Oscar i „Eden”

Kuchnia polska

W Warszawie zamknięto kino Tęcza na Żoliborzu, a Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa sprzedała ten obiekt jakiejś tajemniczej („tajemnica handlowa”!) firmie, która ma tam założyć prywatną szkołę reklamy. O tych wszystkich prywatnych szkołach będę pisał tu za tydzień i już ostrzę sobie na to zęby. Natomiast kino Tęcza było ostatnim w stolicy kinem wyświetlającym filmy dziwne, niekomercyjne bądź dawniejsze, którymi mogli się rozkoszować miłośnicy kina, zaś Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa, zwłaszcza na Żoliborzu, gdzie był jej początek, była lub wydawała się być ostatnią szansą na odrodzenie się autentycznej spółdzielczości mieszkańców, idei pielęgnowanej i pięknie owocującej w Polsce jeszcze przed wojną. Teraz handluje ona społecznymi obiektami kultury, jak wszyscy. Ciekawe doprawdy, że nasz sławetny marsz do Europy musi odbywać się po trupach wszystkiego, co społeczne, bezinteresowne, długofalowe, a także zakorzenione w tradycji, choćby tylko lokalnej, żoliborskiej. Ale za to mamy przecież halloween, walentynki i Oscara, a więc nawet głupi widzi, że robimy świetny interes.
Na tegorocznym Oscarze nie zrobiliśmy jednak żadnego interesu, nie dostał go ani polski krótki film „Męska sprawa”, ani polski operator Sławomir Idziak, chociaż startował w koszulce amerykańskiej. Panuje z tego powodu pewne rozczarowanie, ponieważ obecnie dla nas istnieć, znaczy wyłącznie istnieć w międzynarodowych gremiach, w świetle jupiterów, w Hollywood, Brukseli, w Nowym Jorku, nie zaś w naszej wiosce.
Co do mnie, rozczarowanie brakiem polskiego Oscara nie jest aż tak wielkie, ponieważ rozczarowuję się nieco Oscarem jako takim. Nie mam oczywiście wątpliwości, że Oscar jest najgłośniejszą międzynarodową nagrodą filmową i liczy się bardzo zarówno w kategoriach komercyjnych, jak i w zakresie osobistych karier jego laureatów. Ale, jak słusznie powiedział „Przeglądowi” Allan Starski, laureat Oscara, nie jest on nagrodą, lecz plebiscytem. Głosuje w nim siedem tysięcy nieznających się często nawzajem ludzi, głównie byłych laureatów, i im jest ich więcej – a przecież co roku przybywają nowi – tym ich zbiorowa opinia zbliża się po prostu do opinii przeciętnej publiczności, która głosuje nogami, chodząc do kina. Zamiast więc czekać na rozdanie Oscarów, wystarczy obejrzeć wyniki frekwencyjne poszczególnych filmów, a także listy płac poszczególnych aktorów, ponieważ najbardziej popularni i lubiani zarabiają najwięcej.
Na europejskich festiwalach filmowych w Cannes, Wenecji czy Berlinie, gdzie o nagrodach decyduje kilku- lub kilkunastoosobowe jury, może zdarzyć się sensacja, to znaczy może zjawić się juror, który przekona swoich kilku lub kilkunastu kolegów, że jakiś niepozorny na oko film jest arcydziełem. Tak działo się wielokrotnie. W Wenecji „odkryto” wielki włoski film neorealistyczny, w Cannes „odkryto” Kurosawę i film japoński, a także filmy hinduskie, a nawet chińskie, nie mówiąc o czeskich czy polskich. Komuś wpadły one w oko, umiał przekonać do tego innych, często były to strzały w dziesiątkę. Przy Oscarze jest to niemożliwe, nie wierzę w kilkutysięczne jury, które ze sobą nie dyskutuje (sam byłem kiedyś w takim nowoczesnym, niemym jury, które stawiało tylko punkty do podliczenia i był to koszmar), wiem, że może ono tylko przyklepać to, co jest statystycznie wiadome, nigdy zaś wskazać na coś, co jest artystycznie odkrywcze i pokazać kierunek, w którym warto podążyć.
A przecież w tym tylko kryje się szansa małych krajów i małych kinematografii. Pieniądze, które decydują ostatecznie o wielkich sukcesach oscarowych nie są na świecie rozłożone po równo, ale talenty padają, gdzie chcą. Piszę o tym z tym większą pewnością, ponieważ właśnie obejrzałem film, który uważam za arcydzieło, a który powstał w Polsce, gdzie nie roi się ostatnio od arcydzieł. Jest to pełnometrażowy film rysunkowy, którego autorem jest Andrzej Czeczot, a autorem muzyki, która odgrywa w tym filmie kolosalną rolę, jest Michał Urbaniak. Film nazywa się „Eden” i jest to w istocie tragikomiczny obraz świata, w którym żyjemy. Nieważna jest jego fabuła, wyraźnie pretekstowa. Ważne jest to, że autorzy, prowadząc nas przez nowoczesne piekło, czyściec i niebo, prowadzą nas przez wszystkie, najbardziej nawet dziwaczne odmiany naszej współczesnej kultury, a także przez pokłady mitologii i tradycji, z której ta kultura się wywodzi. Tu grzmi dyskoteka, a tu sęp wyjada wątrobę Prometeuszowi, wkładając mu łeb do brzucha aż po samą szyję. Noe w swojej arce przepływa do Nowego Jorku przez Trójkąt Bermudzki, gdzie na dnie leży „Titanic”, na którym nadal odbywa się bal, a obok pływają zagubione obrazy Muncha czy Poussina. Nie jest to przy tym żadne kulturalne nudziarstwo – kto zna Czeczota i jego rysunki, ten nie może tego nawet podejrzewać – ale przy okazji Czeczot objawia się jako wspaniały kolorysta, jego obrazy są kąpielą dla oka skażonego przez filmowo-telewizyjną polucję.
„Eden” nigdy nie dostanie Oscara. Kto miałby go tam wysłać, wylansować, przekonać siedem tysięcy jurorów, że jest to ewenement? Nie wiem, czy „Eden” weźmie telewizja, choć powinna. Nie wiem, czy „Eden” trafi do kin, bo kto odważy się wyświetlić pełnometrażowy film rysunkowy, gdy zamyka się takie kina jak Tęcza, przeznaczone dla miłośników filmu?
Kiedyś takie rzeczy się udawały. Tak wypłynęli ze swoimi animowanymi filmami Jan Lenica i Walerian Borowczyk, które później na wszystkich europejskich festiwalach uznawano za rewelację. Były to krótkie filmiki, dodatki, dla których dziś nie ma już miejsca w kinach, bo zajmują je reklamy. Ale „Eden” jest filmem długim i jego miejsce w kinach zajmą filmy nagrodzone Oscarami. Wygląda więc na to, że powstał on tylko po to, że ktoś bardzo chciał go zrobić. Tak powstaje większość arcydzieł. Boy kiedyś pisał o Wyspiańskim, że „pańskość” polskiej kultury polega na tym, iż takiego geniusza mamy tylko dla siebie, bo na świecie nikt o nim nie słyszał. Co do mnie, wolałbym, abyśmy w sprawie „Edenu” byli trochę mniej „pańscy”, chociaż ja już ten niezwykły film obejrzałem, więc mogę się czuć jak panisko.

 

Wydanie: 13/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy