Antyspołecznościowe media społecznościowe

Antyspołecznościowe media społecznościowe

Język ma moc kreowania rzeczywistości. Dobrym przykładem są tzw. media społecznościowe. Nazwanie ich w taki sposób powoduje, że automatycznie dostrzegamy w nich narzędzie budowania więzi społecznej. Gdy jednak uwolnimy się od czaru, jaki rzuca na nas język, zobaczymy to, co zobaczyć powinniśmy: media nazwane społecznościowymi są de facto antyspołecznościowe. Żeby to zrozumieć, musimy się zastanowić, co rozumiemy przez określenie „społecznościowe”. To coś, co sprzyja budowaniu wspólnoty, byciu razem, wymianie poglądów, zbliżeniu perspektyw, nauce wzajemnego zrozumienia, empatii, nawiązaniu sympatii i wzbudzeniu poczucia solidarności. A co czynią media tak nazwane? Co jest ich ciemną stroną (bo mają wszak i jasną)? Przypomnijmy słynny fragment „Dzienników” Gombrowicza: „Poniedziałek – ja, wtorek – ja, środa – ja”. Wspaniale pasuje do logiki działania mediów społecznościowych, służących przede wszystkim wzmacnianiu ego uczestników, zaspokajaniu narcystycznej potrzeby bycia dostrzeganym i podziwianym.

To one m.in. odpowiadają za „epidemię narcyzmu”. Dane zgromadzone przez badaczy są przerażające. Jean Twenge, najwybitniejsza badaczka tego zjawiska i autorka książki pod tym właśnie tytułem, odnotowuje lawinowy wzrost postaw narcystycznych wśród młodzieży amerykańskiej w ciągu ostatnich lat. (Choć początek tego procesu, nie przypadkiem, zbiegł się z rządami Ronalda Reagana). Z kolei w książce „iGen. Dlaczego dzieciaki dorastające w sieci są mniej zbuntowane, bardziej tolerancyjne, mniej szczęśliwe – i zupełnie nieprzygotowane do dorosłości. I co to oznacza dla nas wszystkich” opisuje fatalne skutki uzależnienia od mediów społecznościowych (epidemia depresji i innych zaburzeń psychicznych).

Twenge i inni zauważają, że media te służą głównie kreowaniu wyidealizowanego obrazu samego siebie i swojego życia. Cel jest jeden: wzbudzić zazdrość. Kazać innym myśleć o własnym życiu jako mniej atrakcyjnym, przeciętnym, nudnym i jałowym. Takie bowiem musi ono się wydawać w porównaniu z liderami społecznościowej opinii, którzy starają się udowodnić sobie i innym, że prowadzą życie atrakcyjne, wyjątkowe, pełne wrażeń i przygód. Temu wszak służą wrzucane na Instagram fotki z wyjazdów zagranicznych, pozowane zdjęcia ukazujące nas piękniejszymi, niż jesteśmy, relacje ze spotkań towarzyskich, opisy zabaw i różnych przyjemności (nie wystarczy, że sami jesteśmy szczęśliwi, chodzi o to, aby przy okazji inni poczuli się nieszczęśliwi). Ton narzucają tzw. celebryci, znani z tego, że są znani (z reguły innych zasług nie mają). Potrafią umiejętnie podtrzymywać zainteresowanie swoją osobą, stając się wzorem dla tych, którzy marzą o byciu znanym w nagrodę za to, że po prostu się istnieje. W obliczu tak spreparowanego świata „sukcesu” życie wielu ludzi musi się jawić jako mało warte. Tym bardziej że już dawno oduczyliśmy się czerpać radość z tego, co stanowiło o niej przez wieki: uznania i miłości bliskich, przyjaźni, szacunku tych niewielu, na których zdaniu powinno nam naprawdę zależeć. W tej sytuacji odczucie zazdrości, zawiści i żalu prędzej czy później musi się pojawić, podobnie jak chęć upokorzenia tych, którym się zazdrości i którzy swoim puszeniem się nas upokarzają.

Wszystko to są uczucia, które niszczą naszą psychikę. Podobnie jak permanentna konkurencja, ciągłe porównywanie się z innymi, wyścig na lajkowanie, uznanie i uwagę. Lajki, waluta mediów społecznościowych, zamiast autentycznej przyjaźni przynoszą jedynie pozór uznania i chwilowe pocieszenie (nie jestem taki do niczego, skoro ktoś polubił mój komunikat). Prawdziwa przyjaźń, tak jak miłość, wymaga kontaktu twarzą w twarz; jesteśmy wszak istotami cielesnymi, zaprzyjaźniamy się i zakochujemy nie tylko z powodu powinowactwa dusz, ale także z powodu trudnych do uchwycenia sygnałów, które wysyłamy sobie nawzajem za pomocą naszego ciała (stąd mówienie, że pomiędzy pewnymi ludźmi jest chemia, a pomiędzy innymi jej nie ma). W internecie uzyskujemy jedynie namiastkę prawdziwego życia, pozór więzi i zrozumienia, cień przyjaźni. Prawda ta dociera czasami do użytkowników mediów społecznościowych, stąd ich, uchwycone w badaniach socjologicznych i psychologicznych, poczucie samotności, pomimo bogatego życia sieciowego. Zamiast autentycznej wspólnoty mamy zbiór samotnych ludzi rozpaczliwie poszukujących kontaktu, a uzyskujących jedynie konkurencję, zazdrość i rozczarowanie. Jednostek obsesyjnie skoncentrowanych na sobie i liczących na wymianę usług (ty polajkujesz mnie, a ja ciebie), a nie na autentyczne uznanie i bliskość.

Jak to wszystko ma się do Ronalda Reagana? Ano tak: jego rządy, podobnie jak rządy Margaret Thatcher w Wielkiej Brytanii, rozpoczęły epokę kapitalizmu, w której jednostka uzyskała status boga, jej interesy zostały wyniesione ponad interesy wspólnoty, ona sama zaś została skłoniona do tego, aby myśleć o sobie jako małym przedsiębiorstwie, którym trzeba umieć zarządzać, w ciągłej konkurencji z innymi. Najcenniejsza stała się uwaga innych, którą można spieniężyć (co czynią wspomniani celebryci). W zapomnienie popadły stare wartości: skromność, empatia, solidarność i bezinteresowność; tzw. media społecznościowe okazały się znakomitym narzędziem wprowadzania w życie wartości turbokapitalistycznych. Ich właściciele mogli zarobić krocie na wydobywaniu z ludzi tego, co w nich najgorsze. Dziś trzeba im pogratulować, ich zwycięstwo jest pełne. Tak jak nasza klęska.

Wydanie: 9/2021

Kategorie: Andrzej Szahaj, Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy