Zejście na ziemię

Nad Polską szaleje festiwal nienawiści. Przedmiotem tej nienawiści może być cokolwiek – „wykształciuchy”, „łże-elity”, księża zaplątani w zbyt bliskie kontakty ze służbami specjalnymi, Niemcy, Rosjanie, Europa, ostatnio UB, SB, postkomuchy, Michnik, Kiszczak i Polska Ludowa jako całość. Wątpię, czy mamy tu do czynienia z nienawiścią prawdziwą, którą podziela społeczeństwo. Jest to histeryczna nienawiść sztucznie podniecana przez rząd, prezydenturę i trzódkę dyspozycyjnych nienawistników medialnych, oddychających wyziewami nienawiści niczym żywicznym powietrzem, ponieważ nienawiść, podsycana systematycznie coraz to nowym paliwem, stanowi ich rację bytu.
Receptą na przełamanie zaduchu nienawiści jest skierowanie się w stronę konkretów, gdzie nienawistna paranoja rozbija się o materię faktów. Nie znaczy to oczywiście, że fakty zawsze przynoszą pociechę, ale są wymierne, co różni je od rojeń panów Rybińskich, Janków, Zarembów, Ziemkiewiczów, Michalkiewiczów itd., że nie wspomnę o ich patronach.
Niedawno udało mi się uczestniczyć w dorocznym spotkaniu Stałego Przedstawicielstwa Kongresu Budownictwa, porozumienia pozarządowych organizacji budowlanych, pracowników budownictwa, inwestorów, pracodawców, architektów, izb rzemieślniczych i wszystkich praktycznie, którzy mają coś wspólnego z tą najważniejszą bodaj dziedziną gospodarki, jaką jest budownictwo, w tym budownictwo mieszkaniowe.
Oczywiście w tych kręgach nikt nigdy nie traktował na serio opowiadań Kaczyńskich i ówczesnego premiera Marcinkiewicza o 3 mln mieszkań w ciągu ośmiu lat. Wiadomo, że w budownictwie mieszkaniowym od lat spada liczba oddawanych mieszkań, buduje się ich obecnie nieco ponad 100 tys. rocznie, podczas gdy pilne potrzeby społeczne szacowane są na półtora miliona.
Paradoksem jednak jest to, że budownictwo jest obecnie jednym z najbardziej rentownych rodzajów inwestycji i o branży budowlanej mówi się, że wchodzi w okres prosperity. Prawda natomiast jest taka, że siłą polskiego budownictwa jest budownictwo inżynieryjne, drogowe, instalacje budowlane, ale nie budownictwo mieszkaniowe, a już na pewno nie to budownictwo, które może dotyczyć zwyczajnych ludzi pracy, skoro metr kwadratowy mieszkania w mieście kosztuje dziś minimum 4-6 tys. zł, a w mieszkaniach komfortowych i kilkanaście tysięcy. W krajach rozwiniętych budownictwo społeczne wspierają rządy, a kraje unijne przeznaczają na tę pomoc 1-2% swego PKB, podczas gdy u nas, majacząc o 3 mln mieszkań, rząd zapisał na ten cel w budżecie 0,1% PKB.
I w tym miejscu schodzimy na ziemię. Posiadanie własnego mieszkania jest podstawowym elementem jakości życia. Tak rozumowało się w Polsce dotychczas. Może PRL być państwem znienawidzonym przez kwiat obecnego reżimowego dziennikarstwa, ale przytłaczająca większość tych nienawistników pisze zapewne swoje filipiki w mieszkaniach wybudowanych w PRL. W takich samych mieszkaniach czyta ich opinie ogromna większość czytelników, którzy – lub ich rodzice – dorobili się mieszkań przed 1989 r. i mogli je kupić lub wynająć od spółdzielni za zarobione przez siebie pieniądze. Dziś dla większości zwyczajnych Polaków, przy średniej płacy 3 tys. zł, jest to niemożliwe. Coraz trudniejsze staje się też wynajmowanie mieszkania, zwłaszcza od momentu, kiedy Polska przegrała przed sądem w Strasburgu proces z panią Hutten-Czapską i sąd stwierdził, że właściciel domu czynszowego może traktować posiadanie kamienicy jako źródło dochodu i eksmitować lokatorów, którzy nie mogą podołać płaceniu rosnącego czynszu. PRL twierdziła, że posiadanie mieszkania jest prawem człowieka, w III i IV RP jest ono luksusowym towarem.
Oczywiście, że w konsekwencji swych założeń ustrojowych i społecznych PRL wybudowała mnóstwo brzydkich, tandetnych domów i dzielnic, ale wymuszał to nacisk społeczny na posiadanie mieszkania. Dzisiaj powstają ładne osiedla o niezłym standardzie, ale otacza się je ogrodzeniami i zamyka przed intruzami z zewnątrz, aby nie psuli widoku tym, których stać na przyzwoite mieszkanie. Jest to dziś problem światowy, nad którym głowią się socjolodzy. Oznacza to bowiem rozpad miasta jako solidarnej społeczności, a także kurczenie się przestrzeni publicznej na rzecz przestrzeni prywatnej. Kaczyńscy kiedyś, gdy nie zdobyli jeszcze pełni władzy, mówili o społeczeństwie solidarnym, dziś już o tym nie mówią, byłoby to bowiem zbyt podobne do PRL, gdzie sprawa budownictwa była problemem wszystkich, a każdy sukces w tej dziedzinie był sukcesem wspólnym. Nie tylko most czy stadion, ale także osiedle mieszkaniowe.
Ale i tak przecież PRL straszy nas w całkiem nieoczekiwany sposób. Oto bowiem niedawno Pałac Kultury w Warszawie dostać się miał do rejestru zabytków, obok Łazienek, Wawelu, klasztoru na Jasnej Górze i Wilanowa. Gdy budowano Pałac Kultury, nazywano go „strasznym snem cukiernika”, roiło się też od dowcipów, co z nim zrobić – położyć na boku czy też, jak proponował mój przyjaciel Adam Pawlikowski, puścić na nim dzikie wino, aż po samą iglicę. Architektura pałacu była dla nas anachroniczna, kłócąca się z ideą nowoczesności. Teraz w dyskusji o pałacu jako zabytku najbardziej entuzjastycznie mówi o nim młodzież, od lat indoktrynowana nienawiścią do PRL i do pałacu w szczególności, jako budowli wzniesionej przez Stalina. Ale niedawno Agata Passent wydała książkę o pałacu, z której zrozumieć można, o co tu chodzi. Po prostu już kilka pokoleń Polaków przeżyło w tym pałacu najciekawsze momenty swego życia – na koncercie Rolling Stonesów, na recitalu Marleny Dietrich, na Dürrenmatcie czy Mrożku w Teatrze Dramatycznym, w Pałacu Młodzieży, w Muzeum Techniki, a także w restauracji Trojka, gdzie przy fontannie odbywał się pierwszy w Polsce striptiz.
Niestety nie wszystkie warszawskie zabytki minionego 60-lecia miały tyle szczęścia co pałac. Zniknął Supersam na placu Unii, całkiem niezły, pionierski budynek handlowy, szczególnie żal mi kina Moskwa, świetnie rozwiązanego wnętrza kinowego i bryły, opartej na najlepszych wzorach architektury późnych lat 30., na której miejscu stanęła szklana szkarada.
Architektura i budownictwo mieszkaniowe jest wymownym przykładem na całkiem banalną tezę, że nawet przy najbardziej skoncentrowanej presji propagandowej nie da się amputować historii i prawdy. Bliżej ziemi toczy się codzienne życie zwykłych ludzi, którzy widzą fakty. Że nie stać ich na mieszkanie. Że miasta przestają być ich wspólną własnością, oddzielając elity od pariasów. Że symbolem Warszawy staje się budynek, który chciano zburzyć, rozebrać, wysadzić, w najlepszym zaś razie urządzić w nim „muzeum komunizmu”, o co zabiegał wielki reżyser pospołu ze znacznie mniejszym satyrykiem.
Mówienie o konkretach, zejście na ziemię, szacunek dla faktów jest lekarstwem, które przeciwdziała festiwalowi nienawiści.

Wydanie: 4/2007

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy