Medialne flaki

MEDIA I OKOLICE

Flaki, o których mowa w tytule, są metaforycznym przeniesieniem na publiczną sferę medialną terminologii wojskowej. Bowiem słowo to, w liczbie pojedynczej, pochodzi od nazwy niemieckiego działa przeciwlotniczego kalibru 120 milimetrów, Fliegerabwehrkanone, w skrócie flak. W II wojnie światowej przeciw samolotom i nurkującym bombowcom nieprzyjaciela stosowano zaporowy ogień dział przeciwlotniczych, który zaczęto nazywać także flakiem.
Do analizy współczesnej propagandy politycznej i społecznej wprowadził go Noam Chomsky, opisując praktyki amerykańskiej ultrakonserwatywnej prawicy, która zwalczając pewne ustawy organizowała wielkie kampanie nacisku na parlamentarzystów, oparte na masowym wysyłaniu listów protestacyjnych, organizowaniu konferencji prasowych, demonstracji, a także nacisków na media dla nagłaśniania jej protestów.
Zastosowanie terminu militarnego jest o tyle właściwe, że współczesne formy lobbingu nie sprowadzają się do cichego pozyskiwania wpływowych polityków, urzędników i ustawodawców. Nie wystarcza ich korumpowanie, potrzeba także dostarczyć wsparcia społecznego, poparcia “opinii publicznej”. I tę opinię, jak i wiele innych politycznych kampanii, organizuje się, a właściwie fabrykuje w sposób planowy i profesjonalny. Mając organizację z rzeszą oddanych, w pełni lojalnych, ale zarazem mało krytycznych członków i sympatyków, można zmontować wielką kampanię społecznego oburzenia. Jak mawiał pewien szef paryskiej klaki teatralnej z końca XIX wieku: “Nie ma nic lepiej przygotowanego jak spontaniczne oklaski”.
Polska demokracja przejmuje te amerykańskie i francuskie sposoby całkiem udanie. Pionierem był tu i pozostaje niezmordowany ojciec Rydzyk. Walcząc jak lew o częstotliwości, był i jest również lisem (terminologia wielkiego Machiavellego). Słuchacze, a we własnej terminologii “Rodzina Radia Maryja”, są mobilizowani do zasypywania (w sensie przenośnym, ale i dosłownym) polityków, urzędników oraz parlamentarzystów petycjami, które mają rozszerzyć skalę działania stacji oraz wzmocnić jego oddziaływanie.
Pionierskość ojca Rydzyka na polskim gruncie jest słabiej widoczna na tle międzynarodowym, bowiem ojcowie redemptoryści znani są w świecie z niezwykłej zdolności organizacyjnych. Ale przecież jego przykład znajduje i u nas licznych naśladowców. Mamy zatem coraz częściej organizowane akcje moralnego oburzenia, przez niektóre media chętnie wzmacniane ogniem świętego oburzenia. Prym w medialnych flakach wiedzie “Nasz Dziennik”, gdzie czytelnik jest niemal codziennie bulwersowany ogromem deprawacji symbolicznych i artystycznych w Polsce.
Wiek XXI rozpoczął dla “Nowego Dziennika” wielki skandal, który wywołała “Gorsząca Telewizja Kraków”. Flak zainicjował Stanisław Markowski, który – jak sam pisał w liście protestacyjnym – w imieniu 35 mieszkańców Krakowa wyrażał “głębokie oburzenie z powodu wyemitowania przez Telewizję Kraków 18 grudnia 2000 roku od godz. 15.30 do 16.05 w programie pt. śWirnik treści gorszących, wulgarnych, sprzecznych z ogólnie przyjętymi zasadami moralnymi, szkodliwych i destrukcyjnych dla dzieci, a także ubliżających nam, dorosłym”. Inicjator listu stwierdzał także, że “nie ma żadnego wytłumaczenia dla tego incydentu, który stanowi próbę deprawacji naszych dzieci i zaburzenia ich rozwoju psychicznego i duchowego”.
Oczywiście, taki protest lokalnych osobistości to atrakcyjny temat dla mediów prasowych. Jedynie nieliczne media prasowe poinformowały, że moralne oburzenie wywołał u protestujących końcowy teledysk, amerykańskiego pochodzenia, który zresztą był emitowany w ogólnopolskiej telewizji publicznej. Czujni krakowanie dopatrzyli się w szybkim montażu scen obrazów deprawacji, scen “z ubikacji sugerujących zwyrodniałe i perwersyjne zachowania seksualne”.
Krakowski dodatek “Gazety Wyborczej” przeto alarmował – “Perwersyjny śWirnik”, “Dziennik Polski” pisał – “Zgorszeni “śWirnikiem”, “Gazeta Krakowska” pytała – “Czy Telewizja Kraków demoralizuje młodzież? Skandal w śWirniku”, a “Rzeczpospolita” – “Osobistości protestują”.
Pokazem teledysku rozpoczęto godzinną publiczną dyskusję w Radiu Kraków, z udziałem dyrektora regionalnego ośrodka TVP, dwóch z protestujących (inicjator listu odrzucił zaproszenie), ekspertów medialnych (w tym i niżej podpisanego). Zebrana dosyć licznie młodzież licealna i studencka z uśmiechem pobłażania przyjęła pokaz teledysku, oceniając go jako średni estetycznie, formalnie, muzycznie niezły (popularny piosenkarz Lenny Krevitz), w którym nie sposób dopatrzyć się np. scen w ubikacji (wyglądające na pisuary obiekty były odwrócone do góry nogami!).
Jednak protest w sprawie dosyć przeciętnego teledysku ma wymiar znacznie poważniejszy. Obserwujemy nasilenie się aktywności samozwańczych cenzorów mediów, zaczynając od billboardów w Katowicach, gdzie usunięto plakaty reklamowe “Playboya”, do ataków na telewizję za “przemoc, ekshibicjonizm i pseudonaukę”. Całość układa się w hasło “Czyste niebo nad Polską”, czyli regulowanie sfery publicznej wedle standardów “kilkudziesięciu znanych osobistości” (tak ich określiła “Rzeczpospolita”), “35 znanych krakowian” (“Gazeta w Krakowie”), “przedstawicieli świata kultury i nauki” (“Nowy Dziennik”), “małopolskie środowisko twórcze” (“Gazeta Krakowska”).
Nazwiska niektórych z sygnatariuszy listu podała prasa, umacniając ich identyfikację jako “przedstawicieli krakowskiego świata nauki i kultury” (“Dziennik Polski”). O tym, czy są inni, inaczej myślący, nie mówiąc już o tym, że wybitniejsi artystycznie przedstawiciele Krakowa, zapomniano zapytać. To właśnie jest majstersztyk flaka – chodzi o panowanie w powietrzu, zestrzelenie wroga, a nie o to, czy to czasem sama bateria nie strzela w niesłusznej sprawie. Wielkie niemieckie Fliegerabwehrkanone strzelały przecież do samolotów alianckich, broniąc niemoralnej sprawy.
Dobre media nie są bezmyślną tubą w rękach sprawnych propagandystów własnej sprawy. Dobrze byłoby zatem zanalizować i ocenić, a nie tylko opisać protest. Jednak korzystniej dla dziennikarzy jest tylko raportować, podsuwać mikrofon, stawiać kamerę telewizyjną, zadawać pytania. Nawet dziennikarzami roku zostają przepytywacze, a nie selekcjonerzy, interpretatorzy i komentatorzy wydarzeń. W konsekwencji media pomagają samozwańczym cenzorom, nagłaśniając każdy ich protest.

Wydanie: 6/2001

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy