ta inwestycja poprawiła los Suna. W lutym 2025 r. federalny pozew z oskarżeniem o oszukiwanie inwestorów został wstrzymany, a ostatecznie sprawę zakończono ugodą w wysokości 10 mln dol.

Wielkim inwestorem w World Liberty Financial okazał się emiracki szejk Tahnun bin Zajed. Jak ujawnił „Wall Street Journal”, szejk kupił 49% udziałów za 500 mln dol. Część pierwszej transzy pieniędzy – 187 mln – miała trafić do spółek Trumpa, a 31 mln do członków rodziny Steve’a Witkoffa. Umowę podpisał Eric Trump, syn prezydenta, który wraz z bratem Donaldem juniorem zasiada w zarządzie firmy.

Do tego emiracki fundusz inwestycyjny MGX, w którym szefem rady nadzorczej jest szejk Tahnun bin Zajed, zakupił od World Liberty stablecoiny o nazwie USD1, warte 2 mld dol. Pieniądze wyrzucone w błoto? Niekoniecznie. Szejk od dłuższego czasu zabiegał o pozwolenie na import zaawansowanych technologicznie czipów do jego firmy G42. Zabiegi okazały się skuteczne, Biały Dom zgodził się na eksport 500 tys. procesorów do Zjednoczonych Emiratów Arabskich, w tym do G42.

W styczniu 2025 r. Trump wprowadził też na rynek memecoin o nazwie $TRUMP (Official Trump Meme Coin). Jego podaż wynosiła 1 mld tokenów. W ciągu kilku dni waluta osiągnęła kapitalizację rynkową przekraczającą 12 mld dol., a jej wartość doszła do 75,8 dol. za token.

Już jako prezydent Trump okazał się wyjątkowo łaskawy dla branży. Sam ogłosił się prezydentem kryptowalut. Oczywiście wycofał się z dotychczasowych regulacji dotyczących rynku kryptowalut i podpisał nową, korzystną dla niego ustawę.

Te działania nie pozostawały bez odpowiedzi. Felietonistka „Washington Post” Catherine Rampell zasugerowała, że prezydent może wykorzystać nową kryptowalutę, $TRUMP coin, do przyjmowania łapówek od zagranicznych rządów. „Wyzwaniem dla każdego, kto kupił te monety, jest to, że jeśli chce je wypłacić, musi znaleźć większego głupca, który będzie gotów zapłacić więcej”. Kto więc, poza naiwnymi, będzie je kupował? Rampell ma odpowiedź na to pytanie: „Przez następne cztery lata może istnieć jedno wiarygodne źródło stałych nabywców: osoby prywatne, firmy i rządy zagraniczne, które chcą zyskać przychylność prezydenta”.

Catherine Rampell tłumaczy też, jak może działać ten mechanizm: „Saudyjczycy nie muszą już zatrzymywać się w hotelach Trumpa, żeby nabijać kieszeń prezydentowi, mogą pokazywać swój portfel cyfrowy. W końcu każdy dolar, który włożą w podtrzymywanie wartości memecoina Trumpa, w efekcie doda gotówki do konta bankowego Trumpa”.

Prezydent USA zarabia nie tylko na kryptowalutach. Właściwie zarabia, wręcz kompulsywnie, na czym się da. Promuje swoim nazwiskiem buty sportowe za 399 dol., z napisem „Never Surrender”, gitary elektryczne w cenie do 11,5 tys. dol. oraz linię perfum i wody kolońskiej o nazwie Trump Victory 45-47 za 249 dol., przekonując: „Te perfumy to zwycięstwo, siła i sukces”. Promował też telefony Trump Mobile w kolorze złotym, które mają działać w sieci T1Mobile. I biblię z napisem „God Bless the USA” za 59,99 dol. Biblia była drukowana w Chinach i sprowadzana do USA w cenie 3 dol. za egzemplarz. Trump przyznał, że zarobił na jej sprzedaży 400 tys. dol.

Prezydent USA łasy jest również na prezenty. Od rządu Kataru dostał specjalnie przerobionego Boeinga 747 wartego 400 mln dol. I nie przejął się, że łamie konstytucję, która zabrania przedstawicielom rządu przyjmowania podarunków od rządów zagranicznych bez zatwierdzenia przez Kongres. „Tylko głupek nie przyjąłby takiego prezentu”, powiedział.

Brytyjski „The Guardian” opisywał z kolei listopadową wizytę w Białym Domu przedstawicieli szwajcarskiego biznesu. Prezes Rolexa Jean-Frédéric Dufour wręczył prezydentowi (oficjalnie w bibliotece prezydenckiej) złotego Rolexa serii Datejust, który określił jako „skromny, wyrafinowany wyraz tradycyjnego szwajcarskiego zegarmistrzostwa”. Złoty, ale skromny. „Żłobkowany, złoty bezel, zielona tarcza i cyklop powiększający komplikację daty – opisywał dar portal Hodinkee, poświęcony zegarkom. – To nie jest produkt dostępny w sprzedaży”.

„Bibliotece prezydenckiej” ofiarowano też sztabkę złota ozdobioną cyframi 45 i 47 – dla uczczenia pierwszej i drugiej prezydentury Trumpa – z napisem „Prezydent”, o wartości 130 tys. dol. Kilka tygodni później prezydent obniżył cła na wyroby szwajcarskie z 39% do 15%.

Donald Trump patronuje ponadto inwestycjom w różnych miejscach świata. Bernard Condon, dziennikarz śledczy agencji AP, podaje trzy przykłady: „W Katarze projekt klubu golfowego i willi Trump jest częściowo realizowany przez firmę należącą do rządu Kataru. W Wietnamie rząd, jak doniósł »New York Times«, zmusił rolników do opuszczenia ich ziemi, aby zrobić miejsce pod ośrodek Trumpa, a wicepremier tego kraju podpisał umowę podczas specjalnej ceremonii. W Arabii Saudyjskiej planowany ośrodek Trump Plaza nad Morzem Czerwonym jest budowany przez saudyjskiego dewelopera bliskiego rodzinie rządzącej. Niemal niemożliwe jest ustalenie, czy umowy te odegrały rolę w zmianie polityki USA w sposób, o jaki zabiegały te kraje, ale kraje te uzyskały to, czego chciały – dostęp do zaawansowanej technologii amerykańskiej dla Kataru, ulgi celne dla Wietnamu i myśliwce dla Arabii Saudyjskiej”.

Biznes powinien być oddzielony od polityki. W Stanach Zjednoczonych mechanizmy temu służące działają od dawna. Ale w czasach Trumpa zostały zdemontowane lub nie mają znaczenia. Teoretycznie aktywa biznesowe prezydenta znajdują się w specjalnym funduszu powierniczym. Ale kontrolę nad nim ma jego syn Donald Trump junior. Czy to wystarczająca bariera?

Trójka dzieci prowadzi

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Koniec baśni o jedności

Odejście Zjednoczonych Emiratów z OPEC to symptom postępującego kryzysu na Półwyspie Arabskim

Kartel OPEC stracił właśnie swojego czwartego największego producenta ropy naftowej. Zjednoczone Emiraty Arabskie podjęły decyzję o opuszczeniu organizacji, która ma fundamentalny wpływ na ceny ropy na światowych rynkach. To cios w polityczne znaczenie Organizacji Krajów Eksportujących Ropę Naftową i jej rozszerzonego formatu OPEC+, w skład którego wchodzą też Rosja, Brazylia czy Meksyk.

Ta decyzja ujawnia jednak także coraz głębsze różnice polityczne między państwami Półwyspu Arabskiego i kryzys w łonie Rady Współpracy Zatoki Perskiej. Ich osią są rywalizujące wizje lokalnego ładu, których Abu Zabi i Rijad już nie są w stanie pogodzić.

Co prawda, ZEA nie są pierwszym krajem regionu, który z OPEC odszedł. Na liście byłych członków kartelu znalazła się m.in. Indonezja, która w 2008 r. musiała ograniczyć produkcję ropy i stała się importerem netto surowca, nie spełniając tym samym wymogów formalnych. Dżakarta na krótko ponownie dołączyła do kartelu, by w 2016 r. ogłosić „tymczasowe” zawieszenie członkostwa, gdyż nie chciała się zgodzić na forsowane przez organizację pięcioprocentowe obniżenie podaży ropy, o którym zadecydowano we wrześniu 2016 r.

Największy szok wywołała jednak w 2019 r. rezygnacja Kataru. Była ona przede wszystkim skutkiem napięć między Ad-Dauhą a sąsiadami. W 2017 r. kraje Rady Współpracy Zatoki Perskiej rozpoczęły blokadę morską Kataru, która trwała aż do 2021 r. Jej celem było głównie wywarcie na Katarze presji. Gdy bowiem pozostałe państwa rady z przerażeniem obserwowały skutki arabskiej wiosny, ratując z opresji obalanych w protestach autokratycznych przywódców, takich jak prezydent Tunezji Zajn al-Abidin ibn Ali czy prezydent Egiptu Hosni Mubarak, Katar utrzymywał dobre relacje z Braćmi Muzułmanami – środowiskiem politycznym, które w znacznym stopniu było forpocztą demonstracji przetaczających się po 2011 r. przez niemal cały Bliski Wschód. Co więcej, katarska telewizja Al-Dżazira, jak również jej obcojęzyczne kanały i strony internetowe, w bardzo pozytywnym świetle przedstawiały demonstrujących, którzy nawoływali do zmiany dotychczasowego porządku w regionie, zdemokratyzowania procesów politycznych, obalenia dyktatorów oraz uczynienia tego według wizji salafickiego islamizmu. Dla monarchii naftowych Półwyspu Arabskiego stanowiło to zagrożenie samej istoty ich systemów politycznych.

Rijad i Abu Zabi po przeciwnych stronach frontu

Wyjście Zjednoczonych Emiratów Arabskich z OPEC jest tak naprawdę formalizacją napięć między Rijadem a Abu Zabi. Emiraty już od kilku lat wyraźnie pokazują, że jest im nie po drodze ze strategiami politycznymi sąsiadów i nie są zainteresowane poddawaniem się przywództwu politycznemu dynastii Saudów.

Muhammad ibn Zajid al-Nahajjan, prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich, i Muhammad ibn Salman, książę koronny Arabii Saudyjskiej, następca tronu i jej faktyczny władca, w poprzedniej dekadzie politycznie byli o wiele bliżej niż dzisiaj. Reprezentowali te same

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.