Szukał wartości uniwersalnych

Szukał wartości uniwersalnych

Ryszard Kapuściński 1932-2007

W środę, 31 stycznia, pożegnamy na warszawskich Powązkach Ryszarda Kapuścińskiego. Najwybitniejszego polskiego dziennikarza Polski powojennej. Dziennikarza, choć po prawdzie jego twórczość prawie od początku była czymś znacznie większym i pojemniejszym. Kapuściński przekraczał granicę formy i gatunków literackich, dając nam w swoich książkach taki opis świata, że trudno było o obojętność. To, co i jak pisał, niebywale wciągało. Ale też zmuszało do osobistego zderzenia się z dramatycznymi problemami naszego globalizującego się świata.
Książki Kapuścińskiego to nie jest lektura dla wielbicieli telenowel i tabloidów. Kim więc są ludzie, mający w bibliotekach wszystko, co zdążył wydać? Na dźwięk jego nazwiska i hasło „Cesarz” lub „Szachinszach” można było znaleźć pobratymca w Nowym Jorku, Moskwie i Madrycie. Ale też w Chorzowie i Świętajnie. Kogoś z wielkiej międzynarodowej wspólnoty. Mającej swoisty kod ocen i własny sposób patrzenia na świat. Ludzie zafascynowani jego książkami łatwo znajdują wspólny język. Bo język jego reportaży jest bardzo bliski ich emocjom. Bo czują życzliwość, z jaką patrzył i opisywał ludzi uwikłanych w zupełnie od nich niezależne procesy i mechanizmy.
Był jednym z najbardziej rozpoznawalnych Polaków na świecie. Ikoną. Mistrzem.
Siłą Kapuścińskiego jest niezwykła jak na nasze czasy wiarygodność. W dobie gwiazd świecących jeden sezon czy tylko parę dni kilkadziesiąt lat nieprawdopodobnie ciężkiej pracy wymuszało respekt nawet u najbardziej krytycznych recenzentów. Każdy, kto choć trochę liznął dziennikarstwa, wie, jak piekielnie trudny jest reportaż. Wybór takiej formy opisywania świata skazuje autora na życie w wiecznej podróży i na nieustanną naukę. Reporter to naoczny świadek wydarzeń. Ktoś, kto pozwala nam zajrzeć tam, gdzie z lenistwa czy ze strachu sami nigdy nie trafimy. Odbiegał od stereotypu wojennego macho. I mimo że widział więcej wojen i rewolucji, niż można sobie wyobrazić, nigdy nie stał się cynikiem.
Na tle kryzysu, z jakim borykają się współczesne media, pogoni za newsami, tabloidyzacji, chodzenia na skróty, nonszalancji w traktowaniu ludzi i ich życia osobistego Ryszard Kapuściński jawi się jak zjawisko z innego świata. A zasady, którym był w życiu wierny, tak różnią się od bylejakości codziennego dnia mediów, że warto o nich pamiętać. Zwłaszcza wtedy, gdy pojawia się pokusa instrumentalnego potraktowania drugiego człowieka. Kapuściński uważał, że reporter musi być przede wszystkim dobrym człowiekiem. Mieć zdolność utożsamiania się z ludźmi, o których pisze. Że do ludzi trzeba się uśmiechać, bo wtedy mur kruszeje i powstaje jakiś rodzaj wspólnoty. I broń Boże nie wolno naciskać na rozmówcę. Człowiek sam powie, ile zechce.
Jakież to proste i mądre. I jak daleko odbiegliśmy w dziennikarstwie od tych zasad.
Warto jeszcze wspomnieć, że dziennikarstwo Kapuścińskiego zaczęło się w „Sztandarze Młodych”, jednej z najciekawszych gazet powojennego półwiecza. W dzienniku, z którym swoje zawodowe losy sprzęgły dziesiątki świetnych autorów. „Sztandar Młodych” przez dziesiątki lat był miejscem, gdzie zawodu uczyły się setki ludzi zafascynowanych dziennikarstwem właśnie po lekturze reportaży Kapuścińskiego. Marzyli o tym, by być kiedyś tacy jak on.
Dziennikarze żegnają Go w przekonaniu, że przysporzył naszemu zawodowi niezwykłego blasku. Był najszlachetniejszym znakiem firmowym. Ale nade wszystko był mądrym i dobrym człowiekiem.

 

Wydanie: 5/2007

Kategorie: Felietony, Jerzy Domański

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy