My nie wszyscy z niego…

My nie wszyscy z niego…

Felieton Ludwika Stommy „Żeromszczyzna” („Polityka”, nr 27) sprawił mi przyjemność, nie tylko ten zresztą. Czczę Żeromskiego na podstawie własnego rozeznania, ale również za przykładem ludzi, którzy byli dla mnie kiedyś wielkimi autorytetami w sprawach intelektu. Na przykład Leszek Kołakowski. Nie zrozumie się jego zaangażowań społecznych, i tych wczesnych, i tych trochę późniejszych, jeśli się nie będzie wiedziało, że Stefana Żeromskiego uważał za jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy. Nie marksizm przecież i nie katolicyzm były jego pierwszymi lekcjami pojmowania społeczeństwa, lecz żeromszczyzna. Zawsze przy tych nazwiskach przychodzi mi na myśl Andrzej Mencwel, łączący w swojej postawie wpływy Żeromskiego i Kołakowskiego z czasów warszawskich.
Nie trzeba myśleć, że wyznawcy proroka Żeromiasza (kalambur Nowaczyńskiego, oczywiście) niedowidzieli jego błędów literackich. Powiem tylko o sobie: nie byłem w stanie przeczytać „Dziejów grzechu”, utworu jawnie komercyjnego. Lekturę „Popiołów” przerwałem na stronie, gdzie zgwałcona przez zbójców kochanka Rafała rzuca się w przepaść. Odstawiałem lekturę także z powodów jakościowo odmiennych, ale to kwestia zbyt skomplikowana na taki upał.
Miłosz powiedział gdzieś, iż Żeromski „źle się starzeje”. Jednak nie aż tak źle jak Sienkiewicz, który za życia był niemal przywódcą narodu, a dziś – w dalszym ciągu według Miłosza – jest pisarzem dla młodzieży, a raczej byłby, gdyby młodzież czytała książki. Trudno byłoby znaleźć przykład tak zadziwiającej deklasacji pisarza jak ta, jakiej uległ Sienkiewicz. Nie trzeba sądzić, że współcześnie autorzy są zabezpieczeni przed takim losem.
Każdy pisarz, jeśli nie znika całkowicie z pamięci ludzi, to się jakoś starzeje. Naszych pisarzy Jurków niestety spotyka przeważnie to pierwsze. Warto zdać sobie sprawę z odmienności w starzeniu się. W pisarstwie Żeromskiego najbardziej zestarzała się psychologia. Dziś ani się tak ekspresjonistycznie uczuć nie opisuje, ani tak przesadnie się ich nie przeżywa. Nie tylko literatura, ale cała współczesna sztuka obniża poziom sublimacji, dążąc do dosłowności. Dosłowne opisy aktów seksualnych zajmują coraz więcej miejsca w dziełach literackich, są już powieści składające się prawie wyłącznie z takich opisów. Pisarz epoki przeddemokratycznej, zarówno Sienkiewicz, jak Żeromski, jak każdy inny, żeby opisać czyn sadystyczny, potrzebował osłony heroistycznej czy pretekstu moralistycznego, dziś te wszystkie przyzwoitki są mu zbędne. Dopuszczalne, a nawet wymagane jest przedstawienie rzeczy tak, jak ona jawi się w „prawdziwym życiu”. Jeżeli na ulicy słyszy się język wulgarny, składający się głównie z nazw czynności seksualnych, to reguła autentyzmu wymaga, aby tak mówiono ze sceny teatralnej, z ekranu i nie inaczej pisane powinny być utwory literackie.
Czytałem gdzieś niedawno opinię pewnego francuskiego intelektualisty, że Goethe jest przestarzały. Oczywiście, że jest przestarzały. Bardzo źle się zestarzał. Cała klasyczna, przeddemokratyczna kultura zmierza do totalnie złego zestarzenia się. Najpierw zauważyli to w Nowym Jorku, powoli, ale coraz prędzej dowiaduje się o tym cały świat.
Wracam do Żeromskiego. Pewien kłopot z autorem „Przedwiośnia”, a właściwie z samym „Przedwiośniem” pod koniec życia miał Herling-Grudziński. W młodości i długo potem podziwiał Żeromskiego jako pisarza, wyznawał jego idee społeczne, z czasem jednak zaniepokoiła go wymowa „Przedwiośnia”, którą z powodu zakończenia można odczytywać w sensie prokomunistycznym. Cezary Baryka przyłącza się do manifestacji robotników maszerujących na Belweder. Błąd Herlinga polegał na tym, że zgodnie z interpretacją dość potoczną uznawał Barykę za bohatera pozytywnego. Tymczasem jest to postać, która przynosi nieszczęście: Cezary unieszczęśliwiał matkę, stał się powodem otrucia młodej kobiety, bił po twarzy swoją kochankę, i wreszcie impuls autodestrukcyjny skierował go na lufy karabinów czekające na demonstrantów pod Belwederem. „Przedwiośnie” jest wybitną powieścią, moim zdaniem (poza maturą i egzaminem wstępnym na Uniwersytet Warszawski nie miałem powodu, żeby się o niej wypowiadać) głównie dzięki „Nawłoci”, będącej piękną nowelą, mało zależną od części bakijskiej i warszawskiej.
Wypowiadam się tu może zbyt stanowczo o Żeromskim, a przecież nie czytałem nawet wszystkich jego powieści. O „Wiernej rzece” wiem, że była tłumaczona na język niemiecki, co było dla mnie jedną z dwu ciekawostek, na jakie natknąłem się w książce francuskiego filozofa nazwiskiem Dujardin, poświęconej zagadnieniu kłamstwa, jeżeli dobrze pamiętam. Jest tam przypis odwołujący się do niemieckiego wydania „Wiernej rzeki”. Dziwnie przypadkowe są wędrówki pojęć.
Trzy razy czytałem „Syzyfowe prace”; za każdym razem byłem zachwycony. Jest to jedna z najlepszych polskich powieści, w ogólnym wyrazie oczywiście bardzo smutna. Inne powieści Żeromskiego zawierają piękne fragmenty, ale w całości doskonałe nie są.
Co Witold Gombrowicz sądził o Żeromskim, każdy może przeczytać w pierwszym tomie „Dziennika”, ale na wypadek gdyby ktoś przy sobie „Dziennika” nie miał, zacytuję parę zdań ze swojego egzemplarza. „Co do Żeromskiego… Od Sienkiewicza chyba głębszy i wznioślejszy. (…) Żeromski jest cały z płci, miłości, instynktu, on został urobiony przez Erosa, to jego kraina, tu on jest u siebie, najczulszy, najdelikatniejszy, najbardziej wymowny. Ale kochanek stał się obywatelem, łowca drżeń miłosnych przeobraża się w nauczyciela, tropiciel namiętnego zapamiętania staje się społecznikiem – patriotą, a rozfalowany, gorzki, migotliwy liryzm zaczyna krzątać się z synowską troską wokół Polski. (…) Ale u Żeromskiego odczucie miłości jest ostateczne i tragiczne. A odczucie ojczyzny wtórne i raczej dydaktyczne”. Nie zgłaszam sprzeciwu.

Wydanie: 28/2012

Kategorie: Bronisław Łagowski, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy