Poświąteczny tryptyk

Poświąteczny tryptyk

I. Minęły święta wielkanocne. W Kościele katolickim liturgia tak bardzo pomieszana jest z ceremoniałem, że chyba nawet teolodzy nie bardzo potrafiliby wskazać, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie. Coś mi się jednak wydaje, że u nas, w polskim Kościele, ceremoniał bierze górę nad liturgią, a forma nad treścią. Liturgia to forma przekazu do wiernych prawd religijnych. Samo słowo wywodzi się z greckiego i pierwotnie oznaczało „działanie na rzecz ludzi”. Dziś takich skojarzeń zapewne nie wywołuje ani u parafian, ani nawet u ich duszpasterzy. A nawet jeśli u niektórych wywołuje, czy potrafią oni z tego wyciągnąć jakieś wnioski?

A ceremoniał? Ten jest jak najbardziej „z tego świata”. Spójrzmy dla przykładu na „Hołd pruski” Matejki. Dostojnicy kościelni i państwowi w odświętnych szatach. Jak dziś by się ubrali na taką uroczystość? Dostojnicy państwowi w garniturach i mundurach, nawet galowych, ale jakże odmiennych od tych z matejkowskiego płótna. A dostojnicy kościelni w szatach identycznych jak przed 500 laty. Świadczy to o czymś, czy nie świadczy? Magnacki obyczaj przetrwał jedynie w Kościele. I towarzyszy mu magnacka pycha większości kościelnych hierarchów.

II. Biskupi w oficjalnym dokumencie straszą karami kościelnymi, w tym ekskomuniką, posłów, którzy mają głosować nad rządowym projektem ustawy o in vitro. Straszą też prezydenta. To zupełnie niesłychane i nie do wyobrażenia w jakimkolwiek demokratycznym kraju zachodnim w XXI w. To godzenie w świeckość państwa i zasadę najbardziej nawet przyjaznego rozdziału państwa i Kościoła. Ci politycy, którzy dotąd obnosili się ze swą religijnością, a komunię przyjmowaną pod okiem obiektywów telewizyjnych kamer uważali za ważniejszą i świętszą, mają teraz powody do niepokoju. Zagłosują, jak chce rząd, będą napiętnowani przez biskupów. Zagłosują, jak chcą biskupi, mogą za parę miesięcy za karę nie trafić na listy wyborcze. Sami przenieśli do polityki swoje życie religijne, upublicznili je, teraz będzie ono publicznie recenzowane. Przez biskupów.

Czytałem niedawno dokumenty z początku XX w. dotyczące dyskusji o dopuszczeniu kobiet do studiów prawniczych na c.k. Uniwersytecie Jagiellońskim. Większość dyskutantów, skądinąd szacownych profesorów, była przeciwna dopuszczeniu kobiet do studiów prawniczych. Jawnie w dyskusji podnosili, że rolą kobiety jest być żoną i matką. A więc kobiety powinny obiad mężowi gotować i dzieci wychowywać, a nie studiować. Równouprawnienie kobiet nawet w tym skromnym wymiarze, jakim było dopuszczenie do studiów, burzyło w ich mniemaniu nie tylko ład ludzki, ale co gorsza boski, o czym natarczywie przypominali biskup i księża, bo byli tego wtedy absolutnie pewni. Dziś już – zdaje się – pewni są mniej, bo jakoś nie słychać, aby z ambon nawoływali, by kobiet do studiów nie dopuszczać. Za dopuszczeniem kobiet do studiowania prawa głosowali m.in. profesorowie Józef Rosenblatt i Bolesław Ulanowski, ale ulegli konserwatywnej, klerykalnej większości. Zresztą nie ma się co dziwić Rosenblattowi. Był Żydem, w dodatku adwokatem, który w młodości bronił przed sądem socjalistów i w socjalizmie, wbrew ambonie i konserwatystom i ich gazetom, nie widział zagrożenia dla ładu boskiego i ludzkiego. Gorzej z Ulatowskim. Może był masonem? Perswazja c.k. ministerium z Wiednia okazała się jednak skuteczniejsza od perswazji lokalnego biskupa i ostatecznie zgodzono się wywrócić na c.k. Uniwersytecie Jagiellońskim ład boży i kobiety do studiów prawniczych jednak dopuścić.

III. Sąd warszawski skazał byłego szefa CBA Mariusza Kamińskiego i kilku jego pomagierów na kary bezwzględnego pozbawienia wolności. Jeśli udowodniono im to, co zarzucał akt oskarżenia, surowość wyroku nie może dziwić. Odpowiedzialność szefów specsłużby musi być proporcjonalna do ich władzy. Przekroczenie przez nich uprawnień jest groźniejsze niż przekroczenie uprawnień przez urzędnika gminy. Godzi w prawa i wolności obywatelskie, łamie zasady państwa prawa, osłabia demokrację. Na wieść o wyroku prezes Kaczyński zawrzał oburzeniem. Stwierdził, że nasz wymiar sprawiedliwości zbliża się do standardów białoruskich, a sam wyrok pokazuje, że w Polsce nie ściga się korupcji, lecz tych, którzy walczą z korupcją. Nie zauważył prezes Kaczyński, że w czasach IV RP działania służb policyjnych i specjalnych (które teraz zostały choć w części ocenione przez sąd) zbliżały się do standardów radzieckich. Po prawej stronie sceny politycznej odezwał się cały chór głosów oburzenia na sąd, współczucia dla Kamińskiego i jego kamratów. Porównano ich do „żołnierzy wyklętych”. Porównanie nietrafne. Kamiński i reszta nie byli wszak sądzeni za napad z bronią w ręku na posterunek MO, biuro GS-u czy dławienie ziemią bezrolnego, który odważył się wziąć ziemię z reformy rolnej. Nie zostali też skazani na karę śmierci (której przywrócenia notabene PiS się domaga), tylko na trzy lata pozbawienia wolności. Trudno też przyjąć pogląd prezesa PiS, że walka z korupcją, skoro jest słuszna i potrzebna, może być prowadzona dowolnymi metodami, bez oglądania się na prawo, na obowiązujące procedury, bez liczenia się z gwarancjami praw i wolności obywatelskich. Ujawniając swoją filozofię, że w walce z korupcją cel uświęca środki, Kaczyński pokazuje, jak PiS będzie rządziło, gdy wygra wybory. Walcząc z realną korupcją i urojonym „układem”, będzie się podsłuchiwać 80% obywateli (o czym, zdaniem byłego ministra Kaczmarka, marzył swego czasu jego zastępca prokurator Engelking). Wyszukane środki techniczne można będzie uzupełnić, powołując się na tradycję, prostymi torturami, np. stosowaniem „butów hiszpańskich”, przypiekaniem ogniem, szarpaniem cęgami. Można też sięgnąć do całkiem nowej tradycji jakże skutecznych „aresztów wydobywczych”. CBA dostanie nowy sztandar i nowych patronów: inkwizytora Jakoba Sprengera i Feliksa Dzierżyńskiego. Po tak prowadzonych śledztwach „słuszne” wyroki wydawać będą sądy, które – jak mawia prezes Kaczyński – „dotąd nie były nasze”, więc teraz już wreszcie „nasze”, to jest pisowskie będą. Pojęcia „prawo” i „sprawiedliwość” nabiorą nowego znaczenia. Słusznego oczywiście, a nawet jedynie słusznego.

Wydanie: 15/2015

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy