Yes, yes, yes, u nas też

Nowy rok zgodnie z horoskopem ma stać pod znakiem Kaczorów. Kasandra Senyszyn objawiła erę kaczyzmu już pół roku temu i sprawdziło się. Bardzo lubię święta gwiazdkowe, a łamanie się opłatkiem uznaję za zbliżenie nieszczęśliwych i samotnych, bo taka jest kondycja ludzka, nawet jeśli wydaje nam się, że mamy towarzystwo i jesteśmy szczęśliwi, to jest tylko chwila. Jestem średnio wierząca w niepokalane poczęcie, jak również w miłosierdzie mieszkającego w chmurach starca z brodą. Gdy przechodzę przez onkologię, a już zwłaszcza dziecięcą, o katastrofach i innych dopustach bożych nie wspomnę, mam wątpliwości w tej sprawie. Znam księże argumenty, wiem że świat to d z i e ł o b o ż e oddane ludziom w ajencję, a co oni z tym zrobią, to już ich sprawa, ale żeby prawem kaduka oddawać władzę PiS-owi mającemu 10% poparcia? Gdzie tu litość boska nad narodem? Dzieło boże po łacinie oznacza Opus Dei. Członkowie tej organizacji zamierzają „wynieść Chrystusa na wszelkie pola ludzkiej aktywności”. Ludzka aktywność jaka jest, każdy widzi, i wcale nie wiadomo, czy sam Chrystus chciałby wyniesion być na niektóre jej pola.

Nasze państwo było religijne już za rządów lewicowych, ale powiedzmy, że był to „ukłon grzechu w stronę cnoty”, jak Rochefoucauld określał hipokryzję. Teraz, po koronacji Lecha K., ma być inaczej. Meldunek o wykonaniu zadania, jaki złożył prezesowi Jarosławowi jego brat, rozpoczął erę odnowy moralnej. Mówi się, że ławeczka PiS-u jest krótka, że nie mają wielu ludzi na wysokie stanowiska. Nieprawda. Nowi ludzie, zgodnie z zapowiedzią: TKM, sięgają po władzę.
Gdy ostatnio jedna z moich znajomych zaczęła opowiadać, ile osób z rządu i okolic należy do tajemniczej organizacji Opus Dei, nazwałam ją paranoiczką i obraziłam porównaniem do najbardziej znanego właściciela jacuzzi na świecie, tego, co sądzi, iż pewien hydraulik chce go porazić wodą z prądem. Bogatych posiadaczy wanny z hydromasażem nieerotycznym jest sporo, ale nigdy jeszcze nie zdarzyło się, by ktoś – nomen omen – wykorkował podczas wodno-elektrycznego biczowania, jakim pobożni politycy odprawiają pokutę.
Musiałam jednak odszczekać to porównanie, gdyż poważny tygodnik, za jaki uważam „Newsweek”, poświęcił wiele miejsca problemowi Opus Dei. Czarny pijar religijnej międzynarodówce zrobił „Kod Leonarda da Vinci”, ale fakty też są nie do pogardzenia. Ogromne wpływy w Hiszpanii generała Franco, a w prawicowym rządzie obalonego kłamczucha Aznara sześć ministerstw; autor artykułu pyta: „czyżby historia miała się teraz powtórzyć w Polsce?”.
Ależ ona już się powtarza, na razie jeszcze tylko jako farsa, ale wkrótce może zrobić się jeszcze śmieszniej. W samym nowym rządzie, jak i na stanowiskach doradców znalazło się kilku członków, o których wiadomo, że do Opus należą. Różnica między Hiszpanią a Polską jest taka, że Hiszpanie wiedzieli, kogo wybierają, a my nie. Twórca organizacji, Josemaria Escriva Balaguer, kanonizowany przez Jana Pawła II, urodził się w Hiszpanii właśnie i tam sieć jest najgęstsza.
U nas mało kto wiedział, że premier Marcinkiewicz yes, yes, yes aż tak przychylny braciom i siostrom, że pozwoli, by Alberto Lozano Platonoff, doradca minister Lubińskiej, tej od finansów, był facetem z Opus Dei. Gdybyż to był pojedynczy przypadek! Czytam jednak, że zastępca pani Lubińskiej jest doktorantem hiszpańskiej uczelni należącej do stowarzyszenia, min. Ujazdowski oraz jego dwóch zastępców także powiązani są cienką, acz mocną nicią tej pajęczyny, o której wyborcy w czasie wyborów nie mieli pojęcia. Czy można być wiernym państwu, należąc do wymagającej posłuszeństwa organizacji?
Dziadek Tuska został niemieckim wałkiem rozwałkowany na makaron przez cynicznego kucharza, Jacka Kurskiego, Cimoszewicz utonął w dekolcie zaginionej, a potem cudownie odnalezionej Jaruckiej, wybrał więc żubry, ale literalnie nikt nie poruszył przynależności do Opus Dei. Jeśli obowiązuje pełna jawność, to może warto, by Wildstein opublikował listę członków, a Kurtyka z IPN-em zajęli się lustracją polityków także pod tym kątem, by pokazał tych żyjących w celibacie i mieszkających w prałaturze czy prowadzących normalne życie rodzinne, ważniaków w biznesie, którzy werbują nowych świeckich. Właśnie w Polsce powstaje uczelnia, w której za 16 tys. euro można wyuczyć się ekonomii Dzieła Bożego. Pod warunkiem że jest się wpływowym menedżerem dużej firmy. Napływają zgłoszenia.
Wielkim zainteresowaniem widzów cieszyłby się program na ten temat. Historyczne gwiazdy telewizyjne z IPN-u wystąpiłyby w telewizji publicznej z dokumentalnym filmem, zrobionym zgodnie z wzorcami zaprzeszłego systemu. Faceci z instytutu z powagą przechadzaliby się wzdłuż półek zawalonych teczkami i mówili nam o tym, kto jest kim w Opus Dei, z kim i dlaczego jest powiązany, towarzyszyłaby temu specjalna muzyczka stopniująca napięcie. Oglądalność zapewniona!
Jednak publiczna telewizja, jak już zostanie całkowicie kacza, zajmie się głównie kształtowaniem własnego nieskazitelnego wizerunku, co już się zaczęło. Rzecznik rządu zaprotestował przeciwko temu, że w „Wiadomościach” pokazano tęskniącą rodzinę żołnierza walczącego w Iraku, że program był stronniczy i agresywny. Oglądałam ten materiał. Kunica był obiektywny, mówił o faktach, a że rodziny bardziej tęsknią za bliskimi w czasie świąt, to chyba jest oczywiste. ONI, czyli KACZORY, nie będę nam mówili, co mamy odczuwać. To, co „Wiadomości” mają najlepszego, to właśnie dziennikarze, którzy przeszli z TVN-u. TVN 24 jest najlepszą stacją informacyjną i kuźnią świetnych dziennikarzy i dziennikarek. Poziom trzyma też Kamil Durczok, gnębiony za zadawanie (podobno) mniejszej liczby pytań Kaczorowi niż Tuskowi. Durczoka ma dotknąć zemsta kacyków z fermy.
Dworak broni swoich ludzi przed kaczą hucpą, na razie oparł się tej nawale tumanów. Jednak już powstaje nowa Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, do której PiS robi nabór tylko wśród swoich po to, żeby na wizji być, jak nie przymierzając Jenifer Lopez, od pierwszej do ostatniej sceny w tym filmie grozy. Nie wiedzą, że większość z nich, pokazując się, budzi śmiech i obrzydzenie, nie tylko ze względu na totalny brak urody, ale też polityczną głupotę. Pazerni PiS-owcy, biorąc ambasadorów, policję, rady nadzorcze spółek, media, podciągają wszystko pod czyszczenie moralne. Mają widzów za idiotów z Media Markt, których można wpuścić w kanał, ale wyborcy przed telewizorami zawsze mogą sięgnąć po pilota i kanał zmienić, chyba że minister Dorn będzie wcielał do wojska nieposłusznych widzów, skaczących po programach.

 

Wydanie: 2/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy