Trzeba mówić, o czym milczeć

Trzeba mówić, o czym milczeć

Z całą pewnością jestem za rzadko z siebie dumny. A tyle się nauczyłem ostatnimi czasy. Przykład pierwszy z brzegu. Całe te mistrzostwa w Katarze. Nie mówię nic albo niemal nic. Po prostu milczę. Piłka nożna w Polsce. Polska reprezentacja. Polska myśl szkoleniowa. Polska szkoła „Fryzjerów” i Michniewiczów – z mojej strony cisza. Jakość komentarzy płynących z ekranów TVP. Nawet nie wiadomo, czy coś oglądam. A gdybym nawet oglądał albo nie oglądał, to potrafię nie powiedzieć nic. Dlaczego? Przecież my wszyscy wiemy, co powiedzieć. Przecież polscy zawodnicy komentują wszystko po stokroć. Przecież to, co tam się wyrabia, jest samograjem. Ale ja nie daję się skusić.

Z ilu wymian zdań nic nie wynika, ileż do niczego nie prowadzi, gna nas na manowce, które zwodzą, nudzą i męczą? A mimo to spektakl oratorski trwa, piśmiennictwo kwitnie. Mówię oczywiście przez pryzmat tzw. social mediów – facebooków, twitterów, insta, tiktoków – zupełnie jakbym nie pamiętał, że to tylko jakaś nasza część, trudno orzec – lepsza czy gorsza. A może ciekawsza, bo aktywna? Bo jej się chce zabrać głos? Bo każdy pretekst dobry do krzyknięcia: „Jam ci najmądrzejszy w świecie, lustereczko powiedz przecie!”. Jest czymś jeszcze do niedawna niewyobrażalnym, jaką energię uwolniły soszjale, jak ona wibruje i wrze. Gdyby tylko można było ją przetworzyć na energię użyteczną, mielibyśmy odejście od paliw kopalnych w kilka dni. Ale nie, nie przetwarzamy. A taki Lem potrafił skonstatować, że nie wyobrażał sobie, ilu na świecie jest idiotów, dopóki nie powstał internet.

Idzie rocznica 13 grudnia 1981 r. I tak jak któryś z polskich komentatorów piłkarskich nie mógł wyjść ze zdumienia, że cieszy się ze strzelenia bramki przez Arabię Saudyjską Meksykowi, tak ja nie mogę wyjść z zadziwienia, że mnie 13 grudnia dzisiaj ani grzeje, ani ziębi. A myślałem onegdaj, że nigdy się z tego nie wyzwolę, nie wyrwę, nie odetnę. Czy gdybym był historykiem, myślałbym inaczej? Czy poczekam, aż weźmie to na warsztat osoba, której być może już tylko dziadkowie będą ten czas pamiętać, i opisze inaczej, niż przywykliśmy? My? Przecież tu też nie ma wszystkich nas… Nigdzie i nigdy nie ma wszystkich nas. Chociaż…

Od kilku miesięcy nie ma dnia, żebym nie natknął się na wielobarwne, rozświetlone, fantazyjne fotografie wykonane dzięki pracy teleskopu Webba. Czytam, że patrzę właśnie na szczegóły Filarów Stworzenia, które są kolumnami międzygwiezdnego pyłu i obłoków gazu; oddalone od Ziemi o 7 tys. lat świetlnych współtworzą Mgławicę Orzeł, fragment Galaktyki Drogi Mlecznej.

A potem NASA i ESA publikują świetnej jakości zdjęcie IC 1623, czyli pary splecionych ze sobą galaktyk, znajdujących się w konstelacji Wieloryba, 270 mln lat świetlnych od Ziemi. Jest to połączenie galaktyk IC 1623A i IC 1623B, których jądra są oddalone od siebie o 26 tys. lat świetlnych. Samą kolizję wypatrzył jeszcze w 1879 r. amerykański astronom Lewis Swift.

Albo jakiemuś entuzjaście udało się wypatrzyć na zdjęciu tzw. pierścień Einsteina, w którym światło pochodzi z galaktyki SPT-S J041839-4751.8 (w skróconej wersji J0418), odległej od Ziemi o 12,8 mld lat świetlnych, co sprawia, że jest jedną z najstarszych znanych ludzkości.

Nie mogę się opędzić od myśli, że tak jak my, w tym fachowcy astronomowie, fizycy, badacze i zwykli wgapiacze jak ja, nie możemy oderwać wzroku od tej feerii kształtów i barw, tak po drugiej stronie jest COŚ, KTOŚ, bynajmniej nie żaden bóg lub bogini, tylko istota ze swoim teleskopem, i wgapia się w nasze ziemskie ziarenko, którego rozmiary żadną miarą nie pozwalają traktować nas poważnie i z przejęciem wobec ogromu tego, co zwiemy kosmosem.

Blaise Pascal, XVII-wieczny geniusz matematyczny, wybitny pisarz i inżynier, wynalazca strzykawki, prasy hydraulicznej czy maszyny liczącej, kiedy doznał religijnego oświecenia, zapisał się złotymi zgłoskami w historii literatury francuskiej swoimi „Myślami” czy „Prowincjałkami”. Wymyślił intelektualny szantaż pod nazwą zakładu Pascala, wedle którego lepiej założyć, że bóg jest, i żyć wedle jego (chrześcijańskich) zaleceń, bo jeśli jednak się okaże, że go nie ma, to nic na tym nie stracimy, ale jeśli naprawdę jest – to strach pomyśleć, jaka kara nas czeka za sprzeniewierzenie się tym regułom.

Pascal, ten, który zapisał: „Wiekuista cisza tych nieskończonych przestrzeni przeraża mnie”, nie może wpatrywać się z nami w światy gwiazd, galaktyk leżących niewyobrażalnie daleko. Co czułby, co pisał, w co wierzył, o czym myślał i co umiał wyjaśnić, gdyby surfował sobie po sieci obecnie? Raczej nie będziemy wiedzieć. Nie sądzę jednak, że śledziłby dokonania polskich piłkarzy.

Nie wiem, co chciałem tym wywodem powiedzieć, idę się wgapiać w nieskończoność, dzięki teleskopowi Webba to możliwe. I mnie uspokaja.

Wydanie: 50/2022

Kategorie: Felietony, Roman Kurkiewicz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy