Co trzeba zmienić?

ZAPISKI POLITYCZNE

Wybory za pasem. Wiele wskazuje na to, kto je wygra. Koalicja wyborcza, której utworzenie zaproponowałem reorganizującej się SdRP, w czasie gdy ponosiłem nieco pozastatutową odpowiedzialność za losy Unii Pracy, ma – jak wskazują sondaże – wielką szansę rozpoczęcia niełatwego procesu odbudowy zniszczonych w okresie rządów prawicy struktur państwa, pojętych bardzo szeroko, nie tylko jako zreorganizowanie aparatu administracyjnego. Moja propozycja ściągnęła na mnie potężne gromy ze strony osób, dla których prowadzenie sporu o to, komu przysługuje miano „prawdziwej lewicy”, było ważniejsze od rzeczywistych interesów Rzeczypospolitej. Spór zakończył się utratą reprezentacji parlamentarnej przez UP. Propozycja koalicyjna ożywiła na nowo struktury terenowe Unii Pracy, która odważnie i szybko pozbierała się po klęsce wbrew krakaniom naszych renegatów, którzy łatwo przeszli do szeregów prawicy na niezłe posady.
Odważyłem się na złożenie tej rewolucyjnej propozycji koalicyjnej przyszłemu SLD, gdyż nie miałem za sobą żadnej przeszłości hamującej taki krok. Nie byłem nigdy pupilem komuny, niczego poważnego u niej nie piastowałem, pozycji społecznej dorobiłem się jako bezpartyjny publicysta i działacz NSZZ „Solidarność”, przeto mogłem bez obawy zdecydować się na krok trudny dla byłych członków PZPR czy innych partnerów upadłego reżimu. Tego, co zrobiłem, wymagało – jak sądziłem – dobro Polski, a gromy, jakie się na mnie posypały, wkalkulowałem w koszta tej decyzji. Nie mam się czego wstydzić. Niech sobie gadają.
Teraz, kiedy wyraźnie zanosi się na zwycięstwo mojej koalicyjnej koncepcji, przychodzi czas zastanowienia się nad tym, co koniecznie trzeba będzie zmienić w planowaniu przyszłości Polski, by przywrócić, czy może raczej na nowo stworzyć w tej części Europy silne, rozumne państwo, jak na razie doprowadzone przez liberałów i prawicę na skraj katastrofy i bardzo mało „lubiane” przez własnych obywateli.
Nie będzie to łatwe, gdyż Polska utraciła dawny, reformatorski impet, a wraz z nim sporą część upragnionej suwerenności. Wrogowie nowej Konstytucji RP wygadywali różne idiotyzmy na temat skutków nowej ustawy zasadniczej, a nie dostrzegli tego, jak bardzo kraj popada w zależność od wielkich koncernów zagranicznych i obcych banków. Mieszkam od blisko 50 lat obok potężnej ongiś, o przedwojennym rodowodzie, fabryki urządzeń wysokiego napięcia, części dawnych zakładów Szpotańskiego. Sąsiedzkie wytwory były korzystnie sprzedawane na szerokim świecie i dawały zatrudnienie wielu pracownikom. Zakłady, wykupione w ramach szaleńczej prywatyzacji przez zagraniczny kapitał, zostały zwyczajnie zlikwidowane, maszyny gdzieś sprzedano, ludzie poszli na bezrobocie. Takich fabryk zniszczono w Polsce tysiące, zabierając państwu dochody, a ludziom pracę. Na rynek naszego kraju weszły prawie bez ograniczeń obce firmy przemysłowe i handlowe, pracujące rzekomo bez zysków, które są starannie wyprowadzane za granicę, co sprawia, iż w Polsce te podmioty gospodarcze nie uiszczają podatków.
Innym objawem zjawiska, porównywalnego z dawnymi rozbiorami Polski, jest znaczny zanik rozwoju polskiej myśli i wynalazczości technicznej. Sprzedane obcemu kapitałowi banki – ta opinia szerzy się coraz jawniej – dokonują starannej selekcji w udzielaniu kredytów krajowym wytwórcom.
Są i rodzime oznaki paranoicznej deformacji myśli o korzyściach państwa. Dawne, antyrosyjskie urazy, powstałe nie bez powodów, są niewątpliwym podłożem wrogiego stosunku do wszystkiego, co rosyjskie, poczynając od uwypuklania przez prasę przeszłości prezydenta Putina aż po przedstawianie odradzającej się z olbrzymim trudem Rosji jako kraju bezprawia i totalnego upadku.
Tu mała dygresja osobista. Póki byłem członkiem Rady Europy, wkładałem wiele wysiłków w dopomaganie krajom posowieckim, a głównie Rosji i Ukrainie, w wysiłkach włączenia ich państwowości w krąg europejskiego systemu i kultury prawnej. Nie można się łudzić, iż będzie to proces szybki. Historycznie ukształtowane nawyki i zaszłości oddalają ten obszar – potężną przecież część świata – od łatwej akceptacji pożądanych zasad demokratycznego prawa, ale nie ma innej drogi, jak systematyczne i, niestety, powolne zbliżanie się Europy do Rosji i Ukrainy.
Z wszelkich gestów przyjaźni wobec narodów żyjących w państwach posowieckich muszą, prędzej czy później, rodzić się korzystne dla Polski stosunki gospodarcze, o które wszak zabiega cały bogaty świat.
Nie uda się w jednym felietonie wyliczyć wszystkiego, co trzeba szybko w Polsce zmienić, by przywrócić jej te nadzieje, jakie łączyliśmy z przyszłością, gdy buntowaliśmy się przeciw negatywnym konsekwencjom trwania upadającego realnego socjalizmu. Nie będzie to łatwe. Prymitywne wysprzedanie przez zwichrowanych spadkobierców „Solidarności” niewątpliwie olbrzymiego – choć źle zarządzanego – majątku po PRL pozbawiło państwo polskie znacznej części swobody ruchów, jakie by miało, gdyby tym spadkiem zarządzali ludzie o wyższych kwalifikacjach ekonomicznych i większym poczuciu odpowiedzialności za kraj. Polska jest jednak dużym krajem o wielkim rynku zbytu i jest potrzebna państwom Unii Europejskiej, choćby z uwagi na położenie geopolityczne. Rodzi się pytanie, czy w naszych staraniach o integrację z bogatą Europą ten element korzyści, jakie owa Europa osiąga w Polsce, jest wysuwany? Czy potrafimy domagać się równouprawnienia w stosunkach z Europą? Wszak wydaliśmy nasz kraj, bez szczególnych oporów i zastrzeżeń, na łup Europie. Otworzyliśmy nasze rynki zbytu bez szczególnych zabezpieczeń naszych interesów. Oddaliśmy instytucje kredytowe, otworzyliśmy lokaty kapitałowe na niespotykanych w reszcie świata warunkach zyskowych. Prędzej czy później ta sytuacja musi zrodzić pytanie, czy poszliśmy, zwabieni błyskotkami, w dobrą dla nas stronę świata, nie mając na dodatek dobrze przygotowanych do rządzenia elit politycznych i gospodarczych.
17 lipca 2001 r.

Wydanie: 30/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy