W serii politycznych paroksyzmów, w przerwie wyciskania z Pudzianem na klatę 150 kg, Nawrocki Karol ogłosił powołanie Rady Nowej Konstytucji. Zaprosił do niej takie gwiazdy prawodawstwa i konstytucjonalizmu jak Julia Przyłębska, Marek Jurek, Józef Zych czy Ryszard Legutko. Na osłodę pisowskiego rdzenia konstytucyjnego (a raczej antykonstytucyjnego) skaptował konstytucjonalistę prof. Ryszarda Piotrowskiego i sędzię w stanie spoczynku, byłą minister sprawiedliwości Barbarę Piwnik. Rzecz jednak nie w personaliach, choć w nich także, bo jak taką grupę z pełną powagą nazwać „pluralistyczną”?
Oto dobra okazja do czegoś więcej niż drwiny z Nawrockiego czy demaskowanie próby przykrycia afery Zondacrypto i roli prezydenta w wetowaniu ustaw chroniących kryptowaluciarzy. W końcu to łagodna próba odwrócenia naszej uwagi – w podobnej sytuacji (afera Epsteina) Donald Trump atakuje Iran, pozwala Izraelowi na masakrę w Libanie i agonię humanitarną w zrujnowanej Gazie. Nawrocki chce „tylko” nowej konstytucji. Dlaczego i po cóż? Wykładnia oficjalna, podpięta oczywiście pod rocznicę Konstytucji 3 maja, brzmi drętwo: „Mam przekonanie, że dzisiejsze problemy w Rzeczpospolitej to nie są już problemy tylko polityczne, to są problemy ustrojowe, fundamentalne, zasadnicze. Powiedzmy sobie szczerze, że żyjemy dzisiaj w momencie, w którym konflikt polityczny poszedł za daleko; niszczy wspólnotę, niszczy rodziny, przekracza wszelkie możliwe granice. Poszedł za daleko, bo niszczy ustrój i fundamenty państwa polskiego”. Mówi to przedstawiciel środowiska politycznego, które pracowicie, od 2010 r. i katastrofy smoleńskiej, do takiego efektu starało się doprowadzić.
W największym skrócie: tęsknota za nową konstytucją to sposób na wyrażenie głodu większej władzy, której obecna konstytucja nie tylko prezydentowi nie gwarantuje, ale wręcz przed jej przyznaniem broni. Więcej władzy dla prezydenta to więcej władzy dla skrajnej prawicy. Sama Polska jest tu całkowicie








