Roman Kurkiewicz

Powrót na stronę główną
Felietony Roman Kurkiewicz

Ani wojna, ani pokój, ani triumf, ani zgon

Każdy czas ma tendencję do tego, by się wyróżniać spośród innych, „gorszych” epok. Dzisiaj nie jest inaczej. Czy to schyłek, czy interregnum, czy metamorfoza o kolejnych cyfrowych naklejkach: 1.0, 2.0, 187.0, jak zwał, tak zwał, próbujemy zrozumieć, mając niejednokrotnie wrażenie, że mimo niedostępnych wcześniej mocy technologicznych i powszechnej komunikacji wiemy mniej, niczego nie jesteśmy pewni i co chwilę budzimy się w pajęczej sieci niejasności, pogmatwania i pomylenia pojęć.

Jeśli kluczowymi postaciami świata są rozregulowani etycznie i niestabilni emocjonalnie ignoranci pokroju Trumpa czy Netanjahu – może naprawdę czas przestać się dziwić i mantrować o dobrodziejstwach demokracji, od której niczego lepszego nie wymyślono. Dlaczego nie podejmujemy prób wymyślenia czegoś lepszego? Mamy przecież niezły fundament założycielski – myślę o latach tuż po II wojnie światowej i Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Jest na czym stawiać nowy gmach świata.

Tymczasem oglądamy spektakl w wykonaniu pomarańczowego szaleńca, dysfunkcyjnego narcyza z monumentalnym bagażem ignorancji. Tysiące lat rozwoju człowieczeństwa, rozumu, nauki, zdolności do autokrytyki i naprawy błędów – którą boczną ścieżką ewolucji to pobłądziło? Odpowiedź może być dużo groźniejsza. Trump i Netanjahu nie są przejawem skrajnej patologii osobowościowej – są zwieńczeniem, symbolem konsekwentnego dojścia do granic tego, czego oczekuje od ludzi, reguł, świata obecny system, rakotwórczy kapitalizm, podparty kolonializmem i imperializmem, dominacją bezwzględnej siły militarnej. Toż oni nie są tylko prorokami późnego kapitalizmu (niektórzy odważają się mówić z nadzieją: schyłkowego). Oni są jego mesjaszami.

Co do ostatnich wydarzeń wokół agresji Izraela i jego marionetki, USA (tu ogon kręci psem, co dla wielu jest zaskoczeniem – dlaczego?), skala pogubienia się jest trudna do wyobrażenia. Wiemy, kto zaczął. Wiemy, jak to przebiegło. Nie wiemy, czym, jeśli w ogóle, się skończy. Politolog Filip Ilkowski z UW,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Okrzeja – nasz dobry terrorysta

Odbyły się ostatnio skromne społeczne obchody rocznicy akcji Organizacji Bojowej PPS na VII cyrkuł policji na Pradze, przy Wileńskiej 9. Atak z 26 marca 1905 r. wymierzony był w znienawidzonego przez Warszawiaków oberpolicmajstra pułkownika barona Karla Nolkena. Uroczystość zaś koncentrowała się na przywróceniu pamięci bojowca Stefana Okrzei, który w wyniku tej akcji został ranny i aresztowany (zastrzelił podczas ataku jednego z policmajstrów). Choć był doświadczonym demonstrantem ulicznym PPS, nie miał niestety doświadczenia bojowego; bomba, którą rzucił na cyrkuł, ogłuszyła jego samego, zaczął uciekać w złą stronę, na podwórze posterunku, gdzie wywiązała się strzelanina z policjantami. Po krótkim procesie 19-letni Okrzeja został skazany na śmierć i powieszony jeszcze w lipcu 1905 r. na stoku Cytadeli Warszawskiej.

Za czasów II RP, kiedy spora część elit politycznych wywodziła się z PPS, pamięć o Okrzei była żywa i podtrzymywana w rytuałach państwowych, ale do panteonu bohaterów narodowych wszedł już wcześniej, podczas rewolucji 1905 r. Po 1945 r. jego imieniem nazwano ulice w kilkudziesięciu miastach i statek; pamięć była upaństwowiona, bojowiec lewicy pepeesowskiej stawał się z wolna polskim męczennikiem poległym w walce o niepodległość.

Tegoroczne uroczystości przy Wileńskiej zaszczyciła pani burmistrz dzielnicy, zamontowano tablicę ku pamięci Okrzei, odbył się mały koncert praskiej kapeli, na koniec zabrzmiała słynna „Ballada o Okrzei”. Jedyną czerwoną flagę przytargał autor niniejszego felietonu i ochoczo nią machał.

Potem w pobliskim OffSide odbyła się pogadanka historyczna przygotowana przez warszawski Klub Dwie Lewe Ręce (twórców popularnego podcastu Marcina Giełzaka i Jakuba Dymka) oraz organizację młodych PPS. Inicjatorom i organizatorom za całokształt należą się słowa uznania. Niestety,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Cała Polska przeciw wojnie 

Nie raz, nie dwa lamentowałem na tutejszych łamach o militaryzmie, o nastrojach prowojennych, o szalonym wymiarze zbrojeń, zakupów sprzętu wojskowego. Byłem szczerze przekonany, że ta potworna wizja wojennej „przygody” naprawdę rozpala polskie głowy. Szermowałem moim hasłem antycznym: „Si vis pacem, para pacem” – bellum wyrzucając poza nawias. Czas zatem przyznać się do błędnej analizy. Moje mroczne obawy prysnęły jak bańka mydlana, kiedy przeczytałem omówienie sondażu IBRIS przygotowanego na zamówienie dziennika „Rzeczpospolita”, opracowane przez Marka Kozubala. Ankietowani mieli odpowiedzieć na pytanie: „Czy polscy żołnierze powinni wziąć udział w konflikcie na Bliskim Wschodzie, jeśli poprosi o to Donald Trump?”. Wynik badania jest jednoznaczny: „Polscy żołnierze nie powinni brać udziału w konflikcie na Bliskim Wschodzie, nawet wtedy, gdyby o to poprosiły Stany Zjednoczone. Tak uważa 84,7% badanych, przeciwne zdanie ma 11%, a 4,4% nie ma na ten temat wyrobionej opinii”. Zwolennicy rządu i opozycji podzielają to stanowisko na bardzo zbliżonym poziomie, odpowiednio – 89% i 92% 

Najbardziej zaangażowana grupa, która na główne pytanie odpowiada „tak”, to obywatele, którzy nie głosują, stoją z boku… 

To nie koniec zaskoczeń. I tak przeciwnicy wysłania Wojska Polskiego do Zatoki Perskiej to osoby, które w ostatnich wyborach parlamentarnych głosowały na Trzecią Drogę (100%) lub Nową Lewicę (97%), a w wyborach prezydenckich na Grzegorza Brauna, Szymona Hołownię lub Adriana Zandberga (po 100% wskazań na każdego kandydata). 

Kim zatem są „nowi polscy pacyfiści”? „Przeciwko wysłaniu wojska do Zatoki Perskiej są głównie kobiety (85%), trzydziestolatkowie (96%), mieszkańcy małych miast (94%), pobierający świadczenia 800+ na jedno dziecko (87%), respondenci z wykształceniem średnim (90%). Osoby te czerpią informacje na temat sytuacji na świecie głównie z drukowanych tygodników (92%), dzienników prasowych (87%), a spośród telewizyjnych programów informacyjnych z »Faktów« TVN lub TVP Info (po 87% wskazań)”, pisze Kozubal. 

Ppłk Marcin Faliński, były oficer Agencji Wywiadu, który służył m.in. na Bliskim Wschodzie, komentując poglądy zwolenników opozycji, zauważył, że „ci, którzy krzyczeli w Sejmie »Donald, Donald«, nie przekonują przecież Polaków, aby wysłać naszych żołnierzy w ten rejon świata, np. do baz znajdujących się w irackim Kurdystanie”. Kiedy pojawia się w pełnej krasie całkowity brak konsekwencji w głoszonych poglądach w połączeniu z innymi poglądami tych samych osób – wtedy już wiem, że jestem w naszym domu, Polsce. Brak wiedzy, nieumiejętność logicznego myślenia – to rozpoznawalna rysa polskiego rozpolitykowania powszechnego. Akurat niekonsekwencja w ślepym poparciu dla polityki USA i Izraela cieszy. Bliższa niezakrwawiona koszula ciału – resztki kontaktu z rzeczywistością napawają nadzieją. Ale w tym momencie zadałem sobie pytanie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Łapy precz od Kuby, globu i kosmosu!

Nigdy nie ukrywałem, że moją obsesją jest pokój światowy. Moja parafraza durnego antycznego mędrkowania brzmi od zawsze: „si vis pacem, para pacem”, jeśli chcesz pokoju, szykuj się do pokoju. W przeciwnym razie zawsze dążymy do wojen, masakr, zbrodni wojennych, ludobójstwa, ruiny świata, klęsk głodu, braku wody i hekatomby przyrody.

Dzisiaj to pogląd niszowy. Jak to się mogło stać 80 lat po zakończeniu tragedii II wojny światowej, z jej dziesiątkami milionów ofiar? Otóż nic samo się nie stało. To ludzie ludziom gotują ten los, bo mają w tym interes, bo kochają imperialną władzę, bo uważają innych za przeszkody, za zbędnych, niepotrzebnych, nieistotnych. Ci „ludzie” to garstka osób pełniących funkcje rządowe w tak naprawdę nielicznych państwach.

Przywódcą wojnoentuzjastów są w niekwestionowalny sposób USA. Zdziwienie? Na jakiej podstawie? Po zakończeniu wojny z Niemcami hitlerowskimi i z Japonią (ludobójstwo hiroszimskie i nagasackie) zaczyna się nieprzerwany amerykański pochód wojenny przez świat. Chiny 1945-1946, 1950-1953, 1999; Korea Północna 1950-1953, Gwatemala 1954, Indonezja 1958, Kuba 1961, Laos 1964-1973, Wietnam 1965-1973, Kambodża 1969-1973, Nikaragua 1980, Liban 1983-1984, Libia 1986, Iran 1987-1988, Irak 1991, Kuwejt 1991, Irak 1993, Somalia 1993, Bośnia i Hercegowina 1995, Irak 1996, Sudan 1998, Afganistan 1998, Irak 1998, Jugosławia/Serbia 1999, Afganistan 2001-2021, Jemen 2002, Irak 2003-2011, 2014; Pakistan 2004-2018, Somalia 2007, Syria 2014, Libia 2014, Jemen 2024-2025, Iran 2025, Somalia 2025, Syria 2025, Nigeria 2025, Wenezuela 2026, Iran 2026. No i bezsprzecznie Palestyna/Gaza 1948-2026. A po drodze dziesiątki wojskowych zamachów stanu (Chile 1973, Argentyna 1976) i wiele, wiele innych.

Jak można nie widzieć, że mamy do czynienia z udającą demokrację niszczycielską potęgą, funkcjonującą od dekad jako najbardziej śmiercionośna siła w globalnym wymiarze? W tym pejzażu Trump jawi się nie jako wybryk i eksces amerykańskiej polityki,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

OZE-sroze, Czarnek-Srarnek

Zaprzeczając samemu sobie, gdyż uważam, że lepiej, kiedy jest ciszej nad tą kreaturą, podzielę się jednak kilkoma uwagami na temat najnowszego, choć nienajmłodszego pomazańca Odchodzącego w Mgłę Zapomnienia Najważniejszego Prezesa w tym kraju, Jarosława Kaczyńskiego, który nie tyle z przytupem, ile z szurnięciem nóżki ogłosił „swojego” kandydata na premiera. Został nim twardogłowy, katolicko-prawicowy, faszyzujący trybun pseudoludowy z tytułem profesora zdobytym w kolesiowskim trybie, choć nie w Collegium Tumanum – Przemysław Czarnek, były wojewoda lubelski, oddany i wierny sługa PiS.

W ulubionych zoologizacjach temperamentów politycznych, gdzie ktoś jest np. jastrzębiem, Czarnek znajduje się poza skalą. Żadne zwierzę na świecie nie przejawia takich zachowań i postaw, jakimi epatuje ten najprawdziwszy z prawdziwych Polak katolik. Zwierzęta nie umieją tak nienawidzić, tak wykluczać, o braku szacunku nie wspominając. Zwierzęta są na szczęście ateistami.

Ale wracam do początku. Wszak premiera desygnuje zwycięskie w wyborach parlamentarnych ugrupowanie polityczne. Czy odbyły się właśnie jakieś wybory? Czy wygrali je Kaczyński et consortes? Nic mi o tym nie wiadomo. Na czym więc polega ów fenomen falstartu wykonanego spektakularnie przez Prezesa nad Prezesami, Śpiocha nad Śpiochami? Korzysta Prezes po prostu, nie, nie z nadchodzącej wiosny, raczej z gnijącej, jesiennej, schyłkowej aury dramatu sondażowego PiS i ze stadobaranich nawyków klasy medialnej, która rzuca się na każdy ochłap „nowego”.

Nic się nie dzieje? To zaraz się zadzieje. Macie tu Czarnka, zaraz będzie w każdej lodówce, w szafie, na antenie, na memowisku rzeczywistości. PiS tak chce „przejąć” faszyzującą się falę sympatii, która mknie ku Braunowi i konfederatom. Nie pierwszy to z cyklu pomysł,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Śmierć irańskich dziewczynek

Mówienie o potworności wojny, każdej wojny, i jej ofiarach „ubocznych”, czyli o większości realnych ofiar, niezaangażowanych w działania wojenne – nie ma dobrej prasy, nie ma dobrego czasu. Wzmożenie prowojenne już nie tylko niesie oswojenie się z możliwą pożogą, wchodzi bezszelestnie w nasz język, w słowa, ale też jakby niezauważalnie demontuje nam ludzkie, naturalne odruchy etyczne. Akceptacja scenariuszy wojennych (ponoć koniecznych i nieuniknionych) staje się akceptacją wydarzeń, zbrodni, przemocy, na które w innej, codziennej skali nie dajemy przyzwolenia. Żywo reagujemy na doniesienia np. o śmierci czy poranieniu dziecka w wypadku drogowym. Pojedyncze utonięcia zasługują na obecność w obiegu informacji. Ujawniane akty przemocy wobec dzieci w przestrzeni domowej wzbudzają wciąż żywe emocje, oburzenie i niezgodę.

I nagle, kiedy w taki pejzaż wkracza taka zbrodnia jak zbombardowanie (najpewniej przez USA, równie dobrze Izrael – bo tę wojnę wywołali i prowadzą ramię w ramię, bomba w bombę) irańskiej szkoły, gdzie uczyły się dziewczynki, a liczba ofiar sięgnęła 150 osób – zapada cisza, wzrok odwraca się gdzie indziej, usta milczą, zwykły odruch i zareagowanie rozpływają się w ciszy i milczeniu. W polskiej przestrzeni komentariackiej pojawiły się nawet głosy, „że tak już jest na wojnie”.

Język amerykańskich przywódców dawno przekroczył wszystkie etyczne i racjonalne granice. Trump mówi, że miał intuicję, że Iran go „oszukuje”, i wojna jest jedyną możliwą reakcją. Sekretarz obrony (chociaż ichnie Ministerstwo Obrony zostało przemianowane dziwnie trafnie na Ministerstwo Wojny) Pete Hegseth chwalił się, że

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Śmierć psa jest polityczna

Niemal nigdy nie przywołuję swoich okazjonalnych wpisów czy komentarzy w mediach społecznościowych, żyją innym życiem, jeśli to w ogóle jest życie. Ale tym razem było inaczej, moja krótka notka niosła się jak wezbrany wiosną górski potok. W krótkim czasie prawie 1 tys. reakcji, mnóstwo komentarzy. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie podobnej dynamiki, kiedy poruszę temat „ważny”.

Ten felieton będzie zatem bardzo osobisty, musi taki być, dlaczego miałby udawać coś innego? W ubiegłym tygodniu wrzuciłem wraz z kilkoma fotkami krótki wpis: „Zaginiona Lomi, ukochana charcica mojej córki R. i wnuczek I. i W., została właśnie znaleziona – martwa, 200 m od domu. Została zabita przez mistrza kierownicy, który musiał potwornie pędzić, tak że psa wraz z płotem wyrzucił 6 m od pobocza. I ja Lomi kochałem, mieszkała ze mną prawie cały grudzień. Była mądra, opiekuńcza, szybka i piękna. We wcześniejszym życiu przeszła inne ludzkie piekło, wykorzystywano ją do kłusowania, kiedy złamała nogę, została cudem odratowana i uzdrowiona. Wielki żal i smutek. Płaczemy”.

Historia, jakich na polskich drogach tysiące. Obok tych, które ostatnio obiegły Polskę, choćby za przyczyną celebryckiego zainteresowania Dody, a które ujawniają potworność procederu przetrzymywania i zarabiania kroci na bezdomnych, sponiewieranych psach. Z jakim oporem pojawiają się w polskim prawie przepisy rozszerzające reguły dobrego traktowania zwierząt. O myśliwych w tym tekście zmilczę. Ustawa łańcuchowa, zakazująca przetrzymywania psów na łańcuchach lub ograniczająca tę możliwość, przeszła przez Sejm, ale została zawetowana przez prezydenta, który nie bez racji zauważył w uzasadnieniu, że „choć intencja wzmocnienia ochrony zwierząt jest słuszna i szlachetna, to – jego zdaniem – przepisy były źle przygotowane, a proponowane w ustawie normy dotyczące kojców całkowicie nierealne do spełnienia”.

Kojec, czyli klatka, potrafi być jeszcze bardziej opresyjną formą nękania zwierząt. Jak często w podobnych kwestiach, zderzają się ze sobą argumenty marne i warte odnotowania, emocjonalne i dziwaczne. Oddzielanie domowego zwierzęcia od świata, od kontaktu z innymi zwierzętami, z ludźmi, musi nieść zarówno cierpienie, jak i – w konsekwencji – trudności adaptacyjne. Żyjemy wciąż w okrutnym biblijnym paradygmacie bezdyskusyjnej ludzkiej dominacji, gdzie zwierzęta, w tym te jakże bliskie nam „pieski”,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Wojny zwane ambicjami

Przywykamy. Przyzwyczajamy się. Przestajemy się dziwić. Nie w głowie nam głos protestu. Tak już jest, bo tak było, tak musi być. Wojna rodzi się z zagłady słów, potem giną ludzie. Metafora słonia w pokoju nie wyczerpuje już paradoksu oswojenia się z wojennym językiem, wojną jako nieuniknioną koniecznością, jedyną dopuszczalną, akceptowalną i wyczekiwaną metodą rozwiązywania wcześniej wywołanych „konfliktów” albo po prostu poszerzania pola władzy, dominacji i imperializmu. Technika wojenna i opowieść o jej wykwitach wypiera opisy technologii, które życie ułatwiają, umożliwiają i ocalają. Wojna rozgaszcza się w naszych głowach, kwitnie w słowach, promienieje w brawach tłumów. Niepostrzeżenie staje się marzeniem. Marzeniem tych, którzy na niej wyjdą najgorzej, którzy będą cierpieć, ginąć, których domy zostaną zburzone, a życie naznaczone na zawsze. W opowieściach o II wojnie światowej, czy też Wojnie Światowej XX w., dominowało przekonanie, że to wojna przemysłowa, że zabijanie było przemysłowe, że Zagłada była zorganizowana na modłę taśmy w fabryce wytwarzającej masową śmierć.

Dzisiaj wszechpanujący imperialistyczny kapitalizm, który nie zatrzyma się przed wywołaniem, prowadzeniem wojny i zarabianiem na przemocy, narzucił nam swój nowy język, który jak zawsze jest kamuflażem, ukryciem pod słowami i pojęciami innych znaczeń. Wojna jawi się jako coś, co przypominać ma raczej pewien projekt biznesowy. To nie pożoga, zniszczenie, śmierć, głód – to operacja. Komandosi to operatorzy. Ginący ludzie to cele do wyeliminowania, nigdy ludzie. Media siejące i kulminujące klimat koniecznej do zaakceptowania i oswojenia grozy to wszechobecna operacja PR-owa, częściowo świadomie wygenerowana, niekiedy, wcale nie tak rzadko, samoistnie się wzbudzająca.

Stary Orwell ze swoimi przestrogami i

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Cała przyszłość w ręce rad

Przyszłość to nie tylko wielki temat, to nasze i kolejnych pokoleń życie. Przesunięcie zainteresowania w stronę przyszłości w kraju, w którym polityczne wybory i debaty oraz inżynieria społeczna są od dekad zdominowane przez trumny, historie wojen, przegranych powstań i daremnych trudów, należałoby generalnie oceniać pozytywnie. Sęk w tym, że użycie tego pojęcia przez konkretne gremium czy graczy nic jeszcze nie oznacza – albo wręcz przeciwnie, rzekome pochylenie się nad takim enigmatem pozwala ukryć, zakamuflować konkretną wizję i organizację owej przyszłości, która nadejdzie niechybnie i niezależnie. To punkt wyjścia do próby ustosunkowania się do inicjatywy rządu czy też premiera Tuska dotyczącej powołania Rady Przyszłości.

Czym ona będzie? „Ciałem doradczym Prezesa Rady Ministrów, przygotowującym rekomendacje działań i rozwiązań wspierających dalszy rozwój Polski. Jednym z jej zadań będzie identyfikacja nowych silników wzrostu, opartych na innowacjach, kapitale ludzkim i własności intelektualnej. Skoncentruje się na skracaniu drogi od badań do produktu oraz na komercjalizacji i skalowaniu technologii w Polsce”. Premier zachwalał ideę i kształt rady oraz osoby (arbitralnie) powołane w jej skład: „To ludzie bardzo zajęci, którzy nie narzekają na brak sukcesów w nauce, w biznesie, w kreowaniu zupełnie nowej rzeczywistości. To są ludzie, którzy zdobywali też dla Polski kosmos, którzy potrafią produkować najbardziej cenione w tej chwili satelity”.

Wydawałoby się, że powstanie takiego gremium poprzedzać winna jakaś forma diagnozy stanu zastanego, potem dopiero można budować scenariusze zmian czy „rozwoju”. Niestety, już na tym poziomie dostajemy nawet nie namiastkę realnej opowieści o punkcie wyjścia, gdy czytamy: „Żyjemy w jednym z najlepszych miejsc na Ziemi i to przede wszystkim dzięki aktywności, kreatywności, pracowitości ludzi. Ale wiadomo, że szczęście jest potrzebne, jeśli chce się osiągać sukcesy, i szczęście sprzyja lepszym”. Do tego dorzuca kilka

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Roman Kurkiewicz

Od hegemonii do patostreamingu

Od wejścia Trumpa do realnej polityki trwa nieprzerwanie telenowela, w której USA mogą się przejrzeć, zobaczyć agonię swojej hegemonii jako farsę. Zarówno dla milionów Amerykanów i Amerykanek, jak i choćby dla Europy emitowany dzień po dniu real-sitcom z Donaldem Trumpem w roli najgłówniejszej z głównych musi być jak koszmarny sen. Funkcjonowanie Trumpa jest zaiste pozaintelektualnym stand-upem o wulgarności władzy absolutnej, o jej grafomańskim przesłaniu, o czymś, co można by nazwać uświęconym kretynizmem. Dla tych, którzy z racji swoich interesów wciąż próbują nas przekonać, że mamy do czynienia z demokratycznie wybranym prezydentem mocarstwa jądrowego i militarnego, więc po prostu należy się dostosować i grać według jego nut, ważna jest „autentyczność” samej postaci Trumpa. Cóż, Trump jest sobą i wyłącznie sobą, na tym polega całe nieszczęście tej persony. Kiedy zderzamy się z ogromem infantylizmu i groteskowości tego przedstawienia jednego aktora, musimy się przyznać do czegoś w rodzaju porażki, nasza wyobraźnia nie pomieściła takiej figury na politycznej szachownicy świata. Kiedyś rozmawiałem ze swoimi studentami o fenomenie polskiego patostreamera i zapytałem ich, o co chodzi, skąd jego sława przekładająca się na gigantyczne zarobki. Usłyszałem, że sławę zdobył, rozpalając ognisko w swoim mieszkaniu. A dalej poszło samo.

Sława goni sławę i sławą pogania. Kiedy słucham tłumaczeń i prób racjonalizowania aktywności Trumpa,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.