Tag "Mateusz Morawiecki"

Powrót na stronę główną
Kraj

Dlaczego Kaczyński nie wyrzucił Morawieckiego?

PiS ma ,,drugie płuco”. I zadyszkę.

Siedem godzin trwała rozmowa Jarosława Kaczyńskiego z Mateuszem Morawieckim. Zastanówmy się, jakiż to wielki problem stanął przed nimi, że musieli omawiać go tak długo. Prezes partii z wiceprezesem.

Problem jest znany. Mateusz Morawiecki założył Stowarzyszenie Rozwój Plus, co Kaczyński uznał za pierwszy krok do frondy i zbudowania własnego ugrupowania. Zażądał więc kapitulacji. Ale Morawiecki nie skapitulował – negocjował z szefem i jakiś kompromis osiągnął. Czyli wygrał? I tak, i nie. Kaczyński nie rozwiązał problemu, ale zyskał czas. Morawiecki zatrzymał się, jak Prigożyn, gdy szedł na Moskwę. Czy spotka go podobny los?

Te siedem godzin to było za mało, bo niemal natychmiast po zakończeniu rozmów politycy PiS zaczęli się kłócić na temat ich wyników. Bo rzeczywiście, więcej nie ustalono, niż ustalono. Po rozmowach Kaczyński powiedział, że działalność Stowarzyszenia Rozwój Plus „będzie prowadzona wewnątrz partii”. A posłowie i europosłowie, którzy dołączyli do stowarzyszenia, mają wejść w skład Rady Eksperckiej. „Pozostałe działania będą wstrzymane. To nie oznacza, że stowarzyszenie będzie zlikwidowane”, mówił prezes. Dodając, że dzięki takiemu rozwiązaniu „partia będzie miała dwa płuca”.

Te ogólne stwierdzenia każdy zinterpretował, jak mu było wygodnie. Jacek Sasin, ważny „maślarz”, na platformie X przekonywał, że stowarzyszenie decyzją prezesa PiS zostało „zawieszone”. Z kolei Tobiasz Bocheński, też przedstawiciel „maślarzy”, napisał: „Bardzo dobry dzień dla obozu patriotycznego. Działalność stowarzyszenia Mateusza Morawieckiego zostaje zawieszona. Wszyscy aktywni, kreatywni, pełni pomysłów posłowie i europosłowie wchodzą do Rady Eksperckiej PiS”.

„Chyba słuchaliśmy innego oświadczenia Jarosława Kaczyńskiego i Mateusza Morawieckiego. Stowarzyszenie Rozwój Plus będzie działało i ma konkretne zadania do wykonania. Proszę sobie odsłuchać jeszcze raz: DWA PŁUCA!”, odpowiedział mu natychmiast Krzysztof Szczucki. A Michał Dworczyk deklarował: „Działalność stowarzyszenia nie tylko nie zostaje zawieszona, ale – jak tylko zostanie zarejestrowane – rzucamy się w wir działań”.

Odłóżmy te kłótnie na bok, to detale, które pokazują gorącą atmosferę wewnątrz PiS, ale nic więcej. Zasadniczy problem nazywa się inaczej. W PiS toczy się bowiem potężna walka wewnętrzna. Chodzi o to, jaka to będzie partia, w którym kierunku ma zmierzać. Kto będzie w niej miał dużo do powiedzenia, a kto niewiele. No i kto będzie w niej numerem 2, bo wprawdzie Kaczyński wciąż wyrasta ponad wszystkich w PiS, to jego autorska partia, ale przecież słabnie, co każdy widzi.

Oto najważniejsza wiadomość z wewnątrzpisowskiego frontu. Ryszard Terlecki,

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Tomasz Jastrun

Pęknięcie

Dwa dni w Nysie i dwa spotkania, w szkole i w bibliotece – oba bardzo udane. Nysa dostatnia, słoneczna i ładna, ma stare, przytulne fragmenty. Miasto niestety było częściowo zburzone, a w puste miejsca jak wszędzie weszła nędzna architektura z lat 60. i 70., ale jakimś cudem połączyło się to nieźle z tym, co ocalało lub zostało odbudowane. Byłem w Nysie na festiwalu poetyckim ponad pół roku temu i już opisywałem to miasto. Do Nysy dojeżdża się szynobusem z Opola. Linię tę uruchomiono ponownie nie tak dawno, po drodze małe miejscowości i wsie, niewielkie dworce pozamykane i w ruinie. To wszystko czeka na generalny remont. Ale widzę ludzi, którzy z pojazdu szynowego korzystają – dużo ładnej młodzieży, wszyscy dobrze ubrani, żadnego śladu prowincji. To jest też ta wielka zmiana, choćby wyglądu ludzi – zniknęły rozdeptane przez pańszczyznę oblicza i widać dostatek.

Spotkanie z kilkoma klasami w liceum Carolinum, założonym w 1624 r. przez jezuitów, z bogatą tradycją naukową i humanistyczną. Szkoła, pierwotnie działająca jako gimnazjum jezuickie, stała się kluczowym ośrodkiem edukacyjnym w regionie, świętując w 2024 r. 400-lecie. Jej grube mury trzymają chłód. Niebywała sala szkolnej biblioteki, ogromna, ze schodami w dół, z półkami biegnącymi pod niezwykle wysoki sufit. Przepiękny obiekt. Ładniejszą salę biblioteczną widziałem już chyba tylko w Sztokholmie, w zamku królewskim. Oprowadzał mnie po niej osobisty bibliotekarz króla, polski emigrant Adam Heymowski, z którym byłem blisko, mieszkając w stolicy Szwecji.

Z kolei drugie spotkanie w bibliotece, w pięknym miejscu przy starym rynku, gdzie niedawno uruchomiono tańczące fontanny, a budynek jest też z XVII w. Sporo ludzi na sali.

Nazajutrz, mając trochę czasu do odjazdu pociągu, przeglądam w

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Felietony Jan Widacki

Wiosenne niedzielne przedpołudnie

Choć od kalendarzowej wiosny dzielił nas jeszcze tydzień, pogoda w Krakowie była piękna i ciepła. Pojechałem za miasto, do Tyńca, by z bliska zobaczyć, jak przyroda budzi się po zimie do życia. Sceneria piękna. Siedzę na tarasie kawiarni, piję kawę. Dołem, u stóp skały, na której stoi opactwo, płynie spokojnie Wisła. Przede mną kościół i klasztor najstarszego w Polsce opactwa.

Benedyktynów do Polski sprowadzono w XI w. z Włoch. Wtedy nie było jeszcze ONR, PiS ani Konfederacji i nikt nie twierdził, że Polska jest tylko dla Polaków, nikt więc ich nie wyganiał. Osiedliwszy się zatem na polskiej ziemi, benedyktyni – a w ślad za nimi ich młodsi bracia cystersi – sprowadzali nad Wisłę Europę, a więc sztukę pisania, uniwersalną wówczas łacinę, sztukę uprawy roślin, nowoczesne jak na tamte czasy zielarstwo. Zakładali młyny, winnice, apteki. Benedyktyni przepisywali księgi… Oczywiście poseł Kownacki zapewne uważa, że było zgoła odwrotnie. Włoscy benedyktyni, a tym bardziej niemieccy cystersi dopiero tu, nad Wisłą, od miejscowych kmieci uczyli się łaciny, a potem zaczęli przepisywać znalezione pod ich strzechami księgi. Nie spierajmy się z nim, bo jeszcze nie daj Boże Suskiego powoła na arbitra i dopiero będzie!

Siedzę więc na słoneczku, popijam kawę, zerkam to na Wisłę, to na opactwo. Jest miło, czas jakby też płynął wolniej niż w pobliskim Krakowie. I nagle coś mnie podkusiło. Tak, podkusiło. Zajrzałem do Facebooka. A tam dyskusja o prezydenckim wecie do ustawy o SAFE. Czytam i oczom nie wierzę! Jakaś paniusia stwierdza krótko, że „prezydent dobrze zrobił, wetując, bo jest patriotą i dba o bezpieczeństwo Polski”. Jak paniusia sobie wyobraża to bezpieczeństwo przy niedozbrojonej armii, już nie pisze. Ktoś tam nieśmiało z paniusią próbuje dyskutować, ale bez skutku. Paniusia już wszystko, co wiedziała, napisała. A na odsiecz paniusi rusza cały legion mędrków.

Jeden z nich, jakiś jegomość dumny zapewne ze swojej mądrości i przenikliwości, wali w oponentkę paniusi jak husarskim obuchem. Ha, pożyczka miała być nie w złotówkach, ale w obcej walucie! A jak się wychodzi na kredytach w obcych walutach i co one są warte, to już się przekonali ci, którzy wzięli kredyty frankowe. Jegomość najwyraźniej jest przekonany, że za amerykańskie i koreańskie samoloty, czołgi, rakiety i haubice pisowski rząd Morawieckiego płacił gotówką i żadnych kredytów do spłacania nie mamy, a jak już brał kredyty, to zapewne w Banku Spółdzielczym w Limanowej, no i oczywiście w złotówkach. A może wierzy, że premier Morawiecki, kierując się typowym dla pisowców patriotyzmem, dorzucił coś ze swojego majątku, który, jak wiadomo,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Elektryczny szrot

Ekstremalne mrozy ujawniły prawdę o samochodach elektrycznych

Suwałki, 2 lutego 2026 r., godz. 6.47. Termometr na ścianie budynku pokazuje minus 27,7 st. C. Temperatura odczuwalna minus 35 st. C. Na osiedlowym parkingu nieszczęsny właściciel Tesli Model 3 próbuje naładować akumulatory pojazdu elektrycznego. Samochód wyświetla mu komunikat: „Warming battery for charging”, czyli „Ogrzewanie akumulatora przed ładowaniem”. Pojazd, wart w standardowej konfiguracji od 174 990 do 184 990 zł, mówiąc brutalnie, zdechł i nic nie można zrobić. Właściciel napisał później na forum internetowym: „Trzy godziny czekania na ładowanie. Samochód pokazuje, że ogrzewa baterię, ale prąd nie wchodzi. W końcu musiałem wezwać lawetę”.

To nie była motoryzacyjna ciekawostka, lecz ponura rzeczywistość polskiej zimy 2026 r., która zweryfikowała marketingowe opowieści producentów o „zimowej niezawodności” elektryków. Styczeń i początek lutego przejdą do historii jako miesiące, które obnażyły w Europie największe słabości elektrycznej rewolucji.

Gdy napływająca z Syberii masa arktycznego powietrza sprawiła, że temperatury w północno-wschodnich regionach kraju spadły nocą do minus 25-28 st., właściciele samochodów elektrycznych odkryli prawdę, którą koncerny samochodowe wolały przemilczeć. Akumulatory litowo-jonowe nie są i nigdy nie były przygotowane na ekstremalne mrozy. Gdyż praw fizyki i chemii nie da się oszukać.

Sercem każdego samochodu elektrycznego są akumulatory, w tym najpopularniejsze litowo-jonowe (Li-ion), w których nośnikiem ładunku są jony litu przemieszczające się między elektrodą dodatnią (katodą) a ujemną (anodą). Występują one w różnych wariantach chemicznych, m.in. NCA (nikiel-kobalt-aluminium), NMC (nikiel-mangan-kobalt) czy LFP (litowo-żelazowo-fosforanowe), które różnią się trwałością i kosztem. W optymalnej temperaturze plus 15-27 st. elektrolit, czyli ciecz ułatwiająca przepływ jonów, ma konsystencję płynną. Lecz gdy temperatura spadnie poniżej zera, dzieje się coś niepokojącego.

Przy minus 18-20 st. lepkość elektrolitu dramatycznie wzrasta – nawet o 400% w porównaniu z warunkami optymalnymi. Stosowany bowiem powszechnie w akumulatorach płyn zaczyna zamarzać. Konsekwencje są druzgocące. Przewodność jonowa spada o 50-70% przy minus 18 st. Jony litu, które w normalnych warunkach swobodnie „pływają” w elektrolicie, teraz brną przez gęstą substancję. Reakcje elektrochemiczne, które powinny zachodzić w milisekundach, wymagają sekund. Dwu-, trzykrotnie wzrasta opór wewnętrzny baterii, czyli znaczna część energii jest tracona na wydzielanie ciepła zamiast napędzanie samochodu.

Kurczy się pojemność użytkowa akumulatorów, które w warunkach standardowych (27 st. C) oferują 100% pojemności, a w temperaturze minus 18 st. oddają zaledwie ok. 50% energii. Gdy temperatura spada poniżej minus 20 st., większość akumulatorów pracuje na poziomie ok. 40% swojej nominalnej wydajności.

Co gorsza, w niskich temperaturach bardzo trudno naładować samochód elektryczny. Próba ładowania zimnych akumulatorów może się skończyć ich trwałym uszkodzeniem. Odpowiedzialny jest za to proces lithium plating. W niskiej temperaturze to niekontrolowane osadzanie się metalicznego litu na powierzchni anody. Producenci akumulatorów litowo-jonowych wiedzą o tym, dlatego systemy zarządzania akumulatorami w samochodach elektrycznych drastycznie ograniczają moc ładowania, gdy temperatura spada poniżej 10 st. C.

Przy temperaturze minus 30 st. proces ładowania pojazdu może trwać ponad 50 godzin! Wydaje się to niemożliwe do zaakceptowania, lecz alternatywą jest zniszczenie akumulatorów wartych dziesiątki tysięcy złotych.

Fikcja szybkiego ładowania

Zima 2025/2026 dostarczyła wielu przykładów, że szybkie ładowanie na mrozie to długa procedura, o której ekolodzy i producenci samochodów elektrycznych nie wspominają. W mediach społecznościowych trafiłem na historię właściciela Tesli Model S, który w Wigilię, gdy temperatura spadła do minus 15 st.,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Delfin na mieliźnie

wyraźniej defensywie. Poparcie w sondażach spada, za to rośnie w siłę konkurencja na prawicy: Konfederacja i Konfederacja Korony Polskiej. Walki frakcyjne w PiS przybierają na sile, a ostatnie wydarzenia na Nowogrodzkiej, gdzie zebrały się ścisłe władze partii (ale bez Morawieckiego, który zignorował wezwanie prezesa), tylko pogłębiły niesnaski. Maślarze, czyli frakcja Przemysława Czarnka, Tobiasza Bocheńskiego, Patryka Jakiego i Jacka Sasina, przekonują Kaczyńskiego, że PiS powinno skręcić mocniej w prawo i odciąć się od Morawieckiego.

Wobec byłego premiera wytaczane są najcięższe działa. Padają oskarżenia o doprowadzenie do utraty władzy, koniunkturalność, zdradę ideałów PiS, ukrywanie majątku, niejasne interesy i powiązania, rozpięcie parasola ochronnego nad aferzystami, a nawet współudział w przestępstwie. Te ostatnie zarzuty to coś nowego, bo dotychczas PiS było monolitem, jeśli chodzi o krycie nadużyć i złodziejstwa we własnych szeregach. Afera w Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych, skąd ukradziono co najmniej 700 mln zł, może pogrążyć Morawieckiego i PiS. I na nic zdadzą się lamenty, że jest to zemsta Tuska, bo tajna operacja CBA mająca na celu rozpracowanie przestępczego procederu rozpoczęła się jeszcze za rządów Zjednoczonej Prawicy, a na czele służb stał wówczas Mariusz Kamiński.

Patologiczny kłamca

Bezczelna kradzież pieniędzy z RARS jest jednym z największych przekrętów w dziejach III RP. A jak wskazują poszlaki, mózgiem i patronem przestępczej operacji był Morawiecki. Aby zrozumieć, jak to możliwe, że arcypatriota mógł się dopuścić niecnych czynów, trzeba się zatrzymać przy jego biografii. Otóż Człowiek Roku „Gazety Polskiej” i Człowiek Wolności tygodnika „Sieci” nie jest tym, za kogo się podaje, a jego oficjalny życiorys w dużej mierze został zmyślony.

Nieprawdą jest np., że Morawiecki już jako nastolatek

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Morawiecki dawał Mistewiczowi. I nie zawiódł się

Proste jak umysł kibola są pomysły Mateusza Morawieckiego na relacje z mediami. A konkretnie z częścią mediów. Najpierw jako wszechwładny premier zadbał, by do Fundacji Instytut Nowych Mediów trafiło 6,5 mln zł ze spółek skarbu państwa i 3,5 mln z Kancelarii Premiera. Prezesem fundacji i beneficjentem tej kasy jest Eryk Mistewicz. W młodości pacyfista i ekolog z „Na Przełaj”. Mistewicz jest także wydawcą portalu Wszystko Co Najważniejsze, na którym regularnie pokazuje się Morawiecki. Prawdziwy patriota, wojownik szykujący się

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Wilcze doły Kaczyńskiego

PiS przez dwa miesiące nie chciało oddać władzy

15 października 2023 r. to ważna data w polskiej polityce. Z jednej strony niespodziewane zwycięstwo anty-PiS, tych wszystkich Polaków, którzy mieli dość tamtego państwa. Tamtej atmosfery. Z drugiej – o czym zupełnie zapominamy i w zasadzie to pomijamy – czas znakomicie przeprowadzonej operacji politycznej. PiS musiało oddać władzę, ale oddawało ją przez dwa miesiące. Co pozwoliło zdyscyplinować własne szeregi, ewakuować działaczy na różne synekury i przygotować polityczne wilcze doły, pułapki na następców.

Zacznijmy od prostego przypomnienia: PiS przegrało wybory 15 października, choć do końca wierzyło, że jakoś się wywinie. Że wynik będzie bliski remisu, a potem… Mówiono o tym głośno, nawet w tych mniej wtajemniczonych szeregach, „że najpierw zobaczymy, ile mandatów brakuje nam do większości, a potem się dobierze”.

W domyśle chodziło o kilku posłów, których się przeciągnie na swoją stronę jakimiś apanażami czy obietnicami. Jak posła Mejzę, radnego Kałużę czy posłankę Monikę Pawłowską.

Ale październikowy wynik okazał się dla PiS gorszy, partia zdobyła 194 mandaty, opozycja – 248, więc stało się jasne, że o żadnym „dobieraniu” nie ma mowy. Że trzeba będzie oddać władzę.

Wtedy rozpoczęła się operacja, która pozwoliła PiS pozostać u władzy jeszcze przez dwa miesiące. A praktycznie do Nowego Roku. Pozostać u władzy, wydawać pieniądze i zacierać ślady. To dwumiesięczne zachowywanie władzy nie było przypadkiem, ale celową grą.

Pomogli w tym konstytucja i prezydent Duda, który wykorzystał jej zapisy do maksimum. Zresztą jeżeli prześledzimy pisowski odwrót, dwumiesięczne oddawanie władzy, opóźnianie, kluczenie i kłamstwa, to rola Andrzeja Dudy jest w tych działaniach decydująca.

Duda – sługa PiS

Najpierw więc Duda przez miesiąc nie zwoływał nowo wybranego Sejmu. Konstytucja dokładnie opisuje procedurę powyborczą. Pozostawia jednak prezydentowi pewną dowolność. Jej art. 109 stanowi, że pierwsze posiedzenie Sejmu i Senatu prezydent zwołuje na dzień przypadający w ciągu 30 dni od dnia wyborów. Równie dobrze zatem może to być 10 dni po wyborach, jak i 30. Andrzej Duda zwołał je na 13 listopada, 29. dzień od dnia wyborów. PiS bardzo z tego się cieszyło, bo to ono mogło obchodzić święto 11 Listopada i udawać, że nic się nie zmieniło.

Przez ten miesiąc dostaliśmy więc kilka komunikatów. Po pierwsze, że rząd Morawieckiego sprawuje władzę. I tylko on może zapobiec chaosowi. Po drugie, że wybory wygrało PiS. „Wygraliśmy wybory parlamentarne! Trzecie z rzędu!”, wołał w wieczór wyborczy Jarosław Kaczyński – i to stało się dla polskiej prawicy przekazem dnia, a raczej kolejnych dni. Dobrze opłacani komentatorzy klepali w telewizji publicznej tamtych czasów, pisowskiej, że zwycięzcą wyborów jest PiS. Bo zdobyło najwięcej głosów ze wszystkich partii. Suflowano poza tym sugestię, że prowadzone są rozmowy z PSL i różnie mogą się skończyć. Władysław Kosiak-Kamysz mógł codziennie zapewniać, że takich rozmów nie ma, liderzy PiS i pisowscy komentatorzy zachowywali się tak, jakby tych słów nie słyszeli.

Po trzecie, rozdmuchano sprawę konsultacji, które rozpoczął prezydent. Andrzej Duda zaprosił do Pałacu Prezydenckiego liderów partii politycznych, by – jak komunikowano z namaszczeniem – zadać im kluczowe pytania dotyczące przyszłości Polski i podjąć decyzję w sprawie nominowania premiera. Byliśmy świadkami wielkiej bujdy.

Jeszcze zanim zaczęły się konsultacje, Andrzej Duda mówił: „Będę miał przygotowaną listę pytań, w głównej mierze jeżeli chodzi o plany na przyszłość, jeżeli chodzi o najważniejsze zagadnienia, które do tej pory były, jeżeli chodzi o realizację polityki w Polsce. Myślę tutaj o inwestycjach, o kwestiach gospodarczych, energetycznych, obronności”.

Zapowiedział też, że zapyta przedstawicieli komitetów o potencjalnych

r.walenciak@tygodnikprzeglad.pl

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Jak PiS łączyło Bałtyk z Morzem Czarnym?

Wśród bajek, którymi PiS karmiło wyborców, niemal nic nie przebije Morawieckiego. Pinokio obiecał milion elektryków śmigających po drogach. Kto je widział, proszony jest o kontakt z najbliższym posterunkiem policji. Albo z centralą PiS na Nowogrodzkiej.

Premier Szydło w exposé polała jeszcze więcej wody: „Chcę, by polskie rzeki stały się wielkimi drogami, po których będą płynąć barki pełne towarów”. Cóż szkodzi obiecać? W 2016 r. poszła jeszcze dalej. Rząd zapowiedział, że wybuduje drogę rzeczną, która połączy Bałtyk z Morzem Czarnym. W kraju, gdzie poziom wody w Wiśle sięgnął 4 cm, trzeba by na tę utopię kosmicznej kasy. Ta akurat jest. Z Unii, która uwierzyła w bajki Szydło i płaci. Jeszcze w tym roku dała 5,3 mln zł na kolejne studium wykonalności. Chętnie napiszemy, kto w rządzie firmuje tę pisowską mrzonkę.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Wyprzedziliśmy Grecję

CPK, elektrownia atomowa i kładka pieszo-rowerowa… Inwestować to my nie umiemy

Inwestycje – magiczne słowo, które politycy odmieniają przez wszystkie przypadki, wierząc, że zapewnią sobie sukces wyborczy i miejsce w historii. Mamy więc inwestycje: publiczne, prywatne, unijne, zagraniczne, samorządowe, w naukę, kapitał ludzki, rozwój i innowacje itd.

Od co najmniej dekady wiadomo, że poziom inwestycji w Polsce, zarówno prywatnych, jak i państwowych, należy do najniższych w Unii Europejskiej i w ostatnich latach oscyluje w przedziale 15-17% PKB, przy średniej unijnej sięgającej 22%. W rankingach wyprzedzamy tylko Grecję, której farmerzy są gotowi uprawiać banany na Olimpie.

Nic dziwnego, że niektórzy nasi politycy chcą coś z tym zrobić. W lutym 2017 r. ówczesny wicepremier Mateusz Morawiecki ogłosił najkosztowniejszy w historii Polski program inwestycyjny, przewidujący mobilizację środków porównywalnych z całym rocznym PKB kraju na cele rozwojowe – nazwał go „Strategią na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju”. Szybko ochrzczono ją „planem Morawieckiego”.

„Wielki sternik” polskiej gospodarki założył, że realizacja programu będzie oznaczała wydatek rzędu 2,1 bln zł! Z czego sektor prywatny miał przeznaczyć na inwestycje ok. 600 mld zł, a ze środków publicznych planowano wydać 1,5 bln zł. Były to pieniądze budżetowe, pozyskane środki unijne, pieniądze samorządów oraz państwowych funduszy celowych (takich jak Fundusz Pracy i Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych) i agencji wykonawczych. Rząd Prawa i Sprawiedliwości sądził, że w ten sposób zapewni krajowi trwały wzrost gospodarczy oparty na wiedzy, danych i doskonałości organizacyjnej. Przyjęto, że poziom inwestycji w relacji do PKB wzrośnie z 20,1% w roku 2015 do 22-25% w roku 2020.

W ramach strategii Morawiecki ogłosił 12 flagowych projektów, które miały się cieszyć szczególnymi względami rządzących. Były to m.in.:

  • „Batory” – zakładał budowę promów pasażersko-samochodowych dla polskich armatorów. Skończyło się na osławionej „stępce Morawieckiego”, która od 2017 r. rdzewiała na pochylni w Stoczni Szczecińskiej Wulkan.
  • „Żwirko i Wigura” – głównym założeniem projektu było zbudowanie bezpiecznej infrastruktury dla lotów bezzałogowców oraz stworzenie warunków do rozwoju usług związanych z wykorzystywaniem zbieranych przez nie informacji. Zdaniem kontrolerów NIK projekt ten nie był realizowany zgodnie z wymaganym w strategii podejściem, a jego cele znacząco odbiegły od przyjętych wcześniej założeń.
  • „Luxtorpeda 2.0” – celem projektu było stymulowanie rozwoju technologii i produkcji polskich pojazdów szynowych, ze szczególnym uwzględnieniem pojazdów transportu pasażerskiego. „Polskie Pendolino” nie powstało, a projekt w czerwcu 2018 r. po cichu włączono do programu budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego. I zapomniano o nim.
  • „Plan Rozwoju Elektromobilności” (e-bus, samochód elektryczny) – zaczął się od tego, że premier Morawiecki zapowiedział „1 mln samochodów elektrycznych”. I na tym się skończył.
  • „Centrum Rozwoju Biotechnologii” – była to ambitna próba zbudowania pozycji Polski jako europejskiego ośrodka zaawansowanych zamienników leków i leków biopodobnych. Skończyło się na wygórowanych ambicjach.
  • „Cyberpark Enigma” – projekt zakładał powstanie ośrodka pozwalającego konkurować z podobnymi na europejskim rynku specjalistycznych usług IT oraz wypracować rozwiązania wspierające rozwój polskiego potencjału tego sektora. W planie była też realizacja projektu o nazwie „CyberMikro”, zakładającego odbudowę polskiego przemysłu mikroelektronicznego. Nic z tych planów nie wyszło.
  • „Telemedycyna” – w tej materii co nieco zrobiono. Wdrożono np. szeroko e-recepty i e-skierowania, wprowadzono Internetowe Konto Pacjenta oraz wykonano aplikację mobilną mojeIKP. Kosztowało to łącznie ok. 290 mln zł. Dobre i tyle.

W ramach „Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju” zapisano też ponad 200 projektów strategicznych, o których nikt dziś nie pamięta. Tak w Polsce realizujemy wielkie projekty infrastrukturalne.

Obecnie sytuacja jest gorsza niż w roku 2020. Zamiast planowanych na rok 2025 przez premiera Morawieckiego wydatków inwestycyjnych na poziomie 22-25% mieliśmy w 2024 r. 16,9% PKB według NIK, a według GUS – 17,4%.

I nie ma w tym nic zaskakującego. Mimo wysiłków od 10 lat poziom inwestycji w relacji do PKB systematycznie w Polsce spada. A to, co powstaje, co się buduje, często budzi poważne wątpliwości.

Autostrady i drogi, stadiony i Olefiny

Polska w 2000 r. dysponowała 400-410 km autostrad i 110-160 km dróg ekspresowych. W 2025 r. mamy 2100 km autostrad i aż 5880 km dróg ekspresowych! I są to najnowocześniejsze trasy w Europie Środkowo-Wschodniej. Ten niebywały postęp wynikał m.in. z właściwego wykorzystania środków unijnych. Przy czym nie obyło się bez kontrowersji. Okazało się, że budowa kilometra autostrady nad Wisłą kosztuje ok. 9,6 mln euro, a w sąsiednich Niemczech – 8,2 mln. W Czechach to wydatek rzędu 8,9 mln euro, w Bułgarii zaś budują autostrady w cenie… 2 mln euro za kilometr.

Drożej niż w Polsce jest w Austrii (12,9 mln euro), na Węgrzech (11,9 mln euro), lecz absolutny czempionat należy do Holandii. W kraju tulipanów, polderów i wiatraków budowa kilometra autostrady kosztuje 50 mln euro!

W tym roku planowane jest oddanie do użytku 400 km autostrad i dróg ekspresowych. W kolejnych latach będzie to od 300 do 420 km. Z inwestycjami drogowymi nie jest więc źle.

O wiele gorzej jest z innymi przedsięwzięciami. Budowa przez rząd PiS słynnej elektrowni w Ostrołęce pochłonęła według różnych szacunków od 1,5 mld do 2 mld zł i zakończyła się spektakularną klęską. Za równie wielką porażkę uchodzi przekop Mierzei Wiślanej, który kosztował podatników 1,198 mld zł i w ocenie Najwyższej Izby Kontroli „już na etapie planowania nie miał szans na pełne osiągnięcie w zaplanowanym czasie głównego celu”, a „jego wartość znacznie przekroczyła granice opłacalności”. Dziś przekopem zajmuje się prokuratura.

Zdrowy śmiech wzbudziła informacja o koszcie budowy otwartej rok temu w Warszawie kładki pieszo-rowerowej nad Wisłą. Miasto zapłaciło za nią ok. 154 mln zł. Dla porównania – koszt budowy mostu na Narwi między miejscowościami Nowe Łachy i Nowy Lubiel na Mazowszu oszacowano na 45 mln zł. 100 mln zł różnicy to dużo.

Czempionem pod względem planowanych kosztów jest budowa pierwszej (a właściwiej drugiej, bo wcześniej był Żarnowiec) polskiej elektrowni atomowej Lubiatowo-Kopalino. Ma to być wydatek rzędu 192 mld zł (choć nie brakuje głosów, że będzie to kwota znacznie wyższa), z czego wydano już 2,7 mld na prace przygotowawcze.

Planowana przez rząd Prawa i Sprawiedliwości budowa

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Przebłyski

Rabin o Morawieckim

Co Polacy wiedzą o Mateuszu Morawieckim? Wyjątkowy, nawet jak na PiS, miglanc. Poglądy, jeśli ma, to bardzo zmienne. W internecie pełno jego wynurzeń. Jednak nie zawsze był gadułą. Znajomością z charyzmatycznym rabinem Shmuleyem Boteachem zbytnio się nie chwalił. A przecież to rabin dość nietypowy. Był rabinem studentów w Oxfordzie. Popierał społeczność LGBT. Prowadził sklep z koszernymi gadżetami erotycznymi. Shmuley Boteach znalazł się wśród 50 najbardziej wpływowych rabinów na świecie. Ma zdjęcia z Andrzejem i Agatą Dudami oraz z kard. Rysiem.

Morawiecki zjadł z rabinem kolację, o której Boteach tak napisał na Facebooku: „Miałem dziś wieczorem (koszerną) kolację z polskim premierem Mateuszem Morawieckim – łaskawie wysłuchał moich obiekcji co do polskiej ustawy o Holokauście i przedstawił własne spojrzenie na kwestie polskiego cierpienia doznanego od nazistów. Jest to człowiek inteligentny i ciepły, który głęboko zna historię i którego dzieci uczęszczały do szkół żydowskich”.

Wzruszyła nas ta ojcowska troska o przyszłość dzieci.

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.