Skąd się to wzięło?

Skąd się to wzięło?

W ostatnich dniach programy telewizyjne zostały zdominowane przez trzy tematy. Narastająca czwarta już fala pandemii. Dramat uchodźców na polsko-białoruskiej granicy i śmierć młodej kobiety w pszczyńskim szpitalu w wyniku tego, że lekarze bali się dokonania koniecznej aborcji. Piszę te słowa przed 11 Listopada. Po tym święcie i sposobie jego czczenia dojdzie jeszcze temat czwarty. Spróbuję krótko się odnieść tylko do trzech pierwszych kwestii.

Mamy czwartą falę pandemii. Jej nadejście nie było czymś niespodziewanym. Przeciwnie, epidemiolodzy od dawna przed nią ostrzegali. Po doświadczeniach pierwszych trzech fal z grubsza wiadomo było, co trzeba robić, aby jej zapobiec albo co najmniej znacząco ją złagodzić. Przede wszystkim trzeba się szczepić i w miejscach skupisk ludzkich nosić maseczki. Problem w tym, że zaszczepiła się tylko nieco ponad połowa Polaków, reszta szczepić się nie chce. Z głupoty, z zabobonu. Paleta idiotycznych uzasadnień jest zaiste imponująca: w szczepionkach wstrzykują nam czipy i będą mogli nami sterować, szczepionki są robione z celowo wyabortowanych płodów i Polak katolik nie będzie takich szczepionek przyjmował, żadnej pandemii nie ma, to wymysł gigantów farmaceutycznych, chcących zarobić miliardy na szczepionkach (ale mądry Polak nabrać się nie da!)… Niektórzy nie szczepią się z lenistwa. A lenistwo w tej kwestii to też głupota. Zaradzić temu można bardzo łatwo. Tak, jak zrobiło to wiele krajów Unii Europejskiej. Nie trzeba nikogo zmuszać do szczepienia. Wystarczy zakazać osobom nieszczepionym wstępu do restauracji i kin, na stadiony, do zakładów pracy, do szkół, na uczelnie… Rząd tego nie chce zrobić, bo dobrze wie, że największy procent niezaszczepionych jest wśród elektoratu PiS. Rząd nie chce więc się narazić własnym wyborcom. Premier kłamie (to już jego nawyk), że te metody są nieskuteczne (przykład Francji pokazuje, że są!), przewrotnie opowiada, że rząd i PiS tak miłują wolność, że nie chcą nikogo do szczepień zmuszać ani ograniczać niczyich (tu: niezaszczepionych) wolności.

Na granicy bez zmian. Cierpią niewinni ludzie, w tym naprawdę niczemu niewinne dzieci. Heroicznie, z niezwykłym poświęceniem, próbują im pomóc działacze różnych organizacji humanitarnych, ale większości Polaków katolików to cierpienie uchodźców w niczym nie przeszkadza. Zupełnie nie rusza ich sumień. Kiedyś, po latach, ktoś znów napisze esej, tym razem pod tytułem „Biedni Polacy patrzą na granicę” i zapewne znów wywoła to falę oburzenia. Oburzenia, bo to przecież nieprawda, bo Polacy pomagali… Niczego z historii się nie uczymy!

Na Facebooku jakaś nabożna niewiasta zaprasza na „Uroczystość Chrystusa Króla”, a na czyjąś uwagę, że Chrystus (notabene urodzony w stajni, uchodźca do Egiptu) jest też królem tych cierpiących w lesie, także za nich umarł na krzyżu, odpowiada z oburzeniem, że – po pierwsze – to muzułmanie, po drugie, nasłani przez Łukaszenkę i Putina, po trzecie, że obrona granic to rzecz święta. Niech więc umierają z głodu, zimna i wycieńczenia. A my do kościołów, na uroczystości nabożne! Jak wynika z badań, nie jest to postawa odosobniona. Przeciwnie, typowa – niestety – dla większości polskich katolików. Może Kościół być dumny z efektów swojego nauczania i pasterzowania.

W szpitalu w Pszczynie zmarła młoda kobieta, bo lekarze bali się dokonać koniecznej w jej stanie aborcji. Czekali, aż płód obumrze. Płód obumarł, aborcji nie dokonano, matka zmarła na sepsę. W całej Polsce odbyły się marsze i protesty. Ludzie słusznie uznali, że tragedia była efektem nie tylko zeszłorocznego wyroku Trybunału Konstytucyjnego, stwierdzającego niekonstytucyjność przepisów zezwalających na aborcję z przyczyn nieodwracalnych zmian płodu, ale również całej atmosfery, jaka dotyczy teraz samej aborcji, podgrzanej jeszcze ostatnio przez społeczny projekt ustawy o całkowitym zakazie aborcji, wymyślony – ku radości większości biskupów – przez fanatycznych „obrońców życia”. Projekt bezmyślny, okrutny, przyjęty przez sejmową większość do dalszych prac w komisji.

Takich tragedii jest zapewne więcej, nie o wszystkich dowiadują się media. A w przyszłości będą najprawdopodobniej kolejne. W panującej atmosferze lekarze boją się dokonania aborcji nawet w sytuacjach, gdy prawo na to pozwala – bo pozwala w sytuacji zagrożenia życia matki. Ale nic dziwnego, że lekarz boi się uznać, że życie matki rzeczywiście jest zagrożone, bo co będzie, jeśli on dokona aborcji, a później prokurator uzna, że zagrożenia życia nie było i dokonana aborcja jest zbrodnią, za którą Kaja Godek chce karać dożywotnim więzieniem?

Oburzamy się na Trybunał Konstytucyjny pod kierunkiem Julii Przyłębskiej, że swoim wyrokiem ograniczył i tak bardzo już okrojone prawa do aborcji, że zgotował piekło kobietom. Ale czy sądzicie Państwo, że gdyby zapytanie o konstytucyjność przepisu zezwalającego na aborcję z „przyczyn eugenicznych” wpłynęło do Trybunału za prezesury prof. Zolla lub prof. Rzeplińskiego, to wyrok byłby inny? Ja nie byłbym tego taki pewien.

Te plagi, które teraz na nas spadły, sami sobie pracowicie wyhodowaliśmy przez ostatnie 30 lat. PiS jest tylko ich bezwzględnym i cynicznym wykonawcą. Ilość przeszła w jakość, jak powiedziałby Karol Marks.

j.widacki@tygodnikprzeglad.pl

Wydanie: 47/2021

Kategorie: Felietony, Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy