Sąd nad stanem wojennym

Sąd nad stanem wojennym

Słuszna decyzja warszawskiego sądu okręgowego o zwrocie aktu oskarżenia przeciw gen. Jaruzelskiemu i innym oskarżycielowi, czyli katowickiemu oddziałowi IPN, w celu uzupełnienia śledztwa wywołała całą masę komentarzy. Komentarzy z reguły krytycznych, często pełnych oburzenia. Głos zabierali politycy, wysocy urzędnicy państwowi, historycy i publicyści.
Głosy te najczęściej ujawniały żarliwy antykomunizm, należący dziś zarówno w PiS, jak i niestety w Platformie do reguł poprawności politycznej. Warto na marginesie odnotować, że najżarliwszymi antykomunistami są dziś albo ludzie zupełnie młodzi, którzy przed 1989 r. chodzili do przedszkola i niewiele z PRL pamiętają, albo tacy, którzy znaczną część swego żywota spędzili w PRL, ale jakoś z komuną wówczas nie walczyli i ich antykomunistyczny żar ujawnił się dopiero po 1989 r., kiedy było to bezpieczne. Mniejsza z tym.
Większość komentarzy obok wspomnianego antykomunizmu ich autorów ujawniła także ich ubóstwo intelektualne i żałośnie niską kulturę polityczną. Wysoki urzędnik państwowy publicznie krytykujący postanowienie sądu, czyniący to w dodatku w sposób obraźliwy, w większości krajów demokratycznych musiałby się pożegnać ze stanowiskiem. U nas nie. Dlatego prezes IPN Kurtyka może bezkarnie pluć na niezawisły sąd, orzekający w „imieniu Rzeczypospolitej”, której on, Kurtyka, jest funkcjonariuszem. To, że sumienie Platformy, poseł Gowin, nie rozróżnia rygorów sądowego i historycznego dochodzenia do prawdy, wiadomo od dawna. Dawał temu już nieraz publicznie wyraz. Dał i teraz. Wyszukany dowcip historyka, specjalisty od interpretacji kwitów ubeckich, prof. Paczkowskiego, który teraz dowcipnie ironizował, że szkoda, iż sąd nie nakazał wywołać i przesłuchać ducha Rae-gana, też w świetle wcześniejszych jego publicznych wypowiedzi nie zaskakuje.
Wielu komentatorów, wśród nich niestety Władysław Frasyniuk, rozumowało tak: „sąd powinien przeprowadzić proces i ustalić, czy wprowadzenie stanu wojennego było zgodne z konstytucją, czy zostały złamane swobody obywatelskie i czy złamano normy prawne”.
Rzecz nie w tym. Załóżmy nawet, że stan wojenny był niezgodny z konstytucją, ewidentnie łamał swobody obywatelskie, przy jego realizacji wielokrotnie łamano rozmaite normy prawne, a liczni funkcjonariusze państwowi wielokrotnie przekraczali swe uprawnienia i popełniali rozliczne przestępstwa, kwalifikowane dziś i ścigane jako „zbrodnie komunistyczne”.
To wydaje się bezsporne i żaden wyrok sądowy nie musi tego potwierdzać. Sąd, a już szczególnie sąd karny, nie jest od ustalania prawd historycznych. Sąd karny jest od ustalania odpowiedzialności, i to wyłącznie odpowiedzialności karnej (nie politycznej, moralnej czy jakiejkolwiek innej), konkretnych osób i w razie stwierdzenia winy od wymierzenia sprawiedliwej kary.
Badanie odpowiedzialności karnej przez sąd podlega rozmaitym rygorom, zwanym zasadami procesowymi. Wśród tych licznych zasad są i takie, szczególnie tu ważne, jak zasada domniemania niewinności oraz zasada in dubio pro reo, mówiąca, że wszystkie niedające się usunąć wątpliwości rozstrzyga się na korzyść oskarżonego.
Gen. Jaruzelski wielokrotnie publicznie mówił i pisał, że stan wojenny był złem, ale świadomie przez niego wybranym złem mniejszym. Gdyby go nie wprowadził, Polskę czekała sowiecka interwencja zbrojna. Krótko mówiąc, działał w stanie wyższej konieczności. Ta zaś uchyla przestępność działania.
W tej sytuacji, aby gen. Jaruzelski mógł ponieść odpowiedzialność karną za wprowadzenie stanu wojennego, trzeba by wykazać, że nie działał on w stanie wyższej konieczności, po pierwsze zatem, Polsce nie groziła interwencja sowiecka, po drugie, wiedział on, że taka interwencja Polsce nie grozi.
Gdy na początku lat 90. rozważano możliwość postawienia gen. Jaruzelskiego za wprowadzenie stanu wojennego przed Trybunałem Stanu, sejmowa Komisja Odpowiedzialności Konstytucyjnej, pełniąca funkcję swoistej prokuratury w takich postępowaniach, po przeprowadzeniu postępowania dowodowego umorzyła sprawę, nie kierując jej do trybunału, uznała bowiem, że nie ma dowodów pozwalających na wykluczenie wersji Generała o stanie wyższej konieczności. Jeśli wykluczyć tej wersji nie można, to mamy tu do czynienia ze wspomnianą „niedającą się usunąć wątpliwością”, którą cywilizowane prawo każe rozstrzygać na korzyść oskarżonego.
Rozumowanie warszawskiego sądu okręgowego było jak najbardziej poprawne. Jeśli pion śledczy IPN chce oskarżać gen. Jaruzelskiego (i pozostałych oskarżonych), to musi wykazać, że nie działał on – jak twierdzi, broniąc się – w stanie wyższej konieczności. To oskarżenie zatem, bo na nim spoczywa ciężar dowodu, musi wykazać, że w grudniu 1981 r. Polsce nie groziła interwencja sowiecka i że gen. Jaruzelski o tym wiedział. Dlatego żądanie przesłuchania na te okoliczności Gorbaczowa, Haiga, Schmidta czy Thatcher są jak najbardziej uzasadnione. Bez informacji od ówczesnych przywódców politycznych najważniejszych państw mających informacje bądź z pierwszej ręki (jak Gorbaczow) czy od swoich służb wywiadowczych (jak cała reszta), bez informacji z archiwów rosyjskich lub chociażby CIA nie da się ustalić, czy sowiecka interwencja rzeczywiście Polsce groziła, na ile była realna i czy stan wojenny jej zapobiegł.
Jeśli sprawę tę ma rozstrzygnąć sąd, to takie dowody muszą być przeprowadzone, choć na pierwszy rzut oka może się to komuś wydać absurdalne.
W całej sprawie absurdalne jest co innego.
O celowość wprowadzenia stanu wojennego historycy będą się zapewne spierać tak długo, jak długo istnieć będzie polska historiografia. Tak jak będą się spierać o celowość powstania warszawskiego i setki innych wywołujących spory wydarzeń historycznych.
Gdyby komuś wpadł do głowy pomysł, aby przy pomocy sądu karnego ostatecznie rozstrzygnąć, czy powstanie warszawskie było błędem (dobry mi błąd skutkujący tysiącami poległych i całkowitym zniszczeniem miasta!), czy nie, wystarczyłoby oskarżyć gen. Bora-Komorowskiego np. o przekroczenie uprawnień. Wyjaśnienie tej sprawy w wyroku przez sąd (działający w składzie jeden sędzia i dwóch ławników) po uprawomocnieniu rozstrzygnęłoby raz na zawsze spór historyków, który bez tego toczyć się będzie w nieskończoność. Idiotyczny pomysł? Tak, idiotyczny. Tak samo idiotyczny jak oskarżenie przez IPN gen. Jaruzelskiego o wprowadzenie stanu wojennego.
To naprawdę materia dla historyków, nie dla sądu. Sąd do rozstrzygania sporów historycznych się nie nadaje. Trudno to zrozumieć w kraju, gdzie zapanowała filozofia IPN, w której to instytucji role historyka i prokuratora zostały doskonale pomieszane. Gdzie historyk czuje się prokuratorem, ba, sędzią nawet, a prokurator historykiem.

Wydanie: 22/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy