Bezwstyd nasz powszedni

Bezwstyd nasz powszedni

Powiem państwu, jakie uczucie towarzyszy mi ostatnio nader często. Zażenowanie. Jak wiadomo, to poczucie wstydu za kogoś, kto sam się nie wstydzi, ponieważ albo uczucie wstydu jest mu w ogóle obce, albo uważa błędnie, że wstydzić się nie ma za co, choć robi rzeczy wstydu godne. Moja teza jest taka: coraz więcej osób w ogóle nie ma poczucia wstydu, a równie wiele nie zdaje sobie sprawy, że robi coś, czego trzeba się wstydzić, choć poczucie wstydu jako takie nie jest im obce. Przy czym należy koniecznie pamiętać, że wstyd jest kategorią kulturową i historycznie zmienną. W tym sensie czegoś innego wstydzili się ludzie średniowiecza, a czegoś innego ludzie z epoki nowożytnej. Inaczej przyczyny wstydu wyglądały w kulturze zachodniej, a inaczej w kulturze wschodniej. Są to rzeczy antropologom kultury, kulturoznawcom i historykom doskonale znane, często wykorzystywane przez nich, aby nieco zaszokować studentów np. przypomnieniem, że ludzie średniowiecza, a nawet renesansu nie wstydzili się długotrwałego unikania kąpieli, a posiadacze efektownych peruk w epoce baroku – publicznego polowania na wszy w nich buszujące, dokonywanego za pomocą złotych młoteczków i kowadełek. Jeszcze efektowniej wyglądają przykłady różnic międzykulturowych, szczególnie w sferze życia seksualnego, ale także obyczajów kulinarnych. Felieton ten jednak ma być nie o antropologii kulturowej, lecz o dzisiejszym świecie i jego bezwstydnych mieszkańcach. Przy czym chcę się zająć tylko jednym z rozlicznych wymiarów owego bezwstydu, a mianowicie manifestacyjnym podkreślaniem swojej wyjątkowości, ważności, doskonałości, czy to w wymiarze cielesnym, czy też duchowym. I w jednym, i w drugim wypadku mamy do czynienia z ukrytym bądź ostentacyjnym narcyzmem, czyli zakochaniem się w sobie, znacznie wykraczającym poza potrzebne dla naszego zdrowia psychicznego uznanie dla siebie i autoszacunek. Przypadek to znany nieomal od zawsze (wszak opowieść o Narcyzie pochodzi ze starożytnej Grecji), ale dziś wyjątkowo rozpowszechniony. Nieprzypadkowo mówi się wręcz o epidemii narcyzmu cechującej obecne czasy (szokujące są np. wyniki badań studentów amerykańskich, wśród których narcyzm stał się normą, a nie – jak definiowała go dotąd psychologia – stosunkowo rzadkim i niebezpiecznym odstępstwem od niej). Nie jest żadnym odkryciem wskazanie nader istotnej roli tzw. mediów społecznościowych (w istocie – antyspołecznościowych) w rozpowszechnianiu się tej choroby (pewnie najwięcej złego uczynił tutaj Instagram). Ale nie mniej ważne są głębsze przemiany kulturowe. Kiedyś rzeczą wstydliwą było samochwalstwo, przypomnijmy choćby wiersz Jana Brzechwy „Samochwała”. Dziś to norma, bo podobno „jeśli sam się nie pochwalisz, to nikt cię nie pochwali”. Być może. A jednak wstyd. Dla mojego pokolenia rzeczą oczywistą było, żeby samemu się nie chwalić, tylko cierpliwie czekać na pochwały innych. Żeby mówić o sobie ze skromnością, a najlepiej w ogóle nie mówić. Liczyć na uznanie kilku ludzi, na których nam naprawdę zależy, a nie na poklask obcych. Tego też uczono nas w szkołach, co rzecz jasna miało związek z dominującą wtedy ideologią kolektywizmu, wedle której wspólnota miała się liczyć bardziej niż jednostka. Ideologia była nader wątpliwa, ale przecież chodzi o rzecz głębszą – taki charakter miała generalnie kultura zachodnia jeszcze stosunkowo niedawno, o czym znakomicie pisał swego czasu wybitny historyk amerykański Christopher Lasch w sławnej książce „Kultura narcyzmu”. Słowem, choć zakres uznania wartości indywidualizmu i kolektywizmu różnił się znacznie tu i na Zachodzie, tak jak różniły się ustroje polityczne, to pewna wartość skromności była powszechnie uznawana. Już nie jest i stąd moje zażenowanie. Obserwuję bowiem współczesne targowisko próżności i wstyd mi za ludzi, którzy albo nie mają żadnych istotnych zasług, ale uznają się za pępek świata (tzw. celebryci, czyli osoby znane z tego, że są znane), albo faktycznie je mają, ale nie mogą się zadowolić ich instytucjonalnym uznaniem (np. w postaci tytułu naukowego), lecz muszą jeszcze prezentować swoje rozdęte ego przy byle okazji, nieumiarkowanie lansując siebie, a czasami i potomstwo. Zapominają o znakomitym zaleceniu Wiktora Osiatyńskiego, który sam walczył z demonem narcyzmu (co widać w jego publikacjach), żeby pierwszą godzinę po przebudzeniu poświęcić na przesunięcie siebie z centrum świata na jego marginesy. Zachowywania tak potrzebnej nam skromności nie ułatwia oczywiście współczesny kapitalizm cyfrowy, który jest w ogromnej mierze winny owej epidemii narcyzmu. Idzie w nim bowiem przede wszystkim o stałe produkowanie jakichkolwiek

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 2021, 52/2021

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony