Herezje

Kuchnia polska

Niezależnie, co wyniknie z tego dalej, jest wielką zasługą senatu Uniwersytetu Jagiellońskiego, że swoją uchwałą obligującą profesorów, aby zadeklarowali się jako pracownicy jednej tylko uczelni, uruchomił lawinę.
Ta lawina zagarnia wszystkie problemy związane z życiem uniwersyteckim w Polsce. Sprawę uposażenia naukowców i nakładów na naukę, bo przecież wykładowcy biegający pomiędzy kilkoma lub – jak się słyszy – kilkunastoma nawet uczelniami naraz nie czynią tego z potrzeby ducha, lecz dla pieniędzy. Sprawę relacji pomiędzy uczelniami państwowymi a prywatnymi. Sprawę awansu naukowego naszego społeczeństwa. Wreszcie sprawę demokracji, czyli równości szans w dostępie do nauki.
Dotknęła jednak także sprawy, o której mówi się niechętnie lub milczy, a mianowicie kondycji polskiej nauki. Nie chcę tu nikogo urazić, od każdej reguły są – jak wiadomo – wyjątki, trzeba jednak wypowiedzieć na głos tę herezję, że nauka polska od dłuższego już czasu jest bezpłodna. Panuje u nas kult profesorów, którym to tytułem posługuje się coraz więcej osób, uważa się, że sam ten tytuł sprowadza na używające go osoby jakąś niezwykłą iluminację, do tego stopnia, że powołując profesorów nie tylko do rządu, ale nawet do rad nadzorczych spółek medialnych, czyni się to w przekonaniu, że reprezentują oni i wiedzę teoretyczną, i znajomość praktyki, a wreszcie nieskalane walory moralne.
Tymczasem jeśli porównamy obecny dorobek nauki polskiej z jej dawną pozycją, dojść musimy do wniosków smętnych. Czy i gdzie mamy na przykład coś na kształt dawnej lwowskiej szkoły matematycznej Banacha i Steinhausa? Czy istnieje coś podobnego do słynnej szkoły logiki Łukasiewicza, Leśniewskiego i Kotarbińskiego? Czy mamy w socjologii jakiś odpowiednik kręgu Stanisława i Marii Ossowskich? Czy istnieje ktoś taki jak nowy Kalecki, jeden z największych ekonomistów XX w., Infeld współpracownik Einsteina, Michałowski, egiptolog światowej klasy, krąg badawczy na miarę „szkoły krakowskiej”?
Powtarzam: może tu kogoś pomijam lub obrażam. Ale prawda jest taka, że wszystkie te autentyczne doścignięcia nauki polskiej były dziełem uniwersytetów, traktowanych nie tylko jako wyższe szkółki dla młodzieży, ale przede wszystkim jako ośrodki badawcze i środowiska naukowe. Pisał kiedyś o tym obszernie prof. Chałasiński, twierdząc, że uniwersytet jest wręcz jądrem życia narodowego, nie tylko w nauce.
Narzekamy – i słusznie – na nędzę finansową nauki i jest to zbrodnia, za którą odpowiadać będą przed historią nie tylko wszystkie rządy III Rzeczypospolitej, ale także ostatnie rządy PRL-u. Lecz niezależnie od tego uniwersytetu jako ośrodka myśli i nauki, miejsca refleksji naukowej, w trakcie której wytwarzają się także relacje mistrz-uczeń, rośnie młodsza kadra naukowa, tworzą się „szkoły” – a więc dzieje się to wszystko, co obserwujemy w Oksfordzie i na Sorbonie, w Princeton i MIT – nie zbuduje się z profesorami pędzącymi z wykładu na wykład po całym mieście, a nawet kilku miastach. Bezpłodność polskiej nauki jest owocem właśnie tego stanu.
Mówi się, że zamiast tego mamy jednak sukcesy dydaktyczne, i rzeczywiście liczba młodzieży studiującej wzrosła czterokrotnie, do około 2 mln. Stało się to głównie za sprawą uczelni prywatnych, dla których, jak się twierdzi, przywiązanie kadry naukowej do jednej tylko, zazwyczaj państwowej uczelni byłoby katastrofą. Ale szkolnictwo prywatne przedstawia obraz złożony. Są tu uczelnie poważne, mające szansę stać się ośrodkami nauki. Ale nie brakuje – powiedzmy to na głos – grandziarskich przedsięwzięć komercyjnych, zdzierających skórę ze słuchaczy, a także młodszej zwłaszcza kadry dydaktycznej. Tym szkołom również, dla formalności, potrzeba kilku profesorów tytularnych, chociaż ci często ogóle nie prowadzą zajęć, nie mówiąc o badaniach.
Ten wysyp uczelni prywatnych wymusiła sama młodzież czy też jej rodzice, rozumiejąc, że wykształcenie jest być może jedynym kapitałem, który może nas uratować w zintegrowanej Europie. Tam, gdzie jest popyt, rośnie podaż, często bardzo podejrzanego towaru. Uczelnie prywatne przyjmują w zasadzie każdego, kto płaci, trudno zostać z takiej uczelni wyrzuconym, bo kto normalny wyrzuci 700 lub więcej złotych miesięcznie za okno, a tyle przynosi student. Zadziwiającym natomiast fenomenem, ukazanym przez niedawne badania, jest to, że na owe płatne prywatne uczelnie chodzi więcej młodzieży z biednych rodzin niż na bezpłatne (w dużym stopniu przynajmniej) i przeważnie lepsze uczelnie państwowe. Dlatego po prostu, że wymagania są tu wyższe, trudno im sprostać, kończąc szkołę średnią w podrzędnej miejscowości i wychowując się w domu bez książek. Mamy więc do czynienia z paradoksem, na skutek którego poczwórny wzrost miejsc na uczelniach, zbliżony już ilościowo do norm europejskich, wcale lub tylko w niewielkim stopniu umocnił demokrację edukacyjną, zapewniając awans społeczny (mój Boże, jak wstydliwie porzuciliśmy ten zwrot wraz z nastaniem III Rzeczypospolitej!) młodzieży ze wsi i klas pracujących najemnie.
Czy jest na to jakieś remedium? Płatne uczelnie państwowe? Bon edukacyjny, przywiązany do osoby studenta niezależnie od tego, w jakiej uczelni pobiera on nauki, jak proponuje obecnie MEN? Drugi postulat wydaje się sensowny, pierwszy byłby dość dziwaczny, gdyby wprowadzał go w życie rząd socjaldemokratyczny, a więc formacji, która demokrację oświatową i kulturalną powinna uznawać za swój główny cel.
Ale sprawą wcale nie mniej ważną jest stan nauki polskiej. Od tego przecież zależy w rezultacie, co będą wynosić ze studiów absolwenci wyższych uczelni i ile naprawdę będą warci na rynku pracy. Trzeba doprowadzić do sytuacji, kiedy studia wyższe przestaną być szkółką, ale staną się także okazją do kontaktu młodych ludzi z procesem naukowym, z wątpliwościami, poszukiwaniami, pytaniami, jakie stawia sobie ich wykładowca. Tego nie zrobi się w biegu. I nie zrobią tego uczeni oderwani od badań, pracujący ustami, powtarzając wyuczone formułki, które można przeczytać w podręcznikach, zamiast głową.

Wydanie: 30/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy