Po co ta praca

Po co ta praca

Z pracy do pracy, po pracy, bez pracy, po pracę, w pracy, przed pracą. I po życiu. Może praca nam do życia nie musi być aż tak potrzebna? Tak czy owak, praca, której nie ma albo która jest, absorbuje nas zawsze. Można by powiedzieć, że zbyt często, nawet za bardzo. Dlatego dobrze od niej odpocząć, ale – jak pytali dawniej i pytają dzisiaj – jak żyć wtedy i z czego?

Czy potrafimy sobie wyobrazić świat bez pracy? Czy to świat rozleniwionych sybarytów i sybarytek, rentierów, którzy odziedziczyli majątki i dobra, więc już „nic nie muszą”? Czy bliżej nam do tych formalnie niepracujących Rodziców Osób z Niepełnosprawnościami, którzy pracują w ponadnormatywnym, niezawieszalnym i nieprzerywalnym trybie przez całe życie swojego dziecka? A może myślimy o pracy domowej kobiet, która za taką nie uchodzi, bo czy jest pracą działanie bez wynagrodzenia? Bez prawa do emerytury? Do premii? Do nagród miesięcznych, kwartalnych, rocznych? Do urlopu wypoczynkowego? Czy to wszystko są wymysły złego socjalizmu? Jeśli tak, to dlaczego w takiej czy innej formie wciąż obowiązują na zachodzie Europy i na bogatej Północy (oprócz USA, ale to inny fenomen).

Kiedy myślimy o przyszłości pracy, pewnie zbyt rzadko zdarza nam się marzyć. Żeby była lżejsza, mniej nudna, lepiej płatna, sensowna, różnorodna, bezpieczna, dająca radość, nieprzynosząca bagażu upokorzeń, stabilna, ale równocześnie odkrywcza, niemonotonna. I wtedy nagle dociera do nas, że z naszą pracą stało się coś bardzo niedobrego, jeśli jest, jeśli ją mamy. Że często nie wystarcza do zwykłego przeżycia, że nie starcza nam na bardzo wiele, że zabiera nam sporo energii, sił i czasu. Że nie wyobrażamy sobie życia bez niej, nawet jeśli jest uciążliwa. Że zostaliśmy wychowani w poczuciu oczywistości pracy, konieczności pracy, a potem przymusu pracy. A to, co pamiętamy z życia jako najważniejsze, kiełkuje z dala od niej, jest niezwiązane z tym najbardziej angażującym wysiłkiem naszego życia.

Na dodatek żyjemy już dzisiaj w niepodważalnym przeświadczeniu, że tak być musi i inaczej nie może. Że jedni muszą się zaharowywać, a drudzy zbijać bąki, odcinać kupony i leżakować w niezakłóconym błogostanie. Fenomenem naszych czasów jest rodzaj akceptacji powszechnej nierówności i prawa uprzywilejowanych do innego postrzegania reguł życia. Marnie zarabiający bronią prawa zamożnych do unikania zobowiązań wobec państwa, kosztem tychże najuboższych. Często umyka nam fakt, że to kosztem najsłabszych graczy na polu pracowniczym wzrastają fortuny innych, tych uprzywilejowanych.

Rzeczywisty wysiłek, zaangażowanie i odpowiedzialność kompletnie rozmijają się z wyceną pracy. Dlaczego praca ludzi sektora finansowego jest wyceniana niebotycznie wyżej niż nauczycielki, pielęgniarki czy matki w domu, której praca wyceniana w ogóle nie jest? Jakiemu to praniu mózgu zostaliśmy poddani, że godzimy się na nowe niewolnictwo pracownicze? Dlaczego nie dbamy i nie walczymy o warunki i reguły naszej pracy? Dlaczego wciąż wierzymy, że to niemożliwe, że państwa nie stać? Jeśli chodzi o nagrody dla ministrów, to nagle widać, że stać. Jeśli idzie o wykup kolekcji Czartoryskich, której nie można było kraju pozbawić, to widać, że w trakcie wieczorowo-kolacyjnych uzgodnień ministra kultury Glińskiego niemal za jednym ruchem ręki wypływa z budżetu 500 mln zł. Gdzie są pieniądze? W raju podatkowym. Gdzie praca? W raju bez pracy, „arystokracja nie pracuje” na wynagrodzenie tej wysokości. Już poddani wcześniej zapracowali.

Hipokryzja tych, którzy szeptali obietnice do ucha protestującym w 2014 r. rodzicom osób z niepełnosprawnościami, a dzisiaj grzmią na nich przez tuby usłużnych, zdominowanych prorządowo mediów (w tym publicznych!!!) jest prawdziwie porażająca. Kiedy widzę samozamykający się i samoodgradzający ludek sejmowej większości, rodzi się we mnie dzikie pragnienie zamurowania ich tam na stałe. I niech sobie mówią swoim mediom, co chcą, niech podnoszą ręce – myśląc, że głosują, niech modlą się w kaplicy – przekonani, że wierzą w coś, co jakkolwiek mogłoby być chrześcijaństwem. Tylko jak najdalej od nas, od naszych realnych problemów i spraw.

Kiedyś konserwatywny Anglik mówił, że każda władza się degeneruje. I dzisiaj oglądamy ten etap oderwania się władzy od kontaktu z grawitacją demokracji – tej siły, która nie takie niby-potęgi ściąga z powrotem w dół, na ziemię, do parteru. A było tak wysoko i odlegle. Słychać już: terrain ahead! Czas na lądowanie. Taka praca.

Wydanie: 19/2018

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Komentarze

  1. Uwolniony
    Uwolniony 19 października, 2018, 23:47

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy