Szatan zamieszkał w zaścianku

Szatan zamieszkał w zaścianku

Szatan, jak wiadomo, może się wcielać w różne osoby, zjawiska i wydarzenia. Czasami przemawia poprzez sztukę teatralną „Golgota Picnic”. Innym razem ma postać Nergala i wyraża swoje niebezpieczne myśli na koncertach blackmetalowej grupy Behemoth. Czasem opanowuje umysł prof. Hartmana, który podważa kulturowe tabu i pokazuje, że nie wszystko jest takie naturalne, jak się wydaje masom wychowanym na telewizji. Ja już w liceum słyszałem, że przemawia przeze mnie szatan. I tak mi zostało do dziś. Lepiej mówić głosem szatana niż „Faktu”, „Super Expressu” czy innej samozwańczej policji obyczajowej.
Szatan ma się najlepiej w krainie, gdzie dominuje zaścianek umysłowy i intelektualny. Tam przejawem szatana może być wszystko, co odbiega od głównego nurtu mentalnego, politycznego, społecznego czy kulturowego. Im bardziej monokulturowe społeczeństwo, tym bardziej podejrzana wydaje się wszelka różnica. Im więcej obrońców moralności, tym większa hipokryzja moralna zazwyczaj kwitnie. Im więcej zakazów i nakazów, tym bardziej kusi zakazany owoc. Im więcej tematów tabu, tym powszechniejsze rozejście się oficjalnej ideologii i praktyki społecznej.
Są społeczeństwa, które mają większą skłonność do życia w hipokryzji, i takie, które bardziej serio traktują obowiązujące normy. Klasyczna teza Maksa Webera, że bez protestanckiej etyki nie udałoby się stworzyć podwalin nowoczesności i kapitalizmu, wciąż pozostaje aktualna. Szczególnie kiedy obserwujemy skłonność do krętactwa społeczeństw katolickich. Można wręcz uznać rozbieganie się teorii i praktyki za znak firmowy katolicyzmu. Nie chodzi tylko o te znane cechy społeczeństwa polskiego, ale także o luźne podejście do oficjalnych zakazów Włochów, Hiszpanów czy mieszkańców ultrakatolickiej Malty.
Do niedawna Malta była jedynym obok Watykanu krajem, gdzie zakazywano rozwodów. Ogłoszone w 2011 r. referendum w sprawie ich dopuszczalności wygrali zwolennicy legalności tej praktyki stosunkiem głosów 53% do 46%. Pozwoliło to nie tylko rozluźnić nieco gorset katolickiej moralności, ale przede wszystkim zalegalizować praktykę społeczną – liczba rozstań pomimo wcześniejszych zakazów i tak gwałtownie rosła. Nasilało się też zjawisko wspólnego zamieszkiwania bez ślubu i przybywało dzieci urodzonych w związkach nieformalnych. Malta jest według konstytucji krajem świeckim, ale ta sama konstytucja nadaje wyznaniu rzymskokatolickiemu status religii państwowej, a Kościołowi – prawo i obowiązek nauczania, które wartości i zasady są dobre. W dniu referendum hierarchia kościelna ogłosiła pełną mobilizację, a biskup wyspy Gozo (jednej z trzech zamieszkanych wysp maltańskich) stwierdził, że katolicy popierający rozwody są zdrajcami. Nie powstrzymało to grzeszników przed wyemancypowaniem się spod kościelnych dogmatów.
Jak mawiają moi znajomi Maltańczycy, mocna pozycja Kościoła i represyjne standardy, na straży których stoją księża, pozostają w kompletnej sprzeczności z pokusami życia codziennego. To powoduje częste wewnętrzne rozdarcia, poczucie życia w grzechu i inne stany depresyjne. Na poziomie społecznym podważa jednak pozycję Kościoła i osłabia jego władzę.
Rozchodzenie się katolickiej teorii i praktyki widać najlepiej w każdy weekend w Paceville, dzielnicy St. Julian’s, które stanowi centrum życia rozrywkowego na Malcie. Dziewczyny tańczące na stołach, młodzieńcy tarzający się po zbyt dużych dawkach alkoholu i ogólny obraz rozpusty to zupełne przeciwieństwo oficjalnych zakazów kościelnych. Katolicka ideologia przegrywa na każdym kroku z południowym temperamentem Maltańczyków.
Te same tendencje – choć nie w tak wyrazisty sposób – obserwujemy w Polsce. Odchodzenie od kościelnych zakazów stało się faktem. Nikt już nie powstrzyma tego zjawiska. Polska prawica może próbować opóźniać ten proces, ale z góry ustawia się w roli obrońcy przegranej sprawy. Znając jednak hipokryzję i cynizm prawicowych polityków, można się spodziewać, że oni również będą po cichu zmieniać stanowisko w wielu sprawach i dostosowywać się do społecznych trendów. Na razie w oficjalnym obrazie przebijają się konformizm i strach przed moralizatorami z prawicowej konserwy. Szkoda, że wśród tej kompromitującej zbieraniny policji obyczajowej znajdują się rektorzy uczelni – rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, który wzywa na dywanik prof. Hartmana, czy rektor Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, który zakazuje zorganizowania w klubie studenckim koncertu grupy rockowej. Najgorsze jednak w tym wszystkim jest milczenie oficjalnej lewicy, która nawet nie potrafi wykorzystać naturalnych sytuacji do zabrania głosu. Czyżby ją również przerażała kościelna kara trafienia do piekła? Nie ma czego się bać. Tam na pewno jest weselej i będzie można spotkać inteligentniejszych ludzi.

Wydanie: 42/2014

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy