Straszne pytania

ZAPISKI POLITYCZNE 

Zacznę od podziękowania za mnóstwo listów, jakie otrzymuję od czytelników i za życzliwe słowa, które znajduję po otworzeniu kopert. Proszę wybaczyć, że nie daję rady odpisywać. Listów jest dużo, a ja jeden nie potrafię im sprostać, tym bardziej że jeszcze do niedawna wysyłałem felietony ze szpitala, gdzie już samo napisanie kilku stron tekstu było nieraz problemem, a cóż mówić o prowadzeniu korespondencji w tych warunkach. Dziękuję także gorąco za życzenia powrotu do zdrowia. Spełniły się. Działam już prawie na pełnych obrotach, czego skutkiem jest decyzja stanięcia do wyborów parlamentarnych na liście koalicji SLD-Unia Pracy z okręgu 19., czyli z Warszawy.
Wielu czytelników podziela moje opinie w różnych sprawach, wielu troszczy się o dalsze losy kraju. Czasami czytam teksty bardzo żarliwe; bywają też paniczne, choć wzruszające przejęciem się ich autorów kłopotami, jakie przeżywa nasz kraj. Ostatnio ktoś zdecydowanie wrogi prawicy zakończył list słowami: „Panie Małachowski, moja ojczyzna umiera, a rządzący wyrywają jej poduszkę spod głowy”.
Myślę, nawet jestem przekonany, iż nie dzieje się aż tak źle. Niełatwo się poddajemy i nie umieramy z powodu nawet olbrzymich trudności. Należę raczej do tych, których bierze obrzydzenie na widok pewnych zjawisk patologicznych, dręczących Polskę współczesnej doby. Daję temu wyraz w felietonach znajdujących uznanie. Boję się jednak nadmiernego pesymizmu w spoglądaniu na sprawy polskie. Rządy prawicy dobiegają końca, a co mnie martwi najbardziej, to widok sondaży przedwyborczych, z których jasno wynika, iż mimo katastrofalnych doświadczeń, jakie większość Polaków ma w wyniku kilku lat rządów prawicy, jest ciągle tak wielu obywateli gotowych popierać ugrupowania winne niewątpliwego rozkładu naszego państwa. Istnienia rozkładu nikt poważnie myślący nie zechce negować, ale jeszcze daleko do zamierania kraju.
O poważnym kryzysie struktur państwa może z powodzeniem świadczyć kolejna powódź. Od tamtej wielkiej z roku 1997 minęły cztery lata i wielu ludzi – szczególnie spośród tych, co doznali teraz ogromnych szkód – ma wszelkie prawo twierdzić, iż zmieniło się niewiele. Szczególnej wymowy nabiera fakt zamrożenia przez Sejm III kadencji czterech projektów ustaw, złożonych zaraz po wyborach 1997 roku przez Prezydenta RP, regulujących, zgodnie z wymogami nowej konstytucji, różne stany zagrożenia. Prawicowa większość sejmowa – z marszałkiem na czele – nie kiwnęła palcem, by uporządkować przynajmniej stan prawny działań przy zdarzających się cyklicznie katastrofach żywiołowych bądź na wypadek wybuchów społecznego niezadowolenia. Jeśli nawet te projekty, opracowane z inicjatywy prezydenckiej, nie były doskonałe, to przecież można było skierować je do przepracowania w komisjach albo przygotować konkurencyjne akty. Palcem nikt jednak nie kiwnął. Jeśli prócz powodzi zdarzyłby się nam jakiś przeogromny bunt społeczeństwa przeciw biedzie, w jakiej żyje jego wielka część, w ruch pójdą, ani chybi, przepisy wydane na użytek stanu wojennego. Historia jeszcze raz zachichocze bardzo złośliwie.
Groźnym zrakowaceniem kończącej rządy prawicy była nieustająca wojna z Prezydentem RP. Co tam powódź czy inne nieszczęścia, byle temu Kwaśniewskiemu – wybranemu, co prawda, przez olbrzymią większość narodu – zrobić coś na złość, niechby nawet ze szkodą dla Rzeczypospolitej. To zwyczajna podłość.
Pisałem powyżej o ewentualności wybuchu buntu społecznego przeciw życiu w upokarzającej biedzie i bałaganie w strukturach władzy. Czy taki ewenement nam rzeczywiście zagraża? Trudno przewidzieć. Wszelkie rewolucyjne eksplozje mają to do siebie, że pojawiają się nieoczekiwanie. Ekipa rządząca Polską w roku 1980 nie spodziewała się tego, co się wydarzyło w spokojnym – wydawałoby się – kraju, a już nikt nie mógł przypuszczać, że marginalne w gruncie rzeczy w skali światowej wydarzenia doprowadzą po zaledwie 10 latach do przełomu na miarę wielkich rewolucji. Tyle że obyło się bez masowego rozlewu krwi. Wielka w tym zasługa prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Gdyby okazał się człowiekiem ciasnych horyzontów, co się przydarzało w historii wielu generałom, opór przeciw reformom zapoczątkowanym przy Okrągłym Stole musiałby, wcześniej czy później, doprowadzić do wielkiej rzezi zapewne na całym obszarze niegdysiejszego imperium Stalina. Czy znajdzie się u nas odważny historyk, który opisze uczciwie tę niebywałą przemianę, jaka dokonała się w sporej części świata dzięki rozumnym inicjatywom i decyzjom generała-prezydenta?
A co z możliwym wybuchem teraz? Kiedy szala gniewu przechyli się na stronę rewolucyjną? Nikt nie wie, ale wolno przypuszczać, że nie musi do tego dojść, nawet gdyby los sporej części społeczeństwa ulegał dalszemu pogorszeniu, gdyż transformacja ustrojowa dokonała więcej, niż mogłyby uczynić dywizje ZOMO. Mianowicie spacyfikowała – jak się wydaje skutecznie i radykalnie – społeczeństwo, a szczególnie polską klasę robotniczą, od buntu której zaczęła się nasza wielka przemiana ustrojowa. Ja, stary złośliwiec, wyobrażam sobie, co wyprawiałaby z nieboszczką „Komuną” moja „Solidarność”, gdyby zdarzyło się towarzyszom z KC PZPR tak kolosalnie obniżyć poziom życia klasy robotniczej i sporej reszty społeczeństwa, jak udało się liberałom z Unii Wolności z walną pomocą innych sił politycznych. To, co się wydawało niemożliwe w starym układzie sił i przy ogromnej przemocy w rękach władzy, zostało skutecznie zrealizowane środkami ekonomicznymi. Znany na całym świecie ze swej buntowniczości naród polski na klęczkach znosi biedę i upokorzenia bez widoków na bliską przyszłość.
Czy prawdą jest, że to już koniec? Czy taką Polskę będziemy teraz mieli zawsze? Straszne pytania…

24 lipca 2001 r.

Wydanie: 31/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy