Wpisy od Jan Widacki
Po wakacjach
Zwykle sierpień nazywano sezonem ogórkowym. Główni aktorzy życia publicznego przebywali na wakacjach i tak dalece nic godnego uwagi się nie działo, że dziennikarze na siłę szukali jakichś newsów i sensacji. Tak bywało, ale od dawna już nie jest. Niby urlopy, niby Sejm nie pracuje, ale w kraju polityczna zupa pod pokrywką wrze i tylko czekać, kiedy wykipi.
Zaczęła się afera Zondakrypto. Jak się skończy? Zapowiada się trzęsienie ziemi. Na razie aresztowano prezesa PKOl Radosława Piesiewicza. Przyjaciela pisowskich elit. Prezes spółki Przemysław Kral, który przejął ją po zaginionym bez wieści Sylwestrze Suszku, nazywanym „królem kryptowalut”, chce sypać. Wiadomo powszechnie, że Zondakrypto finansowało nie tylko PKOl, ale też fundacje związane z politykami PiS, i to gdy Sejm pracował nad ustawą, która miała wprowadzić kontrolę kryptowalut. Ustawą, którą Nawrocki wetował. Czy śledztwo potwierdzi, że i kampania prezydencka była finansowana z tego źródła?
Czy istotnie do trzęsienia ziemi dojdzie, nie jestem pewien, na razie doszło tylko do trzęsienia portek – wielu polityków PiS, od Kaczyńskiego i Morawieckiego począwszy, próbuje od rynku kryptowalut się zdystansować. Kaczyński twierdzi, że zawsze był przeciw, Morawiecki – że wielokrotnie przed Zondakrypto i w ogóle przed kryptowalutami ostrzegał. Nie bardzo wiadomo kogo. W każdym razie nieskutecznie, i to nawet w przypadku partyjnych kolegów.
Nie bardzo wierzę w skuteczność prokuratury, która bardziej studiuje sondaże poparcia poszczególnych partii i analizuje, kto wygra najbliższe wybory, niż zbiera i analizuje materiał dowodowy w sprawie, w którą umoczeni są politycy. Szczególnie politycy, którzy za rok mogą
Internet a demokracja
Dawniej mówiono, że celem polityki jest praca na rzecz dobra wspólnego. Wydawało się to proste, dopóki nie zaczęto dociekać, co jest „dobrem wspólnym”, kto je definiuje, która droga do tego dobra wspólnego jest najlepsza, kto ją wybiera i na koniec realizuje.
W demokracji teoretycznie na te wszystkie pytania odpowiadają wyborcy, oddając głosy na tych, którzy ich zdaniem najlepiej to dobro wspólne definiują oraz najlepiej dobierają drogi i metody dochodzenia do tego dobra. Aby wygrać demokratyczne wybory, trzeba było mieć dobry program i umieć wyborców do tego programu przekonać. Uczciwie albo mniej uczciwie, posługując się czasem kłamstwem, czasem tylko demagogią i populizmem. Narzędziem tego przekonywania były media. Dawne wiece zastąpiły gazety, później pojawiło się radio, na koniec telewizja. Ta ostatnia przez kilkadziesiąt lat była najbardziej wpływowym medium.
To media, a ściślej politycy za pośrednictwem mediów komunikowali się z późniejszymi wyborcami. Pośrednikiem między politykiem a wyborcą był dziennikarz. Ważnym pośrednikiem. Tak ważnym, że media nazwano nawet czwartą władzą. To głównie od mediów zależało,
Internet a demokracja
Dawniej mówiono, że celem polityki jest praca na rzecz dobra wspólnego. Wydawało się to proste, dopóki nie zaczęto dociekać, co jest „dobrem wspólnym”, kto je definiuje, która droga do tego dobra wspólnego jest najlepsza, kto ją wybiera i na koniec realizuje.
W demokracji teoretycznie na te wszystkie pytania odpowiadają wyborcy, oddając głosy na tych, którzy ich zdaniem najlepiej to dobro wspólne definiują oraz najlepiej dobierają drogi i metody dochodzenia do tego dobra. Aby wygrać demokratyczne wybory, trzeba było mieć dobry program i umieć wyborców do tego programu przekonać. Uczciwie albo mniej uczciwie, posługując się czasem kłamstwem, czasem tylko demagogią i populizmem. Narzędziem tego przekonywania były media. Dawne wiece zastąpiły gazety, później pojawiło się radio, na koniec telewizja. Ta ostatnia przez kilkadziesiąt lat była najbardziej wpływowym medium.
To media, a ściślej politycy za pośrednictwem mediów komunikowali się z późniejszymi wyborcami. Pośrednikiem między politykiem a wyborcą był dziennikarz. Ważnym pośrednikiem. Tak ważnym, że media nazwano nawet czwartą władzą. To głównie od mediów zależało, które treści wypowiadane przez polityków trafiają do wyborców i z jakim dziennikarskim komentarzem. Stąd każda władza, podobnie jak każda opozycja, chciała mieć wpływ na media, a najlepiej mieć swoje media. W tych warunkach zrodziła się idea mediów publicznych, niezależnych od włądzy. Z realizacją tej idei w różnych państwach, w tym w Polsce, bywało różnie. Do tego doszły media, w tym telewizje komercyjne. Ich właściciele i redakcje miały swoje polityczne sympatie i antypatie oraz swoje interesy, które czasem kazały im podejmować jakieś gry lub wchodzić w układy z siłami politycznymi. Generalnie pluralizm mediów dobrze służył demokracji.
W ostatnich dekadach pojawiło się medium nowe, dotąd nieznane, które nie tylko przewróciło do góry nogami medialny porządek, ale pośrednio zachwiało całym systemem politycznym. Tym medium jest internet. Obraz świata, w tym polityki, także poglądy polityczne, kształtują
Duet Mitera i Żurek
Przypadkiem natrafiłem na Facebooku na rolkę, na której minister sprawiedliwości – prokurator generalny Waldemar Żurek demonstrował dane dotyczące przestępczości drogowej. Pokazywał liczby zabitych przez pijanych kierowców i straszył wysokimi karami. Przekonywał, że prokuratura i wymiar sprawiedliwości pod rządami obecnej koalicji rozprawią się z przestępcami drogowymi. Sens wypowiedzi ministra Żurka współgrał z demagogicznym i emocjonalnym uzasadnieniem wyroku w sprawie Łukasza Żaka, jakie wygłosił arcypisowski sędzia Mitera.
Jestem przekonany, że to uzasadnienie sędziego Mitery, pokazywane przez wszystkie telewizje, spodobało się wielu ludziom. Na tym przecież polega demagogia. Nie wiem tylko, dlaczego minister postanowił przelicytować sędziego. Czy chodziło o to, by pokazać, że nie tylko pisowcy, ale „my też ostro zwalczamy bandytów drogowych”? Minister pokazał liczby wypadków drogowych, w tym ze skutkiem śmiertelnym, liczby osób, które zginęły w wypadkach spowodowanych przez pijanych kierowców. To wszystko prawda, ale niecała.
Trzeba pamiętać, że liczba pojazdów mechanicznych na polskich drogach rośnie lawinowo, tylko w ostatnim 10-leciu wzrosła o 12%. Do tego dodajmy jeżdżące po naszych drogach samochody z obcą rejestracją, a tych jest rocznie z samych tylko Rosji, Białorusi i Ukrainy ponad 3 mln. Liczba samochodów z krajów UE, które jeździły w Polsce, jest nieznana. Rośnie więc liczba pojazdów, a liczba wypadków drogowych na szczęście maleje. W ostatnim 10-leciu zmalała aż o 40%! Maleje też liczba wypadków ze skutkiem śmiertelnym. W stosunku do 2016 r. zmalała o 45%. W 2025 r. było ich 1660, w 2016 r. aż 3026. W 2025 r. liczba wypadków była o 3% mniejsza niż w 2024.
Liczba wypadków ze skutkiem śmiertelnym była aż o 14% mniejsza niż w roku poprzednim. Wedle statystyk policyjnych w 2025 r. uczestnicy ruchu pod wpływem alkoholu spowodowali 1358 wypadków (6,5%), w których zginęło 170 osób (10,2%). W tej liczbie mieszczą się pijani rowerzyści,
Obyś był po polskich sądach ciągany!
Jak zapewniał mnie przyjaciel, polski Białorusin, tytułowe zdanie było przez Białorusinów przed wojną, a nawet później uważane za jedno z najcięższych przekleństw. Może dla prostych Białorusinów, w dodatku nieznających języka polskiego, proces przed polskim sądem był koszmarem, z którego niewiele rozumieli, i w konsekwencji, nie umiejąc skutecznie bronić swoich racji, przegrywali?
Od kilkudziesięciu lat występuję jako adwokat przed sądami i czasem myślę, choć myśl tę odganiam od siebie jak umiem, że kto wie, czy ci prości ludzie nie mieli czasem racji. Te swoje rozważania zamierzam nawet kiedyś opisać, mam już nawet tytuł książki: „Proszę wiać! Sąd idzie!”. Taki będzie! Jeśli tę książkę kiedyś napiszę, to na pewno nie wcześniej niż po zakończeniu praktyki adwokackiej. Ale i wtedy nie będzie to bezpieczne. Synowa wykonuje zawód adwokata, a jej przejścia na emeryturę nie doczekam. Co gorsza, mój wnuk, dziś w klasie maturalnej, zapowiedział niedawno, że wybiera się na prawo. W trosce o prawnicze kariery młodszych pokoleń rodziny chyba nigdy nie napiszę tej książki. „Napisz pod pseudonimem”, zachęca mnie jeden z przyjaciół. Jeszcze pomyślę.
Dlaczego przed polskim sądem trzeba wiać? Nie chodzi o to, by wiać w sensie dosłownym, np. za granicę, jak eksminister sprawiedliwości i eksprokurator generalny, niedawno jeszcze udający w Polsce szeryfa. Chodzi o to, by od sądu trzymać się z daleka. Jeśli coś da się załatwić bez sądu, trzeba uczynić wszystko, aby tak to zrobić. W sprawach cywilnych, nawet tych wydawałoby się najprostszych, na prawomocny wyrok trzeba czekać kilka lat, a jak już ktoś cierpliwie doczeka, często będzie miał wyrok prawomocny, tyle że nieegzekwowalny. Gdyby sąd działał, jak należy, a później jak należy działał komornik, nie byłyby potrzebne firmy windykacyjne, często działające na granicy prawa. Nikt też do egzekucji długu nie angażowałby gangsterów.
W sprawach karnych jest jeszcze gorzej. Wedle różnych badań pomyłki sądowe (jak ta, której ofiarą padł Komenda i niewinnie przesiedział w kryminale niemal 20 lat!) zdarzają się częściej, niż mogłoby się wydawać. Doświadczeni adwokaci broniący w sprawach karnych uważają,
Prawda zamaskowana w Radrużu
W rocznicę rzezi wołyńskiej pan prezydent pofatygował się do Radruża. Wygłosił tam, a ściślej swoim zwyczajem wykrzyczał, przemówienie. Poświęcone było w całości bestialstwu UPA mordującej polskich mieszkańców Wołynia i Kresów Południowo-Wschodnich II Rzeczypospolitej, w tym Radruża, dziś znajdującego się na terytorium Polski, tuż przy granicy z Ukrainą. Bestialstwo UPA prezydent opisywał plastycznie: „Mordowali brutalnie, barbarzyńsko, każąc córkom patrzeć, jak ginie matka, synom, jak ginie ojciec. Matce, jak ginie córka; wciąż używali gospodarskich narzędzi do tego, aby zabijać”. Na koniec powtórzył myśl Józefa Szujskiego, a może sam do tego doszedł, że „historia jest jedyną wiedzą, którą wnosimy do budowania naszej przyszłości. A powtórzę jeszcze raz, fałszywa historia tworzy fałszywą politykę”.
Otóż to. Tu z prezydentem należy się zgodzić. Fałszywa historia tworzy fałszywą politykę. No to zacznijmy od prawdziwej historii wsi Radruż. Ta leżąca w gminie Horyniec-Zdrój, przy samej ukraińskiej granicy wieś, a ściślej wieś przedzielona granicą, bo po stronie polskiej została tylko jej część, za to z cerkwią św. Paraskewy, znana jest miłośnikom historii i zabytków głównie dzięki cerkwi.
Drewniana, otoczona murem obronnym świątynia z XVI w. należy do najpiękniejszych i najlepiej zachowanych drewnianych cerkwi na ziemiach polskich. Szeroka publiczność miała szansę zobaczyć ją w serialu Netfliksa „1670”. To w jej wnętrzu odbywały się obrady sejmiku
Polityka pokrzykiwania i afrontów
Nadanie przez prezydenta Zełenskiego oddziałowi armii ukraińskiej imienia Bohaterów UPA wywołało w Polsce histerię i nieprzemyślane, emocjonalne reakcje. Decyzja prezydenta Nawrockiego o odebraniu prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego, nagłośniona zresztą na długo przed jej podjęciem, była niespotykanym w dziejach III Rzeczypospolitej afrontem wyrządzonym głowie obcego państwa, w dodatku państwa sojuszniczego i toczącego dramatyczną wojnę obronną. Akt ten, świadczący o kompletnym braku wyobraźni zarówno samego prezydenta, jak i jego otoczenia, spowodował, że wszyscy byli prezydenci Ukrainy zgodnie odesłali swoje Orły Białe. Zrobili to solidarnie, choć wywodzą się z różnych obozów politycznych, bo uznali, że ten afront wyrządzony obecnej głowie państwa jest afrontem wyrządzonym całemu narodowi. W ślad za nimi polskie odznaczenia oddali ukraińscy dyplomaci, w tym osoby szczerze zaangażowane w budowanie dobrych stosunków polsko-ukraińskich.
Ten afront sporo będzie nas kosztował w przyszłości. W stanie stosunków polsko-ukraińskich cofnęliśmy się do punktu wyjścia. A nawet dalej. Bo w punkcie wyjścia był fakt, że Polska jako pierwsza uznała niepodległość Ukrainy. Co osiągnięto? Czy nazwa ukraińskiego oddziału została zmieniona? No nie. Co więcej, Ukraina zapowiedziała, że tworzyć będzie oficjalny Panteon Narodowy i nikt jej nie będzie dyktował, kto ma w nim się znaleźć. Czy zatem nie należało reagować na ten ostatni akt gloryfikacji UPA na Ukrainie? Należało. Ale to nadanie imienia Bohaterów UPA nie było jakimś odosobnionym i niespodziewanym aktem. Wiadomo, że na stosunkach polsko-ukraińskich ciąży zbrodnia ludobójstwa popełnionego przez UPA na polskiej ludności Wołynia, ale także w dawnej Galicji Wschodniej czy, jak kto woli, na Kresach Południowo-Wschodnich. Wiadomo też było od samego początku, że jakoś ten problem trzeba załatwić. Jakoś się z nim uporać. I było wiadomo, że proces ten wymagałby taktu i cierpliwości z obydwu stron. Nie przeciwskutecznych dramatycznych gestów,
Nasza delikatność
Można na powitanie kanclerza Niemiec odśpiewać „Rotę”, a zwrotkę „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” nawet w przekładzie niemieckim. Można w Nowym Targu przywitać delegację z partnerskiego miasta słowackiego, np. Kieżmarku, wykonując widniejący do niedawna na stronie internetowej starostwa „Hymn Podhala” ze zwrotką „Nie damy Popradowej fali, Spisza z Orawą, z praojców sławą”, a nawet postraszyć gości dalszą zwrotką: „W Dunaju Chrobry bił granice, pójdziem na znoje, po ziemie swoje”. Można wreszcie, witając prezydenta Ukrainy, wręczyć mu książkę o zbrodniach ukraińskich na Wołyniu. Pewnie, że można. Byłby to afront? No chyba nie ma wątpliwości, że by był. Ale co, oprócz zademonstrowania chamstwa i wyrządzenia afrontu, można w ten sposób osiągnąć? Gdyby to miało prowadzić do jakiegoś pożytecznego celu, można by przeboleć nawet chamstwo. Jaki byłby jednak cel takiego afrontu? Co pożytecznego miałoby z niego wyniknąć? Sama przyjemność, że można go wyrządzić? Przełamanie kompleksu i pokazanie, że z nikim i z niczym się nie liczymy i stać nas na takie kabotyńskie gesty?
Gdy mam do załatwienia coś z sąsiadem, to nie idę do niego i nie rozpoczynam konwersacji od stwierdzenia: twoja prababka była k… a pradziadek złodziejem, choćbym informacje o prababce i pradziadku sąsiada posiadał z najbardziej wiarygodnego źródła. Nawet gdyby ofiarą tej strasznej pary pradziadków sąsiada padł w młodości, przed blisko stuleciem, mój pradziadek.
Polityka to – jak wyjaśnia słownik języka polskiego – „zręczne i układne działanie podjęte w celu osiągnięcia określonych zamierzeń”. Co zatem sądzić o „polityce”, która posługuje się takimi afrontami? Nie jest to ani zręczne, ani układne, na ogół też nie prowadzi do osiągnięcia określonych zamierzeń. Z reguły przeciwnie. To nie polityka zatem, tylko jej zaprzeczenie. Sposób na nieosiąganie zamierzonego celu.
To normalne, że te same zdarzenia są odmiennie oceniane przez dwa sąsiadujące państwa. Anglikom Trafalgar czy Waterloo kojarzą się ze zwycięstwem i napawają ich dumą. Francuzi mają tu akurat zupełnie przeciwstawne odczucia.
Gdy w 1992 r. przyjechałem do Wilna,
Baczność! Równaj w prawo!
Spokojna, wyważona wypowiedź wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego, prof. Andrzeja Szeptyckiego, w której porównał żołnierzy UPA do naszych „żołnierzy wyklętych”, wywołała burzę. Szeptycki nie powiedział nic złego, w szczególności nieprawdziwego. Powiedział, mówiąc w skrócie, że tak jak jedni i drudzy walczyli z Sowietami, za co w swoich narodach zdobyli uznanie, jedni i drudzy robili też rzeczy niegodne, które ich narody im wybaczają, na które przymykają oko.
Można dyskutować, czy zestawienie było trafne. Czy skala zasług obydwu formacji i skala popełnianych przez nie zbrodni była porównywalna. Czy ci pierwsi byli ludobójcami na dużo większą skalę niż „Łupaszka”, „Ogień” i „Bury”, którzy wprawdzie również byli ludobójcami, ale przecież na skalę dużo mniejszą. Czy sytuacja społeczeństw dokonujących tych ocen jest porównywalna? Wszak Ukraińcy jednak odpierają najazd rosyjski, codziennie grzebią swoich zabitych i tracą domy. Czy w tej sytuacji, gdy Ukraińcy potrzebują tak znanego u nas z czasów wojny i niewoli „pokrzepienia serc”, można akurat teraz domagać się od nich rozliczania z niechlubną przeszłością? Z niechlubną przeszłością, z którą my w czasach pokoju i spokoju także nie bardzo potrafimy się rozliczyć?
Najpierw w Polsacie Dorota Gawryluk zadała publicznie pytanie, jak to możliwe, że człowiek pochodzenia ukraińskiego (znaczy się Andrzej Szeptycki), reprezentujący ukraińskie interesy, jest wiceministrem w polskim rządzie. „W polskim rządzie powinni być polscy ministrowie, którzy reprezentują polską rację stanu!”. Można by zadać symetryczne pytanie: jak to możliwe,








