Krzyk i slogany

Ten felieton jest ostatnim, jaki moi łaskawi czytelnicy przeczytają przed wyborami. Następny numer „Przeglądu” ukaże się, gdy będzie już po wszystkim. Nie ukrywam, że to dla autora położenie mało wygodne.
Oczywiście nie jestem na tyle szalony, aby uważać, że treść tego felietonu może mieć jakikolwiek wpływ na czyjekolwiek zachowanie przy urnie wyborczej w niedzielę, 21 października, a nawet na samą obecność przy tej urnie. Mimo że media zabawiają nas nieustannie zmieniającymi się sondażami opinii wyborczych, odnoszę wrażenie, że od pewnego już czasu karty są w zasadzie rozdane. PiS uporczywie prze do przodu, czemu sprzyja fakt, że jest partią rządzącą, a więc może tworzyć mnóstwo sytuacji, w których jego ludzie i jego racje dochodzą do głosu, raz w mundurku partyjnym, raz znów w garniturze urzędowym. Ma do dyspozycji służby specjalne, które w każdej chwili dostarczyć mogą materiałów w rodzaju zadziwiającej taśmy CBA, na której widać doktora G. inkasującego łapówkę w kopercie, ma też media publiczne i co najmniej uległość mediów prywatnych, które transmitują jego wiece wyborcze, zwłaszcza te, na których występuje premier. A premier się nie oszczędza, codziennie odwiedzając powiaty i gminy.
PiS całkiem świadomie i dość skutecznie tworzy przed wyborami psychozę wyboru ostatecznego, a więc albo my, albo potop, albo nasza wizja Polski, albo niejasna, lecz straszliwa recydywa wszystkich nieszczęść, jakie kiedykolwiek spadały na ten kraj. Wymyślona przez premiera niedorzeczna analogia pomiędzy ewentualnym zwycięstwem PO lub LiD a stanem wojennym z 13 grudnia 1981 r. wcale nie była jego przejęzyczeniem, lecz świadomym tworzeniem klimatu grożącej nam katastrofy. To działa. Nietrudno też zauważyć, że dookoła PiS-owskich wieców wyborczych coraz więcej jest atmosfery parteitagów z czasów schyłku Republiki Weimarskiej i coraz więcej posępnych osiłków, od których można dostać w zęby.
Nie trzeba tłumaczyć, że ten klimat nie sprzyja żadnej merytorycznej dyskusji o przyszłości ani przeszłości kraju, lecz wręcz ją wyklucza. Wiara w debaty telewizyjne jest wiarą naiwną, są one częścią przedwyborczego teatru i zgiełku i trudno się spodziewać, że padną tam słowa przemyślane i mądre. Polityka PiS jest polityką krzyku, a nie rozmowy ze społeczeństwem. Jest to zakrzykiwanie faktów, zdarzeń i ich konsekwencji, co nie znaczy oczywiście, że te konsekwencje nie nastąpią, chociaż znów zostaną zakrzyczane.
Mieliśmy więc np. wizytę naszego prezydenta we Francji i jego rozmowę z prezydentem Sarkozym, po której Lech Kaczyński powiedział, że prawie już zyskał poparcie Francji dla swojej słynnej idei Joaniny, pozwalającej Polsce blokować i opóźniać decyzje europejskiej większości. A więc brawo, PiS ustanawia naszą hegemonię w Europie, ale że nic takiego nie powiedział także Sarkozy ani nie wystąpił na wspólnej konferencji z naszym prezydentem, chwilę zaś przed tym dokładnie tak samo poklepywał się z czeskim premierem Topolankiem, cóż to może mieć za znaczenie? Potrzebowaliśmy sukcesu przed wyborami i go mamy. A potem się zobaczy.
I tak jest niemal ze wszystkim. Podstawą PiS-owskiego stylu kontaktu ze społeczeństwem jest sprowadzanie każdego istotnego zagadnienia do formuły sloganu i niedopuszczanie, aby rozrósł się on w wymianę zdań i opinii.
Niedawno premier przemawiał na Podlasiu i nie wiadomo jaki diabeł go podkusił, aby tam właśnie, a więc w regionie jak na obecną Polskę wyjątkowo wielonarodowościowym i wielowyznaniowym mówić, że naród to jest jedność, jednolitość, jednonarodowość, zwłaszcza gdy mieć będzie w jego osobie jednego wodza. Czy była to tylko pomyłka, czy też przeciwnie, świadoma próba zakrzyczenia i przykrycia sloganem jednego z najtrudniejszych i najważniejszych problemów, jakim jest dla Europy i będzie dla Polski wielonarodowość i wielokulturowość w ramach jednego państwa, perspektywa, której nie da się uniknąć, a która zwłaszcza dla partii nacjonalistycznych jak PiS jest kwadraturą koła?
Innym razem, w Lubelskiem, premier zajął się na nowo elitami. Dotarło bowiem do niego, gdyż jest człowiekiem bystrym, że samo opluwanie elit, zwanych oficjalnie łże-elitami, jest nonsensem i żadne społeczeństwo nie może istnieć bez elit, a jeśli ich nie wytwarza, znaczy to, że jest martwe. A więc powiedział, że elity tak, elity owszem, lecz tylko takie, które bronią państwa i narodu. Żeromski mówił jednak już nieco wcześniej, że zadaniem elit jest rozdrapywanie narodowych blizn, aby nie zarastały błoną podłości, i jest to coś wręcz odwrotnego niż opinia premiera. W każdym demokratycznym kraju za elity społeczeństwa uważa się te kręgi ludzi wykształconych, które zdolne są spojrzeć krytycznie na własne społeczeństwo i własny naród, wydobyć na jaw jego wady, wskazać na objawy jego głupoty, owczego pędu, zacofania i otumanienia. Jest to oczywiście utrapieniem wszystkich głupich rządów, natomiast nowoczesne systemy demokratyczne potrafią znakomicie wykorzystać swoje elity jako niezbędny system wczesnego ostrzegania przed zasadzkami historii, nawet gdy poszczególni rządzący nocą, w zaciszu swoich sypialni bezsilnie gryzą palce i płaczą w poduszkę z wściekłości na bezeceństwa, jakie wypisują o nich ci mędrkowie.
Czyżby nasz premier tego nie rozumiał, wołając do lubelskich wyborców, że zna kilku profesorów, którzy jak ulał pasują mu na elity, patriotyczne i narodowe?
PiS robi wszystko, aby 21 października postawić nas przed alternatywą: oni – albo katastrofa. Jest to alternatywa błędna, ponieważ katastrofą są oni.
Paradoks zaś polega na tym, że tę właśnie oczywistość pokazała nadzwyczaj wyraźnie sprawna, intensywna, świetnie zorganizowana, wykorzystująca wszystkie możliwe środki oddziaływania na wyborców kampania wyborcza tej partii. Ponieważ ta właśnie kampania odsłoniła cały prymitywizm myślenia PiS, jego anachroniczność w widzeniu społeczeństwa i świata, niechęć lub niemożność zastanowienia się nad czymkolwiek. Pokazała krzyk zamiast rozmowy i wytarte nacjonalistyczne slogany zamiast mądrego namysłu nad rzeczywistością.
Od nas zależy, czy będziemy z tym żyć przez następne cztery lata. I niech nikt nie mówi, że tego nie widział. Otóż widział dokładnie dzięki kampanii wyborczej PiS i kolejnym, transmitowanym na cały kraj przemówieniom premiera.

Wydanie: 42/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy