Inspirujący Talleyrand

Inspirujący Talleyrand

Ludzie władzy dla korzyści własnej i państwa powinni wnikliwie przestudiować biografię polityczną Talleyranda, a później od czasu do czasu przypominać sobie to, czego się dowiedzieli. Jeszcze w księgarniach można trafić dostępną po polsku biografię tego arcydyplomaty autorstwa Robina Harrisa. Żadne jednak monografie nie zastąpią lektury „Pamiętników”, które z księgarni zniknęły w swoim czasie jak kamfora. Istnieje, zdaje mi się, mafia znawców wykupująca szybciutko prawdziwie dobre książki, dla powolniejszych nabywców pozostawiając prawie same bestsellery. Te „Pamiętniki” wiele przemilczają, jeśli chodzi o znaczące fakty z życia autora, ale są głębokie i mądre w opisie zdarzeń i procesów politycznych. Można je czytać jako traktat o polityce, wznoszący się w niektórych fragmentach na poziom filozoficzny.
Było coś paradoksalnego w tym, że minister spraw zagranicznych wojowniczego Napoleona był z głębokiego przekonania pacyfistą. Charles-Maurice de Talleyrand pomógł Bonapartemu zdobyć władzę i służył mu następnie przez lata, widząc w nim człowieka w pewien sposób genialnego, zdolnego dać porewolucyjnej Francji porządek wewnętrzny i uregulować w jedyny wówczas możliwy sposób, to znaczy zbrojnie, stosunki z zagrażającymi jej mocarstwami. Po kilku latach zdał sobie sprawę, że Napoleon w swojej wojowniczości idzie za daleko i wojnę traktuje nie jako politykę prowadzoną innymi środkami, lecz cel sam w sobie. Bezskutecznie starał się wpłynąć na cesarza miarkująco.
Wojny na wielu frontach nie mogły być wygrane, a niektóre, jak próba podboju Hiszpanii, w przekonaniu Talleyranda od początku były bez sensu. Widząc, że Napoleon prowadzi Francję do katastrofy, zaryzykował podwójną grę, porozumiewając się dyskretnie z Aleksandrem, cesarzem Rosji. Stąd się biorą niekończące się dyskusje na temat, czy Talleyrand był zdrajcą, czy zbawcą Francji. (Jeśli zbawcą, to ze względu na rolę, jaką odegrał później na kongresie wiedeńskim). Ten pomawiany o cynizm i oportunizm dyplomata był pierwszym Francuzem, który powiedział Napoleonowi prosto w oczy, że gubi Francję i siebie. Musiał zdawać sobie sprawę, że za takie słowa mógł stanąć przed plutonem egzekucyjnym.
Talleyrand wykazywał odwagę w sprawach, które były tego warte. Jego pacyfizm nie występował w formie doktrynalnej zasady – zarówno doktrynerstwo, jak sztywne zasady były obce jego umysłowości. Jego filozofię życiową trafnie ujął Duff Cooper: „Jako uczeń Woltera i dziecko XVIII wieku cenił błogosławieństwo pokoju i gardził nadętym bohaterstwem wojennym”. Był doskonale wykształcony, śledził życie intelektualne swojego czasu i podziwiał kulturę „Wielkiego Wieku”, to znaczy XVII w., kiedy Francja sprawowała bezspornie supremację kulturalną w Europie. Po każdej utracie własnej biblioteki, co zdarzyło się parę razy, wydawał spore sumy na gromadzenie następnej. Pisał w „Pamiętnikach”, że dobra biblioteka przynosi pociechę na wszystkie stany duszy, dodając zaraz, że książki oświecały go, ale nie zniewalały jego poglądów. Pisywał artykuły o polityce międzynarodowej, nie było to jednak jego ulubione zajęcie; w liście do jednego z przyjaciół zwierzał się, że „czytanie jest o wiele przyjemniejsze od pisania. Więcej ma się swobody i odprężenia, pozwalając, by myśli płynęły w formie dość nieokreślonych rozważań, zamiast redukować je do konkluzji z piórem w ręku”.
Wspomniany Robin Harris podkreśla, że Talleyrand „pojmował historię i proces polityczny w sposób bardziej subtelny niż większość mu współczesnych. Uważał, że bieg historii wyznaczają społeczne, kulturalne nurty, nad którymi politycy mają niewielką kontrolę”.
W jego przemówieniach było coś więcej niż treść czysto polityczna. Stendhal, sławny autor powieści „Czerwone i czarne”, który o politykach miał sumarycznie złe zdanie i najwybitniejszych nawet nazywał szubrawcami, przemówienie Talleyranda w Izbie Parów uznał za wydarzenie również literackie. Wizerunek rzekomo cynicznego dyplomaty przesłonił Talleyranda intelektualistę.
Przed Wielką Rewolucją był biskupem i omal nie został kardynałem – przeszkodził jego libertyński tryb życia – ale swoich święceń kapłańskich i sakry nie traktował ze śmiertelną powagą, wreszcie ożenił się nawet, dopiero przed śmiercią uregulował swoje stosunki z Kościołem. Jako młody ksiądz interesował się ekonomią polityczną, wolnością handlu, rolą kredytu, ceną pieniądza. Podjął się prowadzenia spraw finansowych Kościoła i wywiązał się z tego znakomicie. W ruchach i konfliktach religijnych widział głównie walkę polityczną oraz interesy ekonomiczne. O wyprawach krzyżowych pisał: „Handel azjatycki, swoboda komunikacji z tą bogatą częścią starego świata należały do utajonych motywów wojny kilku władców Zachodu z kalifami Arabii… Religia służyła za pretekst polityce, tej zaś przyświecały już korzyści monopolu żeglugi”. Nieomalże marksizm avant la lettre.
Po upadku Napoleona i nastaniu Restauracji biografia Talleyranda została zakwestionowana. Miał on wprawdzie pewien udział w osadzeniu Bourbona na tronie, co przez tegoż zostało docenione, jednak Restauracja stawiała go po stronie politycznie potępionych. Tłumacząc się ze swej kariery, z doskonałą precyzją i rzeczowością sformułował zasady etyki, jaką polityk powinien się kierować wobec nieprawowitego ustroju i jakimi on sam się kierował. Można zadać pytanie, czy rządy restauracyjne miały moralne lub jakiekolwiek inne prawo żądać usprawiedliwiania się zwolenników poprzedniego reżimu.
Godne uwagi jest stanowisko Talleyranda wobec Polski. Był zwolennikiem odbudowania niepodległego państwa polskiego i sądził, że Napoleońska polityka podbojów byłaby usprawiedliwiona, gdyby doprowadziła do takiego skutku. Nie był jednak polonofilem w takim sensie, jak był anglofilem. Widział polskie wady, mówił, że Polacy jako naród są nie do wytrzymania, że z tymi ludźmi nic się nie da zrobić prócz bałaganu; żeby ich sobie zjednać, wystarczy im pochlebiać i „okazywać wzgardę Rosjanom”. W instrukcji, jaką napisał sam dla siebie (w imieniu Ludwika XVIII) na kongres wiedeński, stwierdza, że odtworzenie królestwa Polski byłoby ze wszech miar pożądane, ale warunki do tego niezbędne nie istnieją. Ze wszystkich najtrudniejszy do spełnienia jest ten, by Polska była zdolna mieć skuteczny, trwały ustrój. Gdyby odzyskała niepodległość, nieuchronnie wróciłaby do anarchii, ponieważ jest krajem, gdzie jedynie szlachta ma wolność polityczną, a lud nie ma ani praw, ani własności. Można spróbować nadać Polsce instytucje i prawa, jakie tylko można sobie wyobrazić, ale szlachtę nawykłą do wolności tylko siłą da się nagiąć do ich poszanowania. Powstaje pytanie, skąd wziąć tę siłę? Musi przyjść ona z zewnątrz, już w pełni ukształtowana. Im stosunki byłyby bardziej wolnościowe, tym większa pewność, że Polska znowu pogrąży się w anarchii i znowu zostanie podbita – poniekąd dla własnego dobra. Najlepsze, co w obecnych warunkach można zrobić dla Polski, to nie pozwolić Rosji rozszerzyć swego zaboru na Księstwo Warszawskie. Co się niestety stało. Na dłuższą metę Talleyrand był optymistą co do losów Polski. Mając jeden język, Polacy będą zjednoczeni we wspólnotę narodową. „Pod obcymi panowaniami dojdą wieku męskiego, do którego dojść nie mogli przez dziewięć wieków niezawisłości, a chwila, gdy dojdą, nie będzie odległa od tej, kiedy wyswobodzeni, zwiążą się wszyscy z jednym centrum”.

Wydanie: 12/2011

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy