Proroctwo – oby nie trafne!

ZAPISKI POLITYCZNE  

Sukces lewicy, jaki w badaniach opinii publicznej bywa raz po raz ujawniany, mnie, jego współtwórcę, napawa i dumą, i lękiem.
Boję się rozczarowania. Nieuchronnie pojawi się ono, gdy koalicja SLD-UP przejmie odpowiedzialność za dalsze losy Polaków. Przywiązuję wagę do słowa “odpowiedzialność”, gdyż obecne prawicowe władze, a szczególnie współrządząca do niedawna Unia Wolności, nie wykazują poczucia skruchy za spowodowanie nadciągającej katastrofy finansów państwa. Pamiętliwi czytelnicy moich felietonów wiedzą, że dawno już, gdy jeszcze zanosiło się na względną pomyślność gospodarczą, pisałem o konieczności zerwania prawicowej koalicji, gdyż jej trwanie pogrąża kraj w chaosie gospodarczym, a więc im szybciej przystąpilibyśmy do nowych wyborów, tym mniejsze byłyby szkody źle sprawowanej władzy. Nikt nie posłuchał mego ratowniczego posłania i oto widmo katastrofy, której pojawienie się przewidywałem, ukazało się nagle, choć spodziewanie, przy próbie ułożenia budżetu na rok 2002.
Najbardziej zdumiewający w tej przeraźliwie smutnej sprawie jest niespotykany brak elementarnej pokory ze strony sił politycznych odpowiedzialnych za tę klęskę. Ludzie, wydawałoby się poważni, plotą androny, że tak naprawdę winna jest opozycja, a władza robiła, co mogła, by wszystkim wiodło się coraz lepiej. Takie stwierdzenia zakrawają już na obłęd polityczny. Gdyby wcześniej, jak namawiałem, zerwano rządzącą koalicję prawicy i dopuszczono do nowego ukształtowania struktury władzy w kraju, doszłoby zapewne do opamiętania w metodach rządzenia i widmo katastrofy nie mogłoby się pojawić.
Wróćmy do moich lęków, oby nie okazały się znowu prorocze. Nowa – prawdopodobnie przejmująca władzę – koalicja lewicowa nie dokona cudu. Bieda, być może ogromna, dotknie nowe kręgi ludności kraju i zacznie się ferment. Skorzystają z niego przywódcy prawicy, nawet z samym Marianem Krzaklewskim na czele, i zaczną organizować demonstracje sprzeciwu, gdyż to jedyne, co potrafią rzeczywiście sprawnie przeprowadzać. Pojawią się znowu autobusy zwożące z całego kraju niezadowolonych i pokrzywdzonych pod ważne urzędy państwowe w Warszawie. Będą puszki z czerwoną farbą na fasadach gmachów publicznych, polecą śruby, zaszumią sztandary i transparenty z odpowiednimi napisami, pojawią się wyzwiska i pogróżki pod adresem tych samych ludzi, przeciwko którym ruszą demonstracje, wybranych tak niedawno wielką przewagą głosujących, tyle że nie będzie to brało się z braku przekonania do lewicowych ugrupowań, lecz z rozpaczy i biedy.
Do ataku ruszy także ogromna rzesza nie tylko trzeciorzędnych dziennikarzy, bo odziedziczona po rządach prawicy katastrofa ekonomiczna będzie łatwym żerem dla głodnych sukcesów prasowych pismaków. Dołączy się do tej dintojry rydzykowaty odłam kleru katolickiego, a z ambon posypią się gromy i wyklęcia rządzących tą tragicznie zawikłaną masą spadkową po prawicy.
Nie można wykluczyć, iż ludziom lewicy także poślizgnie się noga przy sprawowaniu władzy i naiwnie uwierzą, że lud polski przekazał im władzę z szacunku do lewicowych koncepcji ekonomicznych i moralnych, gdy tak naprawdę władza przejdzie w nasze ręce z rozpaczy skrzywdzonych przez prawicę. Przywiązuję do tego stwierdzenia wielką wagę. Gdy było inaczej, nie zaistniałby sukces Platformy Obywatelskiej czy Prawa i Sprawiedliwości – partii składających się przecież dokładnie z tych samych polityków, co sprowadzili na kraj katastrofę ekonomiczną, lecz przemalowanych na całkiem nowych zbawców ojczyzny. Opisałem to zjawisko niedawno w felietonie zatytułowanym “Czas renegatów”. Cóż robić? Chwyt okazał się skuteczny. Renegaci, błyskający tłumom wyborców politycznymi świecidełkami, zyskują nagle zaufanie, jakiego nie mogli zdobyć, gdy jeszcze tkwili w starych partiach, darzonych zawiedzionym zaufaniem wyborców.
Jest też całkiem możliwe, że zwycięzcy polityczni, czyli lewicowcy, pobłądzą na skutek zawrotu głowy od sukcesów, pójdą tymi samymi drogami, co przegrani, czyli prawica, i stworzą ponownie republikę kolesiów. Do znanego hasła “TKM” dopiszą jedną literkę “Z”, co się tłumaczy: “teraz, k…, znowu my”. Ufam, że tak się nie stanie, ale w pokoleniu tych, co wywalczyli Polsce niepodległość, z ofiarnych, ideowych lewicowych bojowników Piłsudskiego uformował się dość szybko obóz sanacji, wredny moralnie i politycznie, z Berezą Kartuską i paleniem prawosławnych cerkwi na Chełmszczyźnie na czele. W moim pokoleniu powtórzyło się upokarzające zjawisko zmiany zachowań i poglądów. Z ideowych działaczy “Solidarności”, szlachetnych więźniów politycznych i lokatorów obozów dla internowanych, wykształciła się szybko moralnie i politycznie odrażająca prawica z całym mrowiem Rydzyków i Jankowskich, nie mówiąc już o politykach, których nazwisk nie wymieniam, bo jest ich zbyt wiele.
Ktoś mi zarzuci, iż niepotrzebnie kraczę. Żyję jednak na tyle długo, by wiedzieć i pamiętać, jak się układają losy ludzi na początku kariery szlachetnych, odważnych i nieprzejednanych, z biegiem lat i osiąganiem sukcesów podlegających zawsze tym samym prawom dziejowym, wskazującym na łatwość deprawacji nie tylko jednostek, ale całych silnych i zasłużonych formacji politycznych. Tak się nam w Polsce zdarzyło całkiem niedawno czy nawet teraz. Na naszych oczach i na własnych grzbietach mogliśmy te zjawiska zaobserwować i odczuć.
Ulubionym sloganem pokolenia moich synów, gdy dorastali i poznawali zawiłości życia, było wypowiedziane w żargonie młodzieżowym zdanie: “Life is brutal and full of zasadzkas”. Na nas wszystkich czekają zasadzki przeróżnych grzechów. Młodzi najchętniej i najczęściej grzeszą erotycznie, bo to miłe i zgodne z prawami natury. Dorośli rosną w pychę i zarozumiałość, nieobce staje się im okrucieństwo wobec słabych. Starzy grzeszą najczęściej zobojętnieniem na cudzą krzywdę, gdyż za wiele jej w życiu sami doznali.
I to by było na tyle. Oby moje proroctwo co do losów lewicy okazało się nietrafne.

14 sierpnia 2001 r.

Wydanie: 34/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy