Próżny odpływ PiS

Próżny odpływ PiS

PiS wygrało wybory. Kwestionowanie tego faktu wydaje mi się śmieszne i bezcelowe. Senat może ewentualnie spowolnić destrukcyjne poczynania Kaczyńskiego, ale nie ma szansy im zapobiec. Lewica weszła do Sejmu, z czego bardzo się cieszę, jest jednak skazana na jałową opozycję i sukcesem będzie, jeżeli ugruntuje swoją jedność, co przecież niełatwe. Czekają nas więc kolejne cztery lata rządów Nowogrodzkiej i reelekcja marionetkowego Dudy (chyba że, na co się nie zanosi, opozycja znajdzie i wspólnie poprze jakiegoś pozapartyjnego, charyzmatycznego kontrkandydata). A jednak na miejscu Kaczyńskiego nie spałbym spokojnie. Wiele znaków wskazuje bowiem, że PiS osiągnęło szczyty swoich możliwości, a ze szczytów droga prowadzi już tylko w dół.

Zanim zacznę tę tezę uzasadniać – jedno ważkie zastrzeżenie. Pisząc o Niemczech lat 30., nikogo z nikim nie porównuję i, broń Boże, nie równam. Chodzi mi tylko o ukazanie pewnych mechanizmów. W niemieckich wyborach z listopada 1932 r. postęp faszystów został zahamowany. Z lipcowych 37,3% do 33,1% głosów. Wydawało się, przekonany był o tym Franz von Papen, że rozpoczyna się odpływ brunatnej fali. Dlatego m.in. 30 stycznia 1933 r. Hitler mógł zostać kanclerzem. Papen sądził wciąż, że teraz będzie nim manipulował. Tymczasem tegoż samego dnia odnotowuje w „Dziennikach” Joseph Goebbels: „Teraz do pracy. Przygotować nową kampanię wyborczą. Ostatnią. Te wybory wygramy bezapelacyjnie”. A 3 lutego 1933 r.: „Omawiam szczegółowo z Hitlerem rozpoczynającą się teraz kampanię wyborczą. Obecnie łatwo prowadzić taką kampanię, ponieważ możemy wykorzystać wszelkie środki państwowe. Do naszej dyspozycji stoi radio. (…) Radio sprawia mi trochę kłopotów. Wszystkie odpowiedzialne stanowiska zajmują ciągle jeszcze bonzowie starego systemu. Trzeba ich możliwie szybko usunąć, a mianowicie najpóźniej do 5 marca, aby nie można było zaszkodzić finałowi naszej walki wyborczej”. Z kolei 20 lutego 1933 r.: „Zaraz alarmuję cały aparat propagandowy i już po godzinie turkocą maszyny rotacyjne. Pojedziemy teraz na najwyższych obrotach. Jeżeli nie przytrafi się jakaś niespodzianka, to już wygraliśmy na całej linii”. I rzeczywiście 5 marca naziści powiększyli swój stan posiadania o 5,5 mln głosów.

Trudno nie zauważyć, że sytuacja PiS w Polsce jest niemalże odwrotna. W 2015 r. odniosło ono, wraz ze swoimi przystawkami, nadspodziewane zwycięstwo. Od tego czasu przeprowadziło brutalną czystkę w publicznych radiu i telewizji, czyniąc z nich posłuszne narzędzia najbardziej zakłamanej propagandy, umocniło poparcie z ambon, beztrosko zaczęło „wykorzystywać wszelkie środki państwowe”, z finansowymi na czele. Doprawdy wydawało się, że nic nie stoi na przeszkodzie wygraniu następnych wyborów już na całej linii. A jednak w chwili próby okazało się, że nie tylko nie poprawiło poprzedniego wyniku, ale nawet nieco go (Senat) pogorszyło.

Jak należałoby ten dziwny fakt interpretować? Oczywiście odwoływać się można do tego, że telewizyjny Kurski ze swoją dziwaczną muzą, nazwiskiem Ogórek, wydobytą z nicości przez Millera, cokolwiek przedobrzyli, że zaszkodziły kłamstwa Morawieckiego, glajchszaltowanie kultury przez Glińskiego, grubiaństwo i niekompetencja ministrów oświaty itp. Coś w tym na pewno jest, ale to ledwie ułamkowe tłumaczenia. Zasadniczy wydaje się fakt, że PiS doszło po prostu do swojego sufitu. Na dalsze zwiększenie elektoratu nie ma już co liczyć, obie strony okopały się bowiem w wojnie pozycyjnej wykluczającej właściwie jakąkolwiek owocną ofensywę. Kościoła już bardziej wyssać się nie da. Następnego rozdawnictwa pieniędzy budżet nie wytrzyma (wątpliwe, czy wystarczy na dotychczas złożone obietnice). Postępować będzie natomiast powolna korozja władzy. Jarosław Kaczyński zdaje sobie z tego sprawę i żeby uspokoić zwolenników, a w pewnej mierze także zaczarować rzeczywistość, wmawia publiczności, z jakim to potężnym koalicyjnym przeciwnikiem, niesłychanie trudnym do pokonania, musiał się zetrzeć. Jest to oczywista nieprawda, co zresztą nie dziwi w ustach naszego inteligenta z Żoliborza. Było znowu akurat odwrotnie. Jedyny Władysław Kosiniak-Kamysz miał jakiś sensowny pomysł na kampanię wyborczą swojej partii, bo na niej się skoncentrował. Poza nim „programy” były nie obiektywne, ale licytacyjne (wyborca dowiedział się np., że wszyscy chcą naprawić służbę zdrowia, ale, na miły Bóg, nie wymagajcie od niego, żeby zapamiętał i porównywał procenty!).

Rekordy nieudolności i braku wyobraźni pobiła w kampanii, jak zwykle, Platforma Obywatelska. To już chyba choroba dziedziczna. Pamiętamy, jak jej ojcowie, w chwili gdy wszyscy pragnęli dynamicznych przemian, reklamowali Mazowieckiego jako „siłę spokoju”. Albo też wypisywali na sztandarach slogan „najważniejsza jest gospodarka”, któremu aż prosiło się przeciwstawić humanitarny ogólnik, że „najważniejszy jest człowiek”. Teraz jedyne, na co zdobył się Schetyna, to wysunięcie na pierwszy plan Małgorzaty Kidawy-Błońskiej. Jest ona od niego nieskończenie sympatyczniejsza, pewnie i bardziej inteligentna (może odróżniłaby Ukraińców od Frontu Ukraińskiego), ale mówi kubek w kubek to samo, czyli wdmuchuje Dudzie w miech. Gdzie są nowe twarze, nowe idee, nowe pomysły czy choćby tylko nowy język? Panie prezesie, nie musi pan nawet kłamać. Rdza będzie płatami się sypać z PiS, a oni i tego nie wykorzystają!

Wydanie: 44/2019

Kategorie: Felietony, Ludwik Stomma

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy