Bajoro

Już w roku 1871, a więc szmat czasu temu, francuski konserwatywny publicysta katolicki, Louis Veuillot, obawiając się zbytniego wpływu libertyńskich dzienników, radził: „Dzienniki stały się takim niebezpieczeństwem, że konieczne jest tworzyć ich wiele. Prasa nie może być zwalczana inaczej jak tylko przez nią samą i neutralizowana tylko przez swoje mnóstwo. Dodajmy potok do potoku i kiedy jeden zleje się z drugim, nie utworzą nic więcej jak bagno, lub – jak kto woli – morze”.
Żyjemy w bagnie. Nie dlatego, że dzienników jest za dużo, ale dlatego, że wszystkie one prześcigają się w dostarczaniu coraz to bardziej sensacyjnych wiadomości, które w sumie zamieniają się w kolosalne bajoro, z którego nie sposób wyłowić czegokolwiek, co zdolne by było przykuć uwagę lub pobudzić do rzeczywistego namysłu.
W ten właśnie sposób tonie opinia publiczna – we wrzasku, zgiełku, chaosie, wobec którego najchętniej chciałoby się zatkać uszy.
W rezultacie normalny obywatel zdolny jest skupić się niemal wyłącznie na wiadomościach sportowych – że Małysz znów skacze, że piłkarze ręczni przegrali, ale i tak wygrali wicemistrzostwo, że futboliści wykopali Estończyków, a bokser Adamek stracił mistrzostwo świata w walce z mańkutem. Są to wiadomości zdrowe, normalne, krzepiące, ponieważ dochodzą ze świata, w którym istnieją jeszcze jakieś racjonalne kryteria i uczciwe hierarchie.
Kłopot jednak z tym, że w bajorze medialnym także pływają niekiedy doniesienia ważne, na które należałoby jakoś reagować, gdyby opinia publiczna nie miała już zamulonych oczu i zatkanych błotem uszu.
W ubiegłym tygodniu Międzynarodowy Panel do spraw Zmian Klimatycznych, powołany przez ONZ, opublikował w Paryżu raport, w którym definitywnie już stwierdza, że ocieplenie klimatu jest winą cywilizacji ludzkiej i że może już za pół wieku glob nasz będzie wyglądał całkiem inaczej niż dzisiaj – zatonie część Holandii, nie mówiąc o naszych Żuławach, utoną mniejsze wyspy na Pacyfiku, Europa Środkowa żyć będzie w klimacie upału, polewanego co jakiś czas porą deszczową, Afryka zamieni się w pustynię, a rodzące się obecnie dzieci nie zobaczą już połowy istniejących jeszcze roślin i zwierząt, nie tylko białych niedźwiedzi czy reniferów.
A więc jest się nad czym zastanowić, tylko kto to wyłowi z bajora?
Na pewno osobą tą nie jest minister środowiska, Jan Szyszko, który właśnie jednym ruchem pióra przesądził los doliny Rospudy, niezwykłego rezerwatu roślin i ptactwa, przez który przebiegać będzie teraz autostrada. Nie czekając, aż zniszczą nas zmiany klimatyczne, niszczymy się sami.
Przykład Rospudy nie jest jednak tylko dowodem tępoty urzędnika, lecz także pokazem tego, co warta jest u nas opinia publiczna. Otóż akcja w obronie Rospudy była jedną z lepiej zorganizowanych, konsekwentnych i upartych mobilizacji opinii publicznej w ostatnich latach. Ludzie pisali listy, prasa, głównie „Gazeta Wyborcza”, dostarczała im argumentów, wypowiadali się uczeni, intelektualiści, rzecznik praw obywatelskich, poruszono Komisję Europejską. I wszystko to utonęło w bajorze informacyjnym, na czym wygrywa zawsze arogancja władzy.
Bo władza, korzystając z porad Veuillota sprzed 150 lat prawie, po prostu robi swoje i jest coraz bardziej pewna, że jej pomysły, nawet te najbardziej absurdalne, nie napotkają żadnego oporu opinii, a jeśli nawet, to skończy się na pustej gadaninie, która utonie w ogólnym zgiełku.
Ten zgiełk można oczywiście odpowiednio podsycać, kiedy chce się zrobić jakiś naprawdę gruby numer. Ostatnio np. krzykliwym zagłuszaniem opinii jest sprawa zamachu na Jana Pawła II, o którym rzekomo polskie tajne służby wiedziały już wcześniej, ale nie ostrzegły ani Watykanu, ani Włochów, ani nikogo. Wyznał to tygodnikowi „Wprost” jakiś niezidentyfikowany pułkownik polskiego wywiadu, który ponoć widział na własne oczy odpowiednią notatkę, ale, jak twierdzi, notatka ta zaginęła, o czym mówi z kolei w „Trybunie” inny, tym razem autentyczny pułkownik wywiadu wojskowego PRL, Karol Szeląg, twierdząc, że wszystko to jest wręcz niemożliwe.
Dziwaczne? Owszem, ale w ten sposób publika bawić się będzie przez czas jakiś Alim Agcą, Szarymi Wilkami, zamachem, który podobno mogliśmy udaremnić, tak samo jak już się bawi równie zagadkowym agentem WSI, który ponoć zamierzał opanować telewizję publiczną, chociaż nie bardzo wiadomo, po co.
A tymczasem w zgiełku przejść mają co najmniej trzy grube sprawy. Pierwszą jest sprawa degradacji generałów, którzy wchodzili w skład WRON, sprawującej władzę w czasie stanu wojennego, w tym gen. Jaruzelskiego.
Gen. Jaruzelski, emerytowany prezydent, stanowi ulubioną tarczę strzelniczą dla obecnego rządu i praktycznie nie wychodzi już z sądu, rozpatrującego wszystkie jego działania. Znęcanie się nad Jaruzelskim jest aktem zemsty małych człowieczków, którzy nie mogą mu wybaczyć odwagi podjęcia historycznych decyzji, które historia oceni i już oceniła. Ale degradacja jest aktem prawnym, który ustanawia nowe, niezwykłe standardy postępowania.
Po wojnie, u początków PRL, krążył jakiś czas pomysł „procesu wrześniowego”, a więc ukarania w drodze sądowej winnych klęski wrześniowej 1939 r., co miało być widowiskiem propagandowym. Ale przecież puknięto się w głowę, a wszyscy generałowie wrześniowi, także ci, którzy znaleźli się w kraju, np. gen. Berbecki i inni, dopełnili swego życia ze stopniami, na które zasłużyli sobie latami służby.
Francuzi tuż po wojnie rozstrzelali marszałka Petaina, bohatera I wojny światowej, jako zdrajcę i kolaboranta, ale rozstrzelali go jako marszałka. Po pierwsze, dlatego że robił to człowiek honoru, gen. Charles de Gaulle, a po drugie dlatego właśnie, że jeśli chce się w ogóle mieć wojsko, trzeba przestrzegać zasad honoru wojskowego, na którym instytucja ta się opiera. Stopnie i ordery są tego wyrazem, co cywilowi jak ja może wydawać się dziwne, ale tak jest po prostu.
Ale czy naprawdę chcemy mieć wojsko?
Właśnie złożył rezygnację Radek Sikorski, minister obrony, młody człowiek rozkochany w armii. Radek Sikorski nie jest i nigdy nie był bohaterem mojej bajki. Ale jeśli jest prawdą, że powodem jego dymisji jest przekonanie, że na skutek działalności intryganta i sensata, Antoniego Macierewicza, żołnierze polscy jadą do Afganistanu bez osłony wywiadowczej, a słynna tarcza antyrakietowa, która ma u nas bronić Stanów Zjednoczonych, instalowana jest niezgodnie z naszymi interesami państwowymi, to Radek Sikorski dał głowę za słuszną sprawę, co warto zapamiętać.
Właśnie te dwie sprawy – lekkomyślność w szafowaniu ludzkim życiem podczas niepotrzebnej, niedorzecznej interwencji afgańskiej, od której wykręca się jak może cała Europa, oraz lekkomyślność przy instalowaniu u nas tarczy antyrakietowej, przeciw której ostro protestuje już Rosja, trzeba utopić w bajorze zgiełku.
Oczywiście, że się to uda.

Wydanie: 7/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy