Polityczne w grobach grzebanie

Polityczne w grobach grzebanie

Wiele grobów postaci historycznych bywało otwieranych, a ich szczątki poddawane były badaniom. Zdarzało się to przy okazji remontów kościołów, gdy przypadkowo napotykano czyjś grób lub trzeba go było na czas tego remontu zabezpieczyć, przy okazji remontu samego sarkofagu. Tak na przykład w latach 70. XX w., przy okazji remontu kaplicy świętokrzyskiej katedry wawelskiej otwarto groby Kazimierza Jagiellończyka i jego żony Elżbiety Rakuszanki. Przy okazji konserwacji sarkofagu Kazimierza Wielkiego ponad sto lat wcześniej przypadkiem odkryto, że zwłoki królewskie spoczywają wewnątrz sarkofagu, ponad podłogą katedry, a nie – jak sądzono – w krypcie pod sarkofagiem. Także w latach 30. XX w. zabezpieczając fundamenty katedry wileńskiej, uszkodzone w czasie powodzi, przypadkiem natrafiono na zalane wodą i mułem groby królewskie, w tym na grób Barbary Radziwiłłówny.
Badano szczątki postaci historycznych przy okazji ich ekshumacji, poprzedzającej przeniesienie zwłok w inne miejsce, przy okazji procesów beatyfikacyjnych, czasem czyniono to w celach naukowych, aby wyjaśnić jakąś historyczną zagadkę.
Prawie wszystkie groby królewskie na Wawelu – poza grobami Łokietka i Jagiełły – były otwierane, a szczątki królów przy tej okazji bardziej lub mniej dokładnie badane. Na zlecenie bp. Karola Wojtyły, ówczesnego wikariusza kapitulnego, wyjmowano z relikwiarza i poddawano badaniom czaszkę św. Stanisława.
Nigdy dotąd w sprawy ekshumacji i pośmiertnych badań zwłok nie były zaangażowane najwyższe czynniki państwowe. To, że za otwarciem sarkofagu gen. Sikorskiego opowiada się sam prezydent Rzeczypospolitej, jest czymś absolutnie nowym. Jak widać, po polityce historycznej przyszedł czas na politykę archeologiczną, a nawet politykę medyczno-sądową.
Jest to zasadniczo nowa jakość. Dotąd badania doczesnych szczątków rozmaitych postaci historycznych służyły celom albo naukowym, albo kanonicznym, sam w takich badaniach kilkakrotnie brałem udział. Od dziś okazuje się, że mogą służyć celom politycznym.
Nad grobem Sikorskiego (na razie jeszcze zamkniętym) już toczy się polityczny spór. Skoro prezydent Kaczyński chce otwierać sarkofag, od razu rodzi się pytanie, dlaczego zwłok Sikorskiego nie kazał zbadać prezydent Wałęsa przy okazji sprowadzania zwłok generała do Polski w 1993 r.? Od razu odpowiedział Lech Wałęsa, który jak wiadomo, żadnych błędów nie popełnia, a czuje, że kolejny chcą mu wytknąć. Oświadcza więc, że kazał zbadać zwłoki Sikorskiego… szefowi Sztabu Generalnego, gen. Wileckiemu, ale ten polecenia nie wykonał. Czyli polityczna awantura już się zaczyna.
Jaki jest cel tej ewentualnej ekshumacji? Niejaki pan Baliszewski, autor sensacyjnych widowisk telewizyjnych, chce nakręcić film. W tym filmie wawelska krypta św. Leonarda miałaby być cennym uzupełnieniem scenografii, same szczątki generała zaś odegrać rolę ekscytującego rekwizytu. Sam moment otwierania sarkofagu… toż to dopiero byłby ekscytujący filmowy epizod.
Pan Baliszewski skromnie o sobie mówi, że o okolicznościach śmierci Sikorskiego wie wszystko. Sikorskiego uduszono na Gibraltarze w pałacu gubernatora, zrobili to Polacy, ale na brytyjski rozkaz. Potem trupa wniesiono do samolotu i sfingowano katastrofę… Po co – tego nie wiadomo – generała najpierw naprawdę zabito, a potem zrobiono katastrofę? To sama katastrofa by nie wystarczyła? Topić uduszonego? Czy aby nie przesada?
O tym, że Sikorski został uduszony, a nie zatonął z samolotem, zdaniem Baliszewskiego, świadczy zdjęcie generała w trumnie, które on widział. Na tym zdjęciu twarz Sikorskiego jest brązowa, a to, zdaniem Baliszewskiego, wskazuje na uduszenie. Z medyczno-sądowego punktu widzenia jest to nonsens. Poza tym jak na czarno-białej fotografii można było rozpoznać kolor twarzy nieboszczyka?
Rzeczywiście okoliczności śmierci gen. Władysława Sikorskiego od początku budziły wątpliwości. Gdy 4 lipca 1943 r. wracał z inspekcji wojska na Bliskim Wschodzie po starcie z lotniska w Gibraltarze, jego samolot nie wzbił się w górę, tylko w odległości 600 m od końca pasa startowego runął do morza. Wedle oficjalnej wersji brytyjskiej, przyczyną wypadku było zablokowanie sterów wysokości. Nieoficjalnie podejrzewano sabotaż. O zorganizowanie zamachu podejrzewano Brytyjczyków lub Sowietów. Fakt, że im śmierć Sikorskiego rozwiązywała ręce. Wszak było to po zerwaniu przez ZSRR stosunków dyplomatycznych z polskim rządem emigracyjnym i po zgłoszeniu przez nich pretensji do polskich Kresów Wschodnich, o czym rząd polski słyszeć nawet nie chciał, a miał gwarancje brytyjskie. Podejrzewano też jakieś porachunki między środowiskami polskimi w Londynie.
Cała brytyjska dokumentacja dotycząca badania przyczyn katastrofy gibraltarskiej jest niedostępna, pozostaje tajna i będzie odtajniona dopiero w roku 2050!
Rzecz to w Polsce, ojczyźnie IPN, zgoła niepojęta.
Jeśli więc rzeczywiście ktoś chce wyjaśnić te wątpliwości, choć byłoby lepiej, aby byli to historycy, nie politycy, to musi zapukać do archiwów brytyjskich. Jeśli władze polskie i osobiście pan prezydent chcą im w tym pomóc, niech w drodze dyplomatycznej przekonają Brytyjczyków, aby wpuścili polskich historyków do swoich archiwów przed 2050 r.
Przy tej okazji środowisko pana prezydenta dowie się, że w cywilizowanych krajach akta tajnych służb mają długą karencję archiwalną i dlaczego tak jest.
Tak czy owak klucza do ewentualnej zagadki katastrofy gibraltarskiej trzeba szukać w archiwach brytyjskich, nie w trumnie generała na Wawelu. A już najlepiej byłoby ekshumować samolot, a nie generała.
Widząc jednak, kto angażuje się w sprawę, a tym samym ją upolitycznia, łatwo przewidzieć polityczny finał. Prezydent Kaczyński chce ujawnić prawdę. Poprzednicy takich dobrych intencji – jak widać – nie mieli. Przeciwnie, kryli kłamstwa i zbrodnie nie tylko komunistów, ale także… Brytyjczyków. Już tu widać przewagę IV RP nad RP III. Im więcej mówić się będzie o Brytyjczykach jako domniemanych sprawcach zamachu, tym zaufanie do europejskich sojuszników będzie mniejsze, eurosceptycy będą górą.
O historię zaczynają się spierać nie historycy, ale politycy. I nie o prawdę tu idzie, lecz o politykę. I to jest nowa jakość, która niestety niczego dobrego nie wróży. Ani dla historii, ani dla polityki.

Wydanie: 29/2008

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy