Tag "Unia Europejska"

Powrót na stronę główną
Kraj

Pierwszy dom w Unii Europejskiej

Między Polską a obwodem kaliningradzkim: do życia w takim miejscu można, a nawet trzeba się przyzwyczaić

Z Lizą spotykam się w kawiarni na warszawskich Bielanach. Mieszka w Polsce od ponad 10 lat, po polsku mówi perfekcyjnie. Skończyła w Polsce studia, tutaj wyszła za mąż i pracuje w jednej z korporacji. Z Polską wiąże przyszłość, choć obywatelstwa jeszcze nie ma i, jak mówi, jedna decyzja urzędnika może wywrócić jej życie do góry nogami.

W Kaliningradzie spędziła 17 pierwszych lat życia. Pytam, co przychodzi jej pierwsze do głowy, gdy myśli o swoim rodzinnym mieście. Zastanawia się krótką chwilę i odpowiada: korki. – W Warszawie transport miejski działa dużo lepiej. Czasem aż wstyd jechać gdzieś samochodem. W Rosji nie, tam wszędzie jeździ się swoim autem.

Kolejna rzecz to architektura. Kaliningrad, czy też Królewiec, to Königsberg, przez kilka stuleci najważniejsze miasto i perła niemieckich Prus Wschodnich. Pod koniec II wojny światowej został potężnie zniszczony, najpierw przez alianckie naloty, potem przez oblężenie i szturm Amii Czerwonej. A po wojnie, gdy znalazł się w granicach Związku Radzieckiego, architekturze miasta ostateczny cios zadała nowa władza i nowi mieszkańcy. (…)

Liza najbardziej w mieście lubi rejon swojej szkoły. Tam stare budynki przetrwały w niezłym stanie. Poza tym niedaleko mieszkała jej babcia, okolica kojarzy jej się więc z dzieciństwem. Pokazuje mi na telefonie zdjęcie szkoły. Duży poniemiecki budynek z czerwonej cegły, przed wojną mieścił się w nim szpital. Przypomina mi moją podstawówkę, w której z kolei kiedyś były pruskie koszary. (…)

– Wiesz, w Rosji jest taki mit, że w Kaliningradzie mieszkają Niemcy albo mieszanka Niemców i Rosjan. To zupełna nieprawda. Po wojnie wszyscy Niemcy zostali wysiedleni, a na ich miejsce przyjechały różne narodowości Związku Radzieckiego – zaznacza. Jej własna rodzina w większości pochodzi z Białorusi, dokładnie z okolic Brześcia. Dziadkowie wyemigrowali do obwodu w latach 50. – Przyjechali tam, bo była praca, były możliwości. Puste terytorium, fajny kawał ziemi z dostępem do morza. Jeden dziadek został rybakiem, drugi mechanikiem na rybackim statku. To były w tamtych czasach jedne z lepszych zawodów – opowiada.

Oswajanie pustego terytorium po Niemcach trwało długo. W zasadzie oswoiło go dopiero trzecie, nasze pokolenie. – Moja babcia nigdy nie powie, że Kaliningrad jest jej bliski. To dla niej ciągle coś obcego. Tata, choć tu urodzony, utożsamia się jeszcze jako Białorusin. A przynajmniej pół na pół. Ja już nie. W mojej świadomości jestem Rosjanką z Kaliningradu.

Od białoruskich korzeni zaczęły się kontakty Lizy z Polską. Jako dziecko jeździła na wakacje do rodziny pod Brześciem. Pierwsze wspomnienie z Polski to przesiadka do autobusu na Białoruś na Dworcu Zachodnim w Warszawie. – Rozumiesz, że to nie może być dobre wspomnienie – mówi ze śmiechem.

Faktycznie, autobusowa Warszawa Zachodnia, choć niedawno ruszył jej remont, do dziś nie należy do najprzyjemniejszych miejsc w stolicy. Co dopiero 25 lat temu.

– Potem było już lepiej – dodaje szybko Liza. Ze zdumieniem dowiaduję się,

Fragmenty książki Z widokiem na Polskę, Ringier Axel Springer, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Kraj

Ale jaja!

Jak z polskich supermarketów zniknęły jaja klatkowe i kto za to zapłacił

W pierwszej połowie lipca w prasie niemieckiej pojawiły się informacje, że w sklepach należących do sieci Netto ApS & Co. KG wprowadzono czasowe ograniczenia sprzedaży jajek. Klienci mogli kupić dwa opakowania. Powodem wprowadzenia ograniczeń były problemy z dostawami spowodowane chorobami drobiu. Dla mieszkańców północno-wschodnich landów to duże zaskoczenie.

W polskich mediach społecznościowych pojawiły się pytania, czy i u nas zabraknie jajek. Nie było to nic nowego, gdyż od kilku lat regularnie, zwłaszcza przed Bożym Narodzeniem i Wielkanocą, słyszymy ostrzeżenia, że „w kraju zabraknie jajek”.

14 marca 2025 r. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi wydało nawet komunikat w tej sprawie, przekonując, że „ewentualnie zauważalne braki mogą dotyczyć jedynie jaj pochodzących z chowu na wolnym wybiegu, co może być efektem działań sieci handlowych, które ze swej oferty wycofały jaja z chowu klatkowego”.

Tu dochodzimy do sedna sprawy. W Polsce na półkach sklepowych nie zabraknie jajek – jesteśmy jednym z największych producentów w Europie. Zniknęły natomiast jajka najtańsze, z chowu klatkowego, oznaczone cyfrą 3.

Wolność dla niosek

Wszystko zaczęło się w odległym 1999 r., wraz z dyrektywą Rady Unii Europejskiej, zgodnie z którą od 1 stycznia 2012 r. w państwach UE miała być zakazana hodowla kur w tzw. klatkach bateryjnych. Hodowcy mieli się przestawić na klatki wzbogacone, oferujące każdej kurze co najmniej 750 cm kw. powierzchni. Ten system na lata zdominował rynek. W 2021 r. ok. 80% kur niosek w Polsce utrzymywano w takich klatkach.

Przełom nastąpił 30 czerwca 2021 r., gdy Komisja Europejska pozytywnie odpowiedziała na akcję organizacji broniących praw zwierząt, Europejską Inicjatywę Obywatelską End the Cage Age (Koniec Epoki Klatkowej), pod którą podpisało się 1,4 mln obywateli UE. Komisja zobowiązała się do końca 2023 r. przedstawić projekt wprowadzający zakaz chowu klatkowego kur niosek, świń, cieląt, królików, kaczek, gęsi i przepiórek. Tak się nie stało. Lobbing organizacji reprezentujących w Brukseli rolników był zbyt silny, co jednak nie powstrzymało zmian.

W Polsce w 2012 r. powstało Stowarzyszenie Otwarte Klatki walczące o prawa zwierząt. W następnym roku stowarzyszenie wsparło mieszkańców podwrocławskiej gminy Żórawina, którym udało się zablokować uruchomienie fermy norek. Zajęcie się warunkami chowu niosek było kwestią czasu, zwłaszcza że na Zachodzie nabrała tempa walka z chowem klatkowym.

Gdy Komisja Europejska nie wywiązała się z obietnicy podjęcia inicjatywy ustawodawczej wprowadzającej zakaz chowu klatkowego, organizacje i stowarzyszenia obrony praw zwierząt podjęły rozmowy z politykami w poszczególnych krajach oraz zarządami wielkich sieci handlowych. Powołując się na wyniki badań opinii publicznej oraz względy etyczne, udało im się odnieść sukces w Austrii, w Niemczech i w państwach skandynawskich.

Tą samą drogą poszło Stowarzyszenie Otwarte Klatki.

Gdy próby przekonania naszych polityków nie zakończyły się sukcesem, stowarzyszenie zwróciło się do zarządów sieci handlowych. Przedstawiało im wyniki badań opinii publicznej. A w sondażach 70% Polaków uważało, że warunki chowu kur są ważnym czynnikiem decyzji o zakupie,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Włochy jak Karaiby

Kiedy upalne lato przestaje być rajem

Korespondencja z Rzymu

– O Boże, do Europy nadciąga karaibski klimat… Ale na Karaibach od dawna żyją w takich warunkach i jakoś sobie radzą. My też się do tego przyzwyczaimy, nie umrzemy – stwierdził przewodniczący włoskiego Senatu Ignazio La Russa, komentując falę upałów, która pod koniec czerwca objęła znaczną część Europy i mocno dotknęła Półwysep Apeniński. Słowa drugiej osoby w państwie wywołały burzliwą dyskusję. Dla jednych były wyrazem zdrowego rozsądku, dla drugich – niebezpiecznym uproszczeniem. Krytycy podkreślali, że zmiany klimatu to nie tylko wyższe temperatury, ale i susze, gwałtowne burze, pożary oraz rosnące straty gospodarcze.

Liczby nie pozostawiają wątpliwości – czerwcowa fala upałów miała historyczną skalę. Choć pierwsza połowa miesiąca była chłodniejsza, w drugiej temperatury w wielu regionach przekraczały normę o 7-9 st. C. W Mediolanie i Turynie padły rekordy czerwca – niemal 38 st.

30 czerwca aż 25 włoskich miast objęto najwyższym stopniem ostrzeżenia przed upałami – bollino rosso. Czerwony alert ogłaszany jest, gdy ekstremalne temperatury utrzymują się przez kilka dni i nocy, stwarzając zagrożenie dla całej populacji.

To najwyższy poziom w czterostopniowym systemie ostrzeżeń Ministerstwa Zdrowia. I rzeczywiście w wielu miejscach również noce pozostawały wyjątkowo gorące, uniemożliwiając organizmowi regenerację.

Rekordowe zużycie energii przez klimatyzatory przeciążyło sieć elektroenergetyczną. W Turynie, Mediolanie i Neapolu doszło do lokalnych blackoutów. Jednocześnie temperatura mórz otaczających Włochy osiągała 27-28 st., miejscami nawet o 6 st. przekraczając średnią sezonową.

Ekstremalne temperatury odnotowano w całej Europie. W hiszpańskim Andújar 45,1 st. C, w Bordeaux 42 st., w Rzymie ponad 40 st., w Czechach 40,6 st., w Niemczech 41,5 st., a w Polsce – w Słubicach – 40,5 st., najwyższą temperaturę w historii oficjalnych pomiarów. Według Światowej Organizacji Zdrowia w ciągu jednego tygodnia fala upałów mogła się przyczynić do ponad 1,3 tys. zgonów.

Klimatolodzy podkreślają, że jeszcze pół wieku temu tak silna fala gorąca już w czerwcu byłaby niemożliwa. Dziś wyzwaniem jest więc nie samo przyzwyczajenie się do wyższych temperatur, lecz dostosowanie miast, ochrony zdrowia, energetyki i gospodarki do nowej rzeczywistości klimatycznej.

A to dopiero początek

Przed nami jeszcze sierpień, który budzi coraz większe obawy. Włosi analizują już dane z ubiegłego roku i tworzą nową klasyfikację. Raport Krajowego Systemu Ochrony Środowiska (SNPA) pokazuje, że 2025 był kolejnym rekordowo ciepłym rokiem i zapowiedzią tego, z czym kraj zmierzy się w 2026. To,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Jak długo wytrzymamy?

By złagodzić tylko wzrost cen surowców energetycznych, Europa będzie musiała wydać ponad bilion euro

Gdy w lutym 2022 r. rosyjskie kolumny pancerne przekroczyły granicę Ukrainy, europejska gospodarka weszła w tryb, którego nie pamiętała od lat 70. XX w. – taki, w którym cena bezpieczeństwa staje się pozycją w budżecie każdego z nas.

Trzy lata później, gdy w 2025 r. atak USA i Izraela na Iran zdestabilizował transport ropy naftowej i skroplonego gazu ziemnego przez cieśninę Ormuz, Europa otrzymała drugi rachunek – tym razem wystawiony przez sektor naftowy.

„44 dni, 22 mld euro – i ani jednej dodatkowej cząsteczki energii. To pokazuje ogromny wpływ, jaki ten kryzys ma na naszą gospodarkę”, oświadczyła 13 kwietnia br. przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Był to komentarz do wzrostu cen surowców energetycznych dla europejskich odbiorców i jeden z rzadkich momentów, gdy poważny polityk powiedział, w czym rzecz. Bo koszty wojen – w Ukrainie i na Bliskim Wschodzie – to temat niechętnie podejmowany przez liderów państw naszego kontynentu.

Wyjątkami byli ówczesny premier Węgier Viktor Orbán i premier Słowacji Robert Fico, którzy przeciwstawiali się wydawaniu pieniędzy europejskich podatników na potrzeby Ukrainy. W Niemczech o kosztach tych konfliktów mówią politycy Alternatywy dla Niemiec, a we Francji liderka Zjednoczenia Narodowego Marine Le Pen. I nie ma czemu się dziwić. Gospodarka niemiecka, największa w Europie, od roku 2022 znajduje się w kryzysie. Z kolei Paryż boryka się z ogromnym zadłużeniem i wysokim deficytem budżetowym – w tym roku przekroczy on 5,8% PKB, co plasuje Francję w czołówce najbardziej zadłużonych państw UE.

Wysokie ceny ropy naftowej i gazu ziemnego zdusiły wzrost gospodarczy w Europie i zmusiły rządy do wprowadzenia kosztownych programów osłonowych, a choć ostatnio notowane są spadki, miną miesiące, nim sytuacja wróci do normy. Pod warunkiem, że wojna w Zatoce Perskiej nie wybuchnie na nowo.

Koszty idą w biliony

W przypadku Europy podstawą kosztu wojny w Ukrainie był szok gazowy. Gdy kryzys osiągnął apogeum, w sierpniu 2022 r., ceny gazu na holenderskiej giełdzie TTF przekroczyły 350 euro/MWh. Był to poziom przeszło 10-krotnie wyższy od średniej sprzed pandemii.

Uzależnione od rosyjskiego surowca kraje kontynentu – niemal 40% dostaw pochodziło ze Wschodu – w ciągu kilku miesięcy musiały przebudować całą architekturę zaopatrzenia, sięgając po droższy, skroplony gaz ze Stanów Zjednoczonych i Kataru.

Na szok energetyczny rządy europejskie odpowiedziały bezprecedensowym pakietem osłon: dopłatami do rachunków gospodarstw domowych, obniżkami podatków od energii, mrożeniem cen i transferami środków do osób najuboższych. Najbardziej spektakularny był niemiecki „parasol ochronny” o wartości 200 mld euro, ogłoszony jesienią 2022 r. Jego skala wywołała napięcia wewnątrz Unii – mniejsze i uboższe państwa nie mogły sobie pozwolić na równie hojne osłony, a to groziło zaburzeniem konkurencji na jednolitym rynku.

Bruegel AISBL, międzynarodowy think tank ekonomiczny z siedzibą w Brukseli,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Technologie

Koniec technologicznej naiwności

Kolejne państwa Unii porzucają Microsoft. Europa bierze na celownik chińskie big techy, a Wojsko Polskie blokuje wjazd chińskim autom

Jeszcze niedawno wybór technologii był prosty – decydowały cena, funkcjonalność i przyzwyczajenia użytkowników. Dziś w Europie podważa się ten model, stawiając na cyfrową suwerenność i bezpieczeństwo danych. Efekt? Odejście od amerykańskich rozwiązań, rosnąca nieufność wobec chińskich technologii i coraz śmielsze decyzje, także na poziomie służb i wojska. Coraz więcej państw Unii Europejskiej ogranicza obecność amerykańskiego oprogramowania w administracji, powołując się na potrzebę odzyskania kontroli nad danymi i infrastrukturą. Jednocześnie Bruksela wyraźnie sygnalizuje nieufność wobec chińskich gigantów technologicznych – na początku maja br. Komisja Europejska zarekomendowała wycofywanie produktów Huawei i ZTE z infrastruktury krytycznej. Tę samą ostrożność widać u nas w kraju: Wojsko Polskie zamknęło wjazd do swoich obiektów dla samochodów wyprodukowanych w ChRL, podobne zasady wprowadziła już Służba Ochrony Państwa, a policja analizuje, czy również nie powinna pójść w tym kierunku.

Office z Europy

Chociaż alternatywa dla pakietu biurowego od Microsoftu jeszcze do niedawna wydawała się abstrakcją, na rynku właśnie pojawiło się Euro-Office. Dziennikarze technologiczni wskazują, że ta usługa na Starym Kontynencie ma stanowić kluczowy element cyfrowej niezależności od amerykańskich big techów.

Kolejne europejskie kraje konsekwentnie odchodzą od rozwiązań oferowanych przez amerykańskie koncerny. W dążeniu do cyfrowej suwerenności prym wiedzie ostatnio Francja. Na początku kwietnia francuska Międzyresortowa Dyrekcja ds. Cyfryzacji (DINUM) zapowiedziała rezygnację z systemu Windows na rzecz Linuksa. Jednocześnie zobowiązano wszystkie agencje i ministerstwa do opracowania – do jesieni – planów ograniczenia zależności od dostawców spoza Europy. Strategie te mają objąć różne dziedziny, od systemów operacyjnych, przez narzędzia komunikacji i pracy biurowej, po rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji oraz usług chmurowych. Francuzi mają już wprawę w przechodzeniu na system Linux – żandarmeria działa na nim od 2008 r.

Podobny kierunek deklarują Niderlandy, zapowiadając odzyskanie kontroli nad danymi, infrastrukturą i technologią, a także Dania, która pilotażowo wdrożyła pakiet LibreOffice, otwartoźródłowy, czyli takie oprogramowanie, którego kod jest publicznie dostępny, więc każdy może go obejrzeć, sprawdzić, a nawet zmienić lub ulepszyć. Norwegia rozważa współpracę z Kanadą w ramach Sovereign Technology Alliance, natomiast w Niemczech minister cyfryzacji Karsten Wildberger zapowiedział stopniowe uniezależnianie administracji i służb bezpieczeństwa od takich firm jak Microsoft i Palantir.

Na poziomie regionalnym Niemcy już wcześniej podejmowały podobne inicjatywy. Szlezwik-Holsztyn od 2024 r. wprowadza rozwiązania open source, zaczynając od pakietu biurowego LibreOffice, a następnie modernizując systemy pocztowe. W dalszej perspektywie region planuje zastąpienie platformy Microsoft SharePoint europejskim rozwiązaniem Nextcloud oraz pełne przejście administracji na Linuksa. Według danych serwisu The Next Web do początku 2026 r. na ten system przeniesiono już 30 tys. stacji roboczych, co dało 15 mln euro oszczędności na licencjach. Z kolei raport Digital Sovereignty Index (DSI), uwzględniający m.in. wykorzystanie własnej infrastruktury hostingowej, wskazuje Finlandię jako lidera cyfrowej suwerenności. Francja zajmuje w nim czwarte miejsce,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Aktualne Notes dyplomatyczny

Pominęli nas jak zawsze

Ludzie w MSZ wciąż o tym mówią – szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas ogłosiła niedawno nazwiska 33 nowych ambasadorów UE i siedmiu zastępców szefów misji. A dodajmy, że Unia ma swoje ambasady w 145 krajach. Nowi ambasadorowie pochodzą z Francji, Włoch, Niemiec, Hiszpanii, Belgii, Portugalii, Holandii, Irlandii, Malty, Grecji, Danii, Czech, Szwecji oraz Finlandii. I koniec. Wśród nominowanych nie znalazł się ani jeden Polak.

W ten sposób tradycji stało się zadość. Możemy bowiem sięgać w przeszłość – i nic tu się nie zmienia. Na przykład w roku 2018 nowych ambasadorów prezentowała ówczesna szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini. Opowiadała długo: że w gronie 43 nowo mianowanych 14 to kobiety, potem wymieniała nazwiska. A Polaka w tym gronie nie było.

Nawiasem mówiąc, wówczas to nie dziwiło, bo PiS nie chciało, by „uwolscy dyplomaci” mieli dobre stanowiska, więc ich kandydatury nie miały oficjalnego wsparcia. Ale dziś? Szósta gospodarka Unii? Największe państwo wschodniej flanki?

Radość ma zatem opozycja. Marek Magierowski, pisowski ambasador w Izraelu i USA, już napisał, że premier Donald Tusk i wicepremier Radosław Sikorski „powinni się głęboko zastanowić, co zrobili źle, albo czego nie zrobili, żeby uniknąć tego blamażu”. Trudno z tym polemizować, zastanówmy się raczej, dlaczego tak się dzieje, dlaczego Polacy są pomijani.

Co ciekawe, w historii MSZ już parokrotnie powoływano mniej lub bardziej formalnych pełnomocników, którzy mieli popychać kariery polskich dyplomatów w instytucjach międzynarodowych, a unijnych w szczególności. I zawsze efekt ich działań okazywał się skromny. Z drugiej strony,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Draka na Morawach

Pierwszy kongres Niemców sudeckich w Republice Czeskiej

Stosunki czesko-niemieckie nigdy nie należały do najłatwiejszych. Ostatnio przeżyły kolejny test. W Brnie w drugiej połowie maja odbył się Zjazd Ziomkostwa Sudeto-niemieckiego, który był częścią festiwalu kulturalnego Meeting Brno. Przygotowaniom do imprezy towarzyszyły protesty polityków i mieszkańców głównego miasta Moraw.

Stosunki na nowo

W ostatnich latach relacje Pragi z Berlinem poprawiły się. Przyczyniła się do tego strona czeska, gdy w 2013 r. premier Petr Nečas wyraził ubolewanie z powodu cierpienia Niemców sudeckich wysiedlanych po II wojnie światowej z ówczesnej Czechosłowacji. Druga strona także zrobiła gest: wykreśliła ze statutu Ziomkostwa Sudetoniemieckiego fragment poświęcony dążeniom do odzyskania majątku odebranego Niemcom, obywatelom przedwojennej Czechosłowacji.

Niemcy sudeccy po 1945 r. znaleźli się głównie w Republice Federalnej Niemiec, w Bawarii, gdzie skoncentrowana jest działalność ziomkostwa. Od ponad 12 lat liderem organizacji pozostaje Bernd Posselt. W 2003 r. ten były dziennikarz głosował jako europoseł przeciwko przyjęciu Czech do Unii Europejskiej. Jako przyczynę podał dekrety Beneša, które jego zdaniem powinny trafić na „śmietnik historii”. Później jednak zawiał wiatr historii albo Posselt to i owo przemyślał. Będąc już szefem ziomkostwa, polityk CSU dokonał w 2015 r. zmiany statutu stowarzyszenia przez wykreślenie sformułowań o potrzebie odzyskania ojczyzny i sensie roszczeń odszkodowawczych.

Festiwal Meeting Brno wziął początek z Inicjatywy Roku Pojednania ogłoszonej w 2015 r. przez ówczesne władze morawskiej stolicy. Częścią corocznej imprezy stał się Marsz Pojednania organizowany jako wspomnienie ofiar tzw. brneńskiego marszu śmierci z 30 maja 1945 r.,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Polityka strachu

Wiele szkód, które robi Trump 2.0, jeszcze przez wiele lat będzie się kładło cieniem na świecie

Europejscy członkowie NATO powinni nie tylko zdecydowanie potępiać Rosję za jej napaść na Ukrainę, lecz także dystansować się od szaleństw USA pod prezydenturą Trumpa. Co ciekawe, niektórzy obserwatorzy zauważają jakby prawidłowość, że krytycyzm względem USA rośnie wprost proporcjonalnie do odległości od granicy z Rosją. No ale ani Władimir Putin, ani Donald Trump to nie geografia, która się nie zmienia. To historia, która przemija. Dlatego też politykę – w tym tę odnoszącą się do bezpieczeństwa – trzeba prowadzić, mając na uwadze upływ czasu. Wiele szkód, które robi Trump 2.0, będzie kładło się na świecie, w tym w Polsce, długim cieniem jeszcze przez wiele lat, kiedy to w Białym Domu po nim zostanie już tylko swąd, ale nie można bieżącej polityki podporządkowywać jego choremu widzimisię.

Dyplomatyczny chłód zamiast militarnej gorączki

Z Putinem i Trumpem albo i bez nich militarna gorączka trwa. Najwyższy czas zastąpić ją dyplomatycznym chłodem, jak proponuje to premier Belgii Bart De Wever. USA potrafią rozmawiać z Iranem, Syria z Turcją, Izrael z Libanem, Kongo z Rwandą, Indie z Pakistanem, a Unia Europejska nie potrafi rozmawiać z sąsiednią Rosją? Czy zaiste oczekiwanie czegoś podobnego także od polskich przywódców jest mrzonką? Nawet jeśli ktoś uważa, że jakiekolwiek rozmowy ze zbrodniarzem wojennym Putinem nie mają sensu, bo jego nieustępliwość wobec Ukrainy i wojenne inklinacje są nieprzezwyciężalne, to na Kremlu są jeszcze politycy, którzy nie utracili poczucia przyzwoitości. Nadejdzie przecież czas, kiedy z Rosją znowu będziemy rozmawiać, więc warto skracać okres oczekiwania na ten moment i już zawczasu wypatrywać interlokutorów oraz się z nimi kontaktować.

Radosław Sikorski, kiedy po raz pierwszy był ministrem spraw zagranicznych w rządzie premiera Donalda Tuska w latach 2007-2014, chociaż było to trudne, potrafił rozmawiać z Moskwą, spotykając się niejednokrotnie z Siergiejem Ławrowem, ministrem spraw zagranicznych Rosji, podobnie zresztą jak jego pryncypał, który kilka razy spotykał się z Władimirem Putinem, w latach 2008-2012 będącego premierem (prezydentem w tym czasie był Dmitrij Miedwiediew). Teraz natomiast powiada, że jedyny język, jaki rozumieją na Kremlu, to język siły, jak to ostro sformułował podczas szeroko komentowanego wystąpienia na posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa ONZ w dniu 24 lutego 2025 r., w trzecią rocznicę rosyjskiej agresji na Ukrainę. Fakt, że ta napaść wiele zmieniła, ale czy zaiste dyplomację może zastąpić

Fragment książki Grzegorza W. Kołodki Niebezpieczne bezpieczeństwo, Polskie Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Świat

Dekada pustki po brexicie

Miał przywrócić Wielkiej Brytanii status potęgi. Nic z tego nie wyszło, ale wciąż ma zwolenników

Z dzisiejszej perspektywy tamte wydarzenia są jak opowieści z innego świata. Kiedy nad ranem 23 czerwca 2016 r. Nigel Farage na antenie BBC wyciągnął butelkę szampana i triumfalnie ogłosił, że oto trwa „brytyjski dzień niepodległości”, większość obserwatorów światowej polityki i zwykłych wyborców była zdezorientowana. Człowiek z politycznego marginesu, przez dekady walczący o zaistnienie w głównym nurcie, wyszydzany nie tylko przez elity, ale i dużą część konserwatywnego elektoratu, przypisał sobie doprowadzenie do najbardziej przełomowego momentu w najnowszej historii Wielkiej Brytanii.

Mało kto wtedy rozumiał, jak mogło dojść do zwycięstwa obozu zwolenników wyjścia z Unii Europejskiej. Sondaże aż do czwartku 23 czerwca pokazywały kilka punktów procentowych poparcia więcej dla pozostania we Wspólnocie, zresztą większość mediów i zespołów eksperckich uważała brexit za pomysł absurdalny. Tak absurdalny, że niewart nawet poważnej analizy, co okazało się jednym z grzechów głównych liberalnej części opinii publicznej. To nie miało prawa się wydarzyć, a jednak się wydarzyło. I rozpoczęło epokę chaosu.

Gdyby referendum odbyło się w 2026 r., nawet gdyby wynik był taki sam, niewielu pewnie by się dziwiło. Tempo zmian społecznych, technologicznych i gospodarczych ostatniej dekady było tak ogromne, że mogłoby obsłużyć półwiecze, a nie 10 lat. Wtedy strona liberalna próbowała jeszcze walczyć na fakty, nie rozumiała roli emocji jako paliwa dla populizmu i komunikacyjnych dysfunkcji Unii Europejskiej. Po sześciu latach od zakończenia epoki New Labour (Nowej Partii Pracy) Tony’ego Blaira i Gordona Browna, ostatniego wielkiego europejskiego eksperymentu progresywnej polityki, Wielka Brytania trwała w stagnacji.

Właśnie stagnacja, a nie kryzys jest najlepszym słowem do opisania problemów państwa brytyjskiego. Brexit miał ją zakończyć, dać nowy impuls, rozruszać skostniałe, pogrążające się w marazmie instytucje. Dzisiaj, 10 lat później, jest tylko gorzej.

Cool Britannia i utracony blask

Żeby dobrze zrozumieć, gdzie wtedy były Wielka Brytania i jej społeczeństwo, trzeba się cofnąć do epoki Cool Britannia, optymistycznych czasów Trzeciej Drogi – doktryny zaprojektowanej przez socjologa Anthony’ego Giddensa, mającej być nową ideologią środka. Giddens, rektor London School of Economics and Political Science, gigant brytyjskich nauk politycznych, trafnie przeczuwał, że ideologie osiowe XX w. porządkujące i wyjaśniające świat na poziomie masowym, czyli dbająca o robotników socjaldemokracja oraz paternalistyczna, odpowiedzialna, konserwatywna prawica, swój potencjał już wyczerpały. Zaproponował więc hybrydę, liberalną gospodarczo doktrynę, która miała jednocześnie sprawiedliwiej dystrybuować owoce wzrostu gospodarczego w erze ekonomii informacji. Na poziomie anegdotycznym symbolem tamtej polityki był słynny cytat z Petera Mandelsona, wtedy głównego spin doktora Partii Pracy, dzisiaj ostatecznie skompromitowanego lobbysty na rzecz amerykańskiej firmy technologicznej Palantir i przyjaciela Jeffreya Epsteina. Mandelson, później kilkakrotnie obejmujący stanowiska rządowe i zmuszany do odejścia, powiedział dziennikarzom, że laburzyści „nie mają nic przeciwko obrzydliwie bogatym ludziom – tak długo,

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.

Opinie

Rewolucja ambicji

Jak zmienia się Polska?

(…) O ile wybory parlamentarne i prezydenckie w 2015 r. naprawdę wpisały się w spór o zakończenie transformacji i wejście w nową epokę, o tyle używanie tej samej optyki do oceny wyborów w 2025 r. wymazuje oczywisty fakt: Polska już się z transformacją rozliczyła i poszła dalej. Jak odnotował autor książki „Transnaród” Jacek Sokołowski, w ciągu dwóch kadencji PiS „wypalił się zasadniczy podział, wokół którego organizowała się polska polityka, czyli na beneficjentów i malkontentów transformacji. Ci drudzy zostali dowartościowani, zarówno symbolicznie (tym można tłumaczyć np. inwazję disco polo w telewizji Kurskiego), jak i materialnie. A kiedy się wzbogacili i kiedy się zorientowali, że nie są wcale gorsi niż ci w miastach, zaczęli zbliżać się do nich także w kwestii wzorców kulturowych”. (…)

Kolejne wydarzenia po 2022 r. – pandemia, wojna, inflacja – pokazały z kolei bardzo realne zagrożenia dla nowo odkrytych rozkoszy konsumpcji i powiększających się dochodów. Marcin Duma twierdził dalej: „Jest w nas zaszyty lęk o rodzinę, o portfel, o miejsce pracy, o to, czy będziemy mogli sobie pozwolić na zagraniczne wakacje i polecieć tam samolotem. Jesteśmy w innym miejscu niż kiedyś, więc martwimy się o to, byśmy nie stanęli w miejscu. Skoro już dogoniliśmy świat, to ciśnijmy dalej (…). Niemniej najważniejsze jest to, że tak jak kiedyś Polską rządził podział na ludzi, którzy po 1989 r. zyskali na transformacji, i tych, którzy stracili – tak dzisiaj rysuje się nam podział na tych, którzy wyszli zwycięsko z tej walki pandemiczno-inflacyjnej oraz tych, którzy nie mają takiego poczucia. Podział na Polskę liberalną i Polskę solidarną już nie organizuje nam życia”.

Kwestią o rosnącym znaczeniu politycznym są aspiracje i możliwość ich realizowania. Zarówno na poziomie indywidualnym – chcemy dużo kupować, cieszyć się życiem i nie bać się o jutro – ale i w niemniejszym stopniu na poziomie państwowym. Dziś chcemy widzieć napawające nas dumą sukcesy i wysokie aspiracje polityków, których wybieramy. To by tłumaczyło, dlaczego Karol Nawrocki jako człowiek wielkiego społecznego awansu reprezentuje sobą bardzo pociągający archetyp i budzi sympatię milionów Polaków. Ale to niejedyna rzecz, jaka różni wybory z 2023 i 2025 r. od tych z, dajmy na to, 2005 i 2015. Starcie ofiar i wygranych transformacji ustąpiło innym podziałom.

Jeśli był jakiś jeden motyw przewodni, który dałoby się wyczytać z ostatniej kampanii prezydenckiej, to byłby nim (oprócz aspiracji) temat ochrony majątku czy dobrobytu. Doskonale wpisywał się on w nakreślony przez Marcina Dumę emocjonalny podział. Mamy tych, którzy czują się spokojni albo uważają,

Fragment książki Jakuba Dymka Rewolucja ambicji. Jak zmienia się Polska, Wydawnictwo Port, Warszawa 2026

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.