Złoty złoty

Pan Dariusz Rosati zamieścił w „Gazecie Wyborczej” z dnia 5 czerwca artykuł poświęcony mocno już zaognionej sprawie kursu naszego złotego. Tekst ów przeorałem nie bez męki, ponieważ jest silnie nastroszony tajemniczymi wyrazami z finansowo-bankowego żargonu. Można z niego jednak wyczytać, że nasza waluta właściwie musi być mocna – a nawet coraz mocniejsza – dla bardzo wielu, bardzo skomplikowanych i powiązanych przyczyn.
W gruncie rzeczy sprawa sprowadza się, aczkolwiek niewyłącznie, do tego, że nasze państwo ma dziurawy budżet i żeby go załatać, Ministerstwo Finansów rzuca ciągle na rynek dłużne papiery. Państwowe obligacje muszą być wysoko oprocentowane i przynosić wysokie zyski nabywcom, ponieważ w przeciwnym razie nie zwabiałyby portfelowego kapitału zagranicznego, który – jeśli można użyć takiego skrótu – świetnie prosperuje na niedostatkach naszego budżetu.
Jest metoda oszacowania wartości złotego, znacznie prostsza i jaśniej przemawiająca do czytelników „Gazety”, którzy nie są przecież z wykształcenia ekonomistami. Polega ona na zestawieniu cen kilkudziesięciu artykułów w różnych krajach, poczynając od wyrobów żywnościowych, a kończąc na elektrycznych lokomotywach. Z tego rodzaju porównania wydatków sprowadzonych do wspólnego mianownika w postaci dolara czy euro okazałoby się, że na ogół w przeliczeniu płacimy za te same produkty więcej w kraju, aniżeli za granicą. Nie mam na myśli przy tym różnic tak wielkich, jakie zachodzą pomiędzy ceną benzyny w Polsce i w USA, gdyż jest to swego rodzaju przykład wyjątkowy.
Powstała paradoksalna sytuacja, w której wakacje lub wyjazdy do wielu egzotycznych miejsc na całym świecie, uchodzących za godne zwiedzenia, okazują się po prostu tańsze, aniżeli pobyt w Polsce. Na ogół za granicami jest wprawdzie schludniej, bezpieczniej i bardziej komfortowo, ale często taniej.
Takie zestawienie cen detalicznych byłoby na pewno ciekawszą lekturą, przede wszystkim dlatego, ponieważ bardziej zrozumiałą, aniżeli trudno strawny artykuł Dariusza Rosatiego. Wszystko jednak sprowadza się ostatecznie do konkluzji, że lepiej byłoby mieć państwu budżet domknięty, czyli niedziurawy, aniżeli taki, który trzeba rokrocznie łatać obligacjami, ponieważ ich oprocentowaniem wzbogacamy zagranicznych łowców szybkiego zysku, którzy sztucznie utrzymują wysoki kurs złotego.

5 czerwca 2002 r.

Wydanie: 23/2002

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy