Felietony
O Francesce, która Izraelowi się nie kłania
Francesca Albanese to włoska prawniczka specjalizująca się w prawach człowieka, która od 2022 r. pełni funkcję specjalnej sprawozdawczyni ONZ ds. okupowanych terytoriów palestyńskich. Jako współautorka przełomowej książki „Palestinian Refugees in International Law” od trzech lat jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów Europy Zachodniej wypowiadających się w imieniu mordowanych, torturowanych i wysiedlanych Palestyńczyków z Gazy i Zachodniego Brzegu.
Właśnie ukazała się po polsku jej niezwykła, osobista książka „Kiedy świat śpi. Opowieści, słowa i rany Palestyny” (wyd. Szczeliny, tłum. Tomasz Kwiecień), która stanowi rodzaj komentarza do jej pracy dla ONZ. Opisuje, poprzez historie dziesięciorga postaci, w większości znajomych i przyjaciół, proces poznawania problematyki okupowanej od 1948 r. (i potem 1967) Palestyny. Albanese wskazuje, dlaczego nie używa pojęcia konflikt w mówieniu o tym, co dzieje się między Państwem Izrael a Palestyńczykami, i dlaczego z pełną świadomością używała określenia ludobójstwo już w 2023 r., kiedy Izrael zaczynał unicestwiać Gazę, mordując ludność cywilną, tysiące dzieci. Z niezwykłą jasnością pokazuje milczenie lub współudział Zachodu (w tym mainstreamowych mediów, np. BBC i „Washington Post”), który okazał się wiernym sojusznikiem Izraela w ludobójczych działaniach jego wojska.
Albanese jest autorką niezwykle ważnych raportów na ten temat. Szczególne znaczenie ma „Unchilding” (Pozbawianie dzieciństwa), który powstał w 2023 r., przed atakiem Hamasu z 7 października, na podstawie rozmów fokusowych przeprowadzanych wirtualnie, ponieważ władze Izraela zakazały badań na Zachodnim Brzegu i w Gazie. Kilka przytoczonych w książce wypowiedzi poraża wymową. Rawan, 11 lat: „Musimy walczyć o prawo do oddychania, do bycia tutaj, do pozostania na naszej ziemi bez konieczności
Wasalna polityka w patriotycznym opakowaniu
Amok. Nie mam lepszego słowa, by opisać gorączkę, jaka dopadła większość polityków. Wyścig o to, kto da Amerykanom więcej, przekroczył granice absurdu. W budżecie państwa coraz większy deficyt, a większości Polaków nie zapaliło się nawet pomarańczowe światełko. Prawie wszyscy domagają się większych pieniędzy. I trudno ich nie rozumieć, kiedy w powietrzu fruwają miliardy na zbrojenia. Skala tych wydatków nie ma już bezpośredniego kontaktu z rozumem. Po cichu mówi o tym wielu ekspertów i intelektualistów.
Głośno o tym mówi i konsekwentnie pokazuje tę paranoję prof. Grzegorz W. Kołodko. Wie, o czym mówi, bo ma kapitał intelektualny i ogromną wiedzę praktyczną z czasów pełnienia funkcji wicepremiera i ministra finansów. Jeśli mówi o lekkomyślnym marnowaniu publicznych pieniędzy na zbrojenia, to ma na to liczne dowody. Pokazuje też, kto najwięcej zarabia na nakręcaniu spirali zbrojeń. Polski nie ma na tej liście. Odwrotnie, nas to kosztuje coraz więcej. W tym „więcej” są również obszary, na które brakuje pieniędzy. A brakuje
Paskudny świat
Paskudny to świat, w którym szaleństwo jednostek może usprawiedliwiać kolosalne wydatki na zbrojenia. Jeśli wnioskować z medialnych przekazów (a skąd mamy czerpać wiedzę, a przynajmniej informacje?), kilku co najmniej niezrównoważonych panów wpływa na decyzje przypominające dość niefortunne łacińskie powiedzenie Wegecjusza, zresztą militarysty, żeby szykować wojnę, chcąc pokoju.
Co gorsze, o ile z perspektywy wojny trudno się cieszyć, o tyle ze zbrojeń już można. I z tego, że jesteśmy liderem pieniężnego w nie zaangażowania. I tu łatwo nawet, co też wydaje się niemal piękne, o społeczną zgodę. Bo przecież w historii czuliśmy się wtedy ważni, gdy byliśmy przedmurzem. Teraz powtarzamy z pewnym ukontentowaniem, że jesteśmy wschodnią flanką NATO, co jest jednym z niewielu przypadków, gdy chętnie odnosimy do siebie słowo „wschodni”.
Słowo „bezpieczeństwo” tłumaczy wiele. Jest na czele wartości, na jakich nam zależy. A ma jeszcze tę wagę, że wywołuje poczucie zagrożenia, w którym łatwiej o rządzenie, ale i o porozumienie, rzec można – narodowe. Daje też możliwość tworzenia aksjomatów. Kiedyś powtarzano, że
Spalona ziemia
Order Orła Białego odebrano dotąd tylko raz: Wincentemu Witosowi. Ale akt ten dotyczył polskich spraw wewnętrznych, dokonał się zaś – cokolwiek mówić – na mocy wyroku sądowego. W świecie odebrano najwyższe odznaczenie głowie innego państwa dwa razy. Najpierw spotkało to cesarza Hirohito, któremu Order Podwiązki odebrano po wejściu Japonii w stan wojny z Wielką Brytanią. Natomiast za łamanie praw człowieka odebrano Krzyż Wielki Orderu Zasługi Republiki Włoskiej prezydentowi Syrii Baszarowi al-Asadowi. Czy Ukraina weszła z Polską w stan wojny? Czy łamie u siebie prawa człowieka?
Korzenie
Karol Nawrocki, jak to ipeenowiec, wie o historii Polski niewiele. A przecież jakakolwiek sensowna rozmowa o stosunkach polsko-ukraińskich powinna się rozpoczynać od stwierdzenia trzech faktów. O pierwszym, tym najbardziej oczywistym, pisał w „Gazecie Wyborczej” (1 czerwca 2026) prof. Maciej Janowski: „Przez kilkaset lat to Rusini byli pod panowaniem polskim, nie odwrotnie”. To polskie panowanie zostawiło zaś na Rusi (Ukrainie) złą pamięć. Ciągnące się od schyłku XVI w. po ostatnie lata Rzeczypospolitej bunty i powstania nie wzięły się z powietrza. Z kolei II Rzeczpospolita, zwalczając zagrażający państwu ukraiński ruch narodowy, konsekwentnie traktowała Ukraińców jak obywateli niższej kategorii. Natomiast Polska powojenna wygnała Ukraińców z ich siedzib w ramach akcji „Wisła”.
Prowadzoną przez kolejne formy polskiej państwowości politykę antyukraińską czasem sobie jeszcze uświadamiamy, choć na ogół nie wyciągamy z niej wniosków. Ale o dwóch kolejnych sprawach w ogóle nie chcemy pamiętać. A przecież wspomniane wyżej polskie panowanie znaczy też, że przeżyliśmy z Ukraińcami setki lat we wspólnym państwie. Korona Królestwa Polskiego była od XIV w. organizmem polsko-ruskim (ukraińskim). W XVII w. Rusini (Ukraińcy) tworzyli swą literaturę głównie w języku polskim. Pierwsza konstytucja kozacka, spisana w roku 1710 po łacinie, została skopiowana z polskich, szlacheckich wolności. Iwan Franko pisał na przełomie XIX i XX w.: „W całej Słowiańszczyźnie nie ma dwóch narodów, które by pod względem życia politycznego i duchowego tak ściśle zrosły się ze sobą, tak licznymi połączone były węzłami”. Te słowa są często cytowane, lecz tylko w gronie specjalistów.
Wreszcie sprawa trzecia, też rzadko uświadamiana: polskie zdrady. Oczywiście były też zdrady ukraińskie, z Radą Perejasławską roku 1654 na czele. Niemniej za pokój z Moskwą płaciliśmy zawsze ziemiami ukraińskimi, wspólnie też z nią dokonywaliśmy ich rozbioru. Pierwszy raz stało się to w 1667 r., w traktacie andruszowskim. Drugi raz w 1686, w „pokoju wieczystym”. Trzeci raz w latach 1918-1919, gdy podbiliśmy pierwsze po wiekach państwo ruskie: Zachodnioukraińską Republikę Ludową (ZURL). Czwarty raz w latach 1920-1921, gdy zdradziliśmy Ukraińską Republikę Ludową (URL) – naszego sojusznika. Ukraińscy żołnierze – tacy jak gen. Marko Bezruczko, obrońca Zamościa – poszli za druty obozów internowania. Przywódca URL, ataman Symon Petlura, został z Polski (na życzenie ZSRR) wygnany.
Te trzy elementy – polskie panowanie, polsko-ruska symbioza i polskie zdrady – powinny być fundamentem naszego myślenia o Ukrainie. Zwłaszcza dziś, gdy dokonuje się zdrada kolejna, piąta.
Żadnych złudzeń!
Odbierając Wołodymyrowi Zełenskiemu Order Orła Białego, Nawrocki jednym podpisem zniszczył kilkudziesięcioletni dorobek polskiej myśli politycznej. Jednym podpisem! Choć bowiem trudno wymagać od ipeenowca, by był mocny w historii Polski, to od Polaka można oczekiwać jakiegoś jej rozumienia. Najlepsi polscy synowie od tylu lat starają się przepracowywać – fundamentalną dla polskiego bytu narodowego – kwestię ukraińską. Działanie to rozpoczęła „Kultura” Jerzego Giedroycia. Na jej łamach nie eksponowano zbrodni UPA – wiedziano,
a.romanowski@tygodnikprzeglad.pl
Zarządzanie żarem
Upały sakramenckie; choć i bez nich się męczę i pocę z byle powodu, dawno wkroczywszy w wiek zawałowy, dryfuję już ku otwartemu morzu starości, zatem wszelkie alerty esemesowe o ekstremalnym zagrożeniu stanem upalnym trafiają prosto w moją pakamerę lęków. I sam już nie wiem, czy ta fala gorąca faktycznie taka mordercza, czy zaiste nigdy wcześniej takiego żaru między Bugiem i Odrą nie zaznano, azaliż to masy upalnego powietrza tak miażdżące, czy też może miazga masowego przekazu czerwonymi wersalikami tłoczonego. No bo jeśli kto moim strachem zaczął zarządzać, niedoczekanie jego, teraz mnie straszy gołym niebem, zaraz będzie chciał zasiać inne obawy, a to że wróg u bram przebiera nogami, by gwałcić „nasze kobiety”, wróg wewnętrzny chce uczyć masturbacji „nasze dzieci”, do tego „różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki” wprost kotłują się w każdym imigranckim organizmie, próbującym przeniknąć przez płoty kolczaste i korony cierniowe, którymiśmy obwarowali „naszą ziemię”. Te wszystkie alarmy wciskają się nam do telefonów nie po to, byśmy mieli baczenie, lecz by nam dusza na ramieniu wciąż siedziała, bo człowiek z duszą na ramieniu jest bezbronny jak srający pies, nie człowiek to już, a zasób ludzki, podatny na manipulację. Trudno, wolę się topić od żaru, niż pocić ze strachu, rzekłem i od razu temperatura odczuwalna spadła w granice normy.
Owszem, niegdyś lepiej znosiłem upały od wielkich mrozów, bo do czterdziestki brakowało mi ochronnej warstwy tłuszczu, potem zaś oddałem Tatrom palec u stopy i część w niej czucia, przez co marzł mi w bucie kiepsko ukrwiony ocalały paluch. Teraz nadciśnienie sprawia, że mi wiecznie ciepło, babiny okutane płaszczami dziwują się, gdy śmigam po mieście w żonobijce, za to upały działają mi na nerwy, wyczuwam w nich niejaką wrogość, agresywność wymierzoną we mnie osobiście, nie muszą być ekstremalne, wystarczy zwykłe plażowe trzydzieści w cieniu. Morze nigdy mnie nie pociągało,
Fale upałów i głupoty
Aby zacząć pogodnie, bo grozi nam wielka polityczna niepogoda i trzeba się pocieszać uśmiechem… Od kilku lat prowadzę w miesięczniku „Zwierciadło”, na ostatniej stronie pisma, kolumnę „Okno z wierszem” – tak ją nazwałem. Wstawiam tam wiersz poety, a wcześniej piszę o nim krótki eseik. To niezwykłe, że pismo o tak dużym zasięgu zaproponowało mi poetycki felieton, poezja jest wszędzie w odwrocie. A ona jest u źródeł naszej wrażliwości. Czasami tylko mam zawracanie głowy, bo istnieje coś takiego jak prawa autorskie, wygasają po 70 latach od śmierci autora. Tuwim szczęśliwie mi się załapał, a Staff jeszcze nie, bo zmarł w 1957 r. W przypadku zmarłych nie tak dawno, jak wiatru w polu szukaj spadkobierców poety, by dali zgodę na druk. Zwykle jakoś sobie radzę, czasami to przygoda. Ba, znalazłem w małej greckiej wsi wnuczkę Władysława Broniewskiego. Teraz wstawiam w swoje okno wiersz Siergieja Jesienina, w znakomitym przekładzie Broniewskiego, Ewa daje mi zgodę.
Jest w Warszawie niezwykła biblioteka w Domu Literatury, w Kamienicy Johna na Starym Mieście. Tam zapach lat 50. i niezmieniony wystrój wnętrz. Na wysokości okien stoi król Zygmunt na kolumnie, w tle wieża Zamku Królewskiego. Zawsze pusto, z biblioteki korzystają tylko pisarze. Dzwonię, by sprawdzić, czy jest biografia Jesienina, skoro wybrałem jego wiersz. Jest! Jak ja lubię tę bibliotekę. Bibliotekarka idzie tylko sprawdzić, czy nie daj Boże ktoś nie pożyczył, chociaż to raczej niemożliwe. Wraca speszona. Ktoś pożyczył tę książkę. Pytam kto. Mówi: „Tomasz Jastrun”. Aż zakołysałem się ze zdziwienia. Patrzę na swoje łóżko, gdzie obok poduszki książki, które czytam. Jest! Byłem w bibliotece nie tak dawno i pożyczałem kilka książek, a że tę też – zapomniałem. Znajoma psycholog pyta mnie: „Jak się z tym czujesz?”. Psycholodzy lubią takie pytania. Odpowiadam, że mam się świetnie, bo alzheimera mam od dziecka. I to prawda.
Mam w swojej roztargnionej biografii większe akty niepamięci. Kiedyś, by się pocieszyć, pytałem znanych ludzi o ich największe akty roztargnienia. I spisywałem je. Każdy ma ich bez liku, tworzą niezwykle zabawne anegdoty. Choćby Władysław Bartoszewski – opowiedział mi, jak wyszedł z domu bez spodni. Może kiedyś podzielę się tymi relacjami.
Daleko jestem od spiskowego myślenia, prowadzi ono nawet do mordów
Otruty snusami
Zaczęło się lato i w mediach sezon ogórkowy. Tak było, ale odkąd do Belwederu trafił Nawrocki, zamiast ogórków mamy snusy. Nie wiem, czy producenci tej nikotynowej używki jakoś nagradzają człowieka, który jest dla nich chodzącym słupem reklamowym. Naśladowców i konsumentów tego badziewia z pewnością przybyło. Zwłaszcza wśród młodzieży. Bo skoro tak robi wybraniec narodu, to oni też mogą. Choć nie powinni, bo sięgając po nikotynę w jakiejkolwiek postaci, robią głupio i szkodzą nie tylko sobie.
Jak paskudny jest to nałóg i co może robić z człowiekiem, widzimy u Nawrockiego. Prawie codziennie jako „my, naród” dokłada kolejnymi wetami swoją cegłę do paraliżowania państwa. Jest przeciw rządowi prawie we wszystkim. Ktoś mu powiedział, wiadomo nawet kto, że na tym polega praca prezydenta u Kaczyńskiego. Interesy PiS są w jego kancelarii skutecznie realizowane. Pozwalają Nawrockiemu na małe odstępstwa od tej wiernej służby w sprawach bez większego znaczenia. Na razie, póki prezes trwa. Co może się zmienić,
Jean Ziegler, niewysłuchane sumienie Zachodu
Wciąż nie mogę wyjść ze zdumienia, że jeszcze się dziwię, kiedy jestem świadkiem ciszy (mediów, społeczeństwa) w chwili śmierci kogoś takiego jak Jean Ziegler. Zmarły właśnie w wieku 92 lat szwajcarski socjolog, dyplomata i polityk pełnił funkcję specjalnego sprawozdawcy ONZ ds. prawa do żywności (od 2000 r. do 2008), był profesorem uniwersytetu w Genewie i paryskiej Sorbony, gdzie się doktoryzował. Został wyrzucony z Komunistycznej Partii Francji za wspieranie dążeń Algierii do niepodległości.
Zostawił po sobie kilka fundamentalnie ważnych publikacji książkowych i najważniejszą dla niego samego „Geopolitykę głodu. Masową zagładę”. Ziegler rozpisał w niej cały systemowy mechanizm globalnego głodu, który jest nieuniknioną konsekwencją reguł „kanibalistycznego kapitalizmu” rządzącego światową gospodarką i polityką. „Każde dziecko, które umiera z głodu, jest ofiarą mordu”, pisał.
W młodości zaprzyjaźnił się z Jeanem-Paulem Sartre’em i Simone de Beauvoir. Kiedy poznał Che Guevarę, ten miał zareagować na pomysł wyjazdu na Kubę słowami: „Tu się urodziłeś i tu mieszka mózg potwora. To tu musisz walczyć”.
W tekstach i wystąpieniach Ziegler precyzyjnie rozrysowywał mechanizmy funkcjonowania „globalnego rynku żywnościowego”, którego efektem był (i jest) głód dotykający prawie 1 mld mieszkańców globalnego Południa, a który pomnaża majątki „lichwiarzy zielonego złota”. Ziegler nie miał złudzeń – w samej ONZ i w rządach wielu państw przeciwnicy prawa do żywności (jednego z podstawowych praw człowieka) mają się dobrze i to oni dyktują warunki, prawa i współtworzą otoczenie sprzyjające głodowej masakrze i zagładzie. Do ostatnich dni ten niezwykły Szwajcar nie składał broni i nawoływał do jednoczenia wysiłków, by sprzeciwiać się największemu złu współczesnego świata – bezwzględnemu kapitalizmowi.
W ostatnich latach życia napisał
Polityka pokrzykiwania i afrontów
Nadanie przez prezydenta Zełenskiego oddziałowi armii ukraińskiej imienia Bohaterów UPA wywołało w Polsce histerię i nieprzemyślane, emocjonalne reakcje. Decyzja prezydenta Nawrockiego o odebraniu prezydentowi Ukrainy Orderu Orła Białego, nagłośniona zresztą na długo przed jej podjęciem, była niespotykanym w dziejach III Rzeczypospolitej afrontem wyrządzonym głowie obcego państwa, w dodatku państwa sojuszniczego i toczącego dramatyczną wojnę obronną. Akt ten, świadczący o kompletnym braku wyobraźni zarówno samego prezydenta, jak i jego otoczenia, spowodował, że wszyscy byli prezydenci Ukrainy zgodnie odesłali swoje Orły Białe. Zrobili to solidarnie, choć wywodzą się z różnych obozów politycznych, bo uznali, że ten afront wyrządzony obecnej głowie państwa jest afrontem wyrządzonym całemu narodowi. W ślad za nimi polskie odznaczenia oddali ukraińscy dyplomaci, w tym osoby szczerze zaangażowane w budowanie dobrych stosunków polsko-ukraińskich.
Ten afront sporo będzie nas kosztował w przyszłości. W stanie stosunków polsko-ukraińskich cofnęliśmy się do punktu wyjścia. A nawet dalej. Bo w punkcie wyjścia był fakt, że Polska jako pierwsza uznała niepodległość Ukrainy. Co osiągnięto? Czy nazwa ukraińskiego oddziału została zmieniona? No nie. Co więcej, Ukraina zapowiedziała, że tworzyć będzie oficjalny Panteon Narodowy i nikt jej nie będzie dyktował, kto ma w nim się znaleźć. Czy zatem nie należało reagować na ten ostatni akt gloryfikacji UPA na Ukrainie? Należało. Ale to nadanie imienia Bohaterów UPA nie było jakimś odosobnionym i niespodziewanym aktem. Wiadomo, że na stosunkach polsko-ukraińskich ciąży zbrodnia ludobójstwa popełnionego przez UPA na polskiej ludności Wołynia, ale także w dawnej Galicji Wschodniej czy, jak kto woli, na Kresach Południowo-Wschodnich. Wiadomo też było od samego początku, że jakoś ten problem trzeba załatwić. Jakoś się z nim uporać. I było wiadomo, że proces ten wymagałby taktu i cierpliwości z obydwu stron. Nie przeciwskutecznych dramatycznych gestów,
Artyści i arywiści
Kim są artyści – mniej więcej wiadomo. A kim arywiści? Słowo arywista, dziś nieco zapomniane, wedle trafnej podpowiedzi AI z popularnej przeglądarki internetowej oznacza „człowieka, który dąży do zrobienia kariery za wszelką cenę, często nie licząc się z innymi i nie przebierając w środkach. Słowo to jest synonimem karierowicza i dorobkiewicza”. Konflikt pomiędzy artystami i arywistami jest stary. Po jednej stronie stoją bogacze ubodzy duchem, po drugiej ubodzy materialnie, lecz bogaci duchowo wrażliwcy. Zatem nic nowego. A jednak w ostatniej burzy medialnej związanej z projektem pomocy artystom w zabezpieczeniu ich bytu zaskakuje mnie skala pogardy wobec artystów.
Wydawało się, że po latach edukacji szkolnej i uniwersyteckiej, budowania muzeów, chwalenia się poetami i pisarzami uwagi bogatego filistra na temat artystów nie mają szans na zdobycie popularności. Tymczasem to on triumfuje. Co się stało? Głupiejemy. Obserwujemy niebywały regres w skali całej kultury zachodniej. Wydawało się, że nie cofniemy się już do epoki, w której genialni artyści przymierali głodem, a ich profesja była hurtowo zaliczana do niskich, podejrzanych moralnie i bezwartościowych. Albowiem wydawało się, że nie powrócą już czasy dzikiego, prostackiego, chamskiego kapitalizmu. Ale powróciły. A wraz z nimi powrócił bogaty prostak. Wie dobrze, że jego bzdurna gadanina o bezwartościowości sztuki i artystów trafi dziś na podatny grunt, że mózgi milionów osób, wyprane przez neoliberalny kapitalizm, z radością podchwycą tę starą melodię: tyle jesteś wart, ile możesz ze swego życia materialnie wyciągnąć. Im bogatszy więc jesteś, tym lepszy. Pod każdym względem. To pozwala bogatym chamom z taką bezwstydnością obnosić się ze swoim prostactwem.
I tak oto dochodzi do dzisiejszego triumfu arywistów: dorobkiewiczów i karierowiczów, którzy dumni ze swego cwaniactwa patrzą na artystów z góry. Wszak ci z reguły nie chcą przekuwać swojego talentu na jedyną rzecz, która naprawdę dziś się liczy: na pieniądze. Dlatego są nieprzydatni, bezwartościowi i niepraktyczni. A przecież








