Jednostka wszystkim

Jednostka wszystkim

Bez uprzedzeń

Liberalna demokracja oznacza wieczne niezadowolenie. Cytowałem Hegla, ale cytat przeszedł niezauważony. Liberalizm – zacytuję jeszcze raz – głosi „zasadę atomistyczną, zasadę woli jednostkowych: wszystko powinno dziać się teraz z mocy wyraźnej zgody jednostek. Broniąc tej formalnej abstrakcyjnej wolności, liberalizm nie pozwala utrwalić się żadnej organizacji. Wszelkim konkretnym decyzjom rządu przeciwstawia się natychmiast zasadę wolności, piętnując decyzje te, jako wyraz woli partykularnej, a więc samowoli”.
Rząd lepszy czy gorszy, władza ustawodawcza mądrzejsza czy głupsza – reprezentują jakąś ogólność, interes zbiorowy, dobro wspólne. Jednostki – czy będą to przedsiębiorstwa czy osoby – nikogo nie reprezentują, dążą do własnego, partykularnego interesu. Czy można sobie wyobrazić takie zepsucie demokratycznego ustroju, że jednostki ze swoimi prywatnymi interesami będą występowały w roli przedstawicieli dobra ogólnego, a działania rządu zostaną napiętnowane jako samowola? Uważałbym to za kpinę z liberalnego indywidualizmu, gdybym nie obejrzał przypadkowo pewnego odcinka serialu telewizyjnego pod tytułem sejmowa Komisja Śledcza. Prywatna firma medialna stawia tam rządowi zarzut samowoli, a siebie przedstawia jako rzecznika dobra wspólnego. Jakiego dobra wspólnego? Nikt nie mówi, że dochody firmy są dobrem wspólnym, tego by jeszcze brakowało, bronimy (przed rządem) wolności mediów, a to już z pewnością dobro wspólne.
Zamiana interesu prywatnego w „dobro ogółu”, jest charakterystyczna dla sytuacji, jaka się wytworzyła w niektórych (a może wszystkich – nie wiem) krajach postkomunistycznych. W Rosji, gdzie każda zasada, jeśli jest realizowana, to w sposób skrajny, również atomistyczny liberalizm wystąpił w formie monstrualnej. Oligarchowie nie udają, oni rzeczywiście myślą, że reprezentują ducha wolności w jego najszlachetniejszej formie. Ich własne (według w pijanym widzie zadekretowanej koncepcji własności) miliardy są w swej głębszej istocie dobrem wspólnym, podczas gdy rządzący państwem „kagebiści” prywatnie i samowolnie kwestionują ich prawa szybko nabyte. Może zamiana prywatnego w ogólne, a ogólnego w prywatne nie jest cechą „postkomunizmu”, może przejawia ona Weltgeist, jaki ma zapanować w świecie zglobalizowanym, a może jest to tylko mydlenie oczu prostaczkom przez oligarchię, która przecież od początku swego istnienia praktykowała takie sztuczki. Używając do tego celu innych słówek. Uświęconą nazwą dla olbrzymich bogactw papieży, biskupów, opatów i innych prałatów była nazwa „majątek ubogich”.

*

Zbigniew Siemiątkowski wreszcie znalazł sposób na pozbycie się niepożądanych członków SLD. Niepożądanymi są ci, którzy chcą należeć do partii zwyciężającej w wyborach. Genialna brzytwa Siemiątkowskiego: przegrać wybory i będziemy czyści. Liderzy SLD od mówienia małych i nieważnych głupstw przechodzą do eutanazji dokonywanej za pomocą mówienia głupstw coraz bardziej zadziwiających. Senator z SLD wspomina z nutką sentymentu czasy SdRP, kiedy to „byliśmy przyjaciółmi”. Przeprowadzana właśnie weryfikacja ma uczynić z SLD partię przyjaciół. Sam pomysł owej weryfikacji jest głupstwem narzuconym partii przez przeciwników, zwłaszcza przez wrogie gazety. Jeśli przeciwnik narzuca czystkę, to nie po to, aby mieć mocniejszego konkurenta czy przeciwnika, lecz żeby mieć słabszego. Nie mając żadnej idei scalającej partię (ani języka, który mógłby być słuchany przez społeczeństwo), liderzy umyślili sobie oczyścić się z członków bezideowych. Czystka może przejść najśmielsze oczekiwania, ale z SLD „partii przyjaciół” nie uczyni. Wyobraźmy sobie, że po weryfikacji zostało tylko grono wiceprzewodniczących: czy Jakubowska z Celińskim mogą się zaprzyjaźnić?

*

Tyle razy wymówiłem słowa czystka i weryfikacja, że przypomniało mi się, jak sam byłem kiedyś weryfikowany. Był rok może 1957, już po manifestacjach w obronie „Po prostu”. Komisji przewodniczyła melancholijna pani doktor Majerowa, za młodo wyglądająca jak na dąbrowszczaczkę, którą rzeczywiście była. Nie paliła się ona do weryfikowania, ale fakty były wymowne. W mojej obronie, którą później nieraz przeklinałem, stanął profesor Tadeusz Kroński, uchodzący niesłusznie za zawsze bezpartyjnego. Mimo niedźwiedziej przysługi, jaką mi wyrządził, kochałem profesora Krońskiego, ale miłością platoniczną, bo na wykłady jego z rzadka zachodziłem. Był to artystyczny profesor, ale miał swoje wady. Kto ich nie ma?

 

Wydanie: 47/2003

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy